CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZPOZNANIE” 

ROZDZIAŁ 1 / 33

– Facet powinien być szarmancki, męski i odpowiedzialny, mieć niebanalne poczucie humoru i być niesłychanie opiekuńczy. Mógłby też dobrze całować. Co ja mówię? Powinien genialnie całować i mieć pasję. Mężczyzna bez pasji jest pusty jak karton po butach kupionych na wyprzedaży – powiedziała Ola Gruszka do swego przyjaciela Maksymiliana. – Dobrze wiesz Maks, że mam rację.

– Nawet, jeśli byś nie miała to i tak nie byłbym skłonny się z tobą sprzeczać. Siedzę na tym krzesełku już od dobrej godziny i cały zdrętwiałem, a nic nie wskazuje na to byś wkrótce miała skończyć.

– Nie marudź. Kiedy poprosiłam cię byś mi pozował ani przez chwilę się nie zastanawiałeś, a teraz narzekasz – poprawiła stelaż z płótnem i nabrała dużą ilość niebieskiej farby na szeroki pędzel.

– Wcale nie narzekam tylko stwierdzam fakty. Siedzę prawie nieruchomo całkiem nagi i zdążyłem trochę już zmarznąć. Mogłabyś się zlitować i zrobić jakąś przerwę.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę. Już prawie kończę.

– Nadal nie rozumiem, co jest we mnie takiego fajnego, że chcesz mnie malować.

– Kochany to jest sztuka, nie musisz rozumieć – wyjrzała zza obrazu. – Mógłbyś podnieść trochę wyżej lewą rękę? O właśnie tak. Idealnie – dodała po chwili przesuwając szerokim pędzlem z farbą wzdłuż płótna.

– Po co ci niebieski kolor? Przecież nie mam nic na sobie niebieskiego. Chyba, że ma wyjść ze mnie jakiś Smerf. Mógłbym być Pasibrzuchem. Spójrz na mają galaretę – powiedział potrząsając wałkiem tłuszczu zwisającym w dolnej części jego brzucha.

– O ile dobrze pamiętam Pasibrzuch nie był Smerfem – poprawiła go. – Możesz się przestać ruszać, bo wcale nie skończę? – zagroziła Ola.

– To się nazywa szantaż – oznajmił Maks.

Jeszcze kilka razy zmieniała pędzle od najwęższych do takiego o szerokości dwunastu centymetrów. Odwróciła się na moment, by włączyć płytę. Robiła tak, gdy jej dzieło miało być za chwilę skończone. Wrzucała wtedy „Cry me a river” Diany Krall na około pięć minut przed końcem, by utwór brzmiał do momentu, aż ostatnie muśnięcia pędzla zwieńczą dzieło. Taki rytuał. Nawet, jeśli obraz był już ukończony, czekała, aż muzyka ucichła. Tak było i tym razem.

– Skończyłaś? – zapytał zniecierpliwiony, kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki piosenki.

– Właściwie to skończyłam, ale nie wiem czy będzie ci się podobać – popatrzyła najpierw na namalowany przed chwilą przez siebie obraz, a potem na swego przyjaciela. – Choć z drugiej strony raczej osiągnęłam zamierzony cel – dodała.

– Mogę zobaczyć?

– Jeśli przyjdziesz na wernisaż – włożyła pędzle do pojemnika z wodą. – Teraz lepiej się ubierz, bo jak się rozchorujesz to będę musiała biegać z tabletkami i gorącą cytrynową herbatką dookoła twego łóżka.

– Naprawdę mi nie pokażesz? – zdziwił się. – Jak nie przyjdę na wernisaż to nawet nie zobaczę jak mnie namalowałaś?

Popatrzyła na niego znacząco, nie wypowiadając ani słowa. Chwilę potem postawny i twardy grymas zmienił się w pełen zmartwienia i zaniepokojenia.

– Coś ci się stało? Źle się czujesz?

– Nie, wszystko w porządku, tylko głowa nie daje mi spokoju. Cała twarz mi drętwieje.

– Przeziębiłaś się?

– Nie wiem. Zaczęło się od ust jakiś czas temu, później doszedł policzek, a teraz na dodatek czuję dziwne mrowienie na głowie, zupełnie jakbym miała tam jakieś robactwo. Pewnie masz rację i coś mnie bierze.

– Byłaś u lekarza?

– U rodzinnego, ale ten kretyn powiedział, że to od zęba, że jakiś nerw uciska czy coś. Miało przejść, ale nie przeszło, więc poszłam do innego. Kobieta dała mi skierowanie do neurologa, a ten na rezonans magnetyczny i zastrzyki w dupsko z jakąś karboksylazą i witaminą B. Powinnam w tym tygodniu dostać opis badania, bo w szpitalu był tylko radiolog, a ten nie opisuje zdjęć mózgu.

– Dlaczego nic nie mówiłaś wcześniej? Poszedłbym z tobą.

– Nie chciałam cię martwić, poza tym pewnie ten pierwszy lekarz miał rację i to wina zęba. Jak tylko dostanę wyniki pójdę do dentysty i wyrwę cholerę.

– Jaka z ciebie odważna, mała istotka – zażartował.

– Mała istotka? Nabijasz się z moich stu sześćdziesięciu centymetrów? Sam nie jesteś dużo wyższy. I nie zmieniaj tematu, bo wystawa cię nie ominie.

– Wiesz dobrze, że nie lubię takich imprez. Wszyscy przyjdą jedynie na darmowego szampana. Będą wpatrywać się w malowidła na płótnach, nie mając kompletnie pojęcia o sztuce. Nie znam się na tym i nie chcę być jednym z nich – powiedział.

– Ale przecież to tylko głupia wystawa. Nikt nie będzie ciebie tam klasyfikował. Raczej oceniać będą mnie i moje obrazy – próbowała namówić Maksa, siedzącego w dalszym ciągu nago na krześle. – A może spotkasz swoją drugą połowę? Kto wie?

– To, że jestem gruby wcale nie oznacza, że głupi. Kiedy ostatni raz widziałaś mnie z kobietą? – zapytał retorycznie.

Wciągając spodnie, zarzucił na siebie brązowy T-shirt z napisem „Wygrałem zanoreksją”. Prawie miał wychodzić, ale zatrzymał się przed lustrem w przedpokoju.

– Ty, gdzie kupiłeś tą głupią koszulkę? –zapytała Ola wybuchając głośno śmiechem.

– A co nie podoba ci się kolor? – zażartował prężąc się niczym zawodowy model na wybiegu.

– Kolor jest w porządku, tylko ten napis trochę przesadnie prawdziwy – nie wytrzymała i znów roześmiała się w głos.

– Śmiej się śmiej, ja w tym czasie uciekam do siebie. Gdybyś mnie potrzebowała, wiesz gdzie jestem.

– A nie wpadniesz na kolację? Miałam robić spaghetti, a tylko dla siebie nie będzie mi się chciało.

– Jakim cudem mam stracić na wadze, kiedy ty bez przerwy serwujesz mi jakieś swoje specjały?

– Zaczniesz się odchudzać od jutra. I nie zapomnij czerwonego wina.

– Wiedziałem, że tutaj wcale nie chodzi o „przyjacielskie spaghetti”.

– „Przyjacielskie spaghetti”? Nie ma czegoś takiego jak „Przyjacielskie spaghetti”. Chyba, że przyniesiesz wino – wykrzyczała na klatkę schodową, gdzie echo jeszcze przez ułamek sekund wypowiadało jej słowa.

Ola Gruszka od zawsze była bardzo oddaną osobą, szczególnie, jeśli chodziło o przyjaciół, a przy Maksie czuła, że jej dobro jest nagradzane. Nigdy nie oceniał, nigdy nawet nie próbował. Akceptował jej wszystkie wady, humory i napięcie przedmiesiączkowe co dwadzieścia osiem dni. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę i żadne z nich nie chciało nic więcej. Czyżby?

Poznali się w piętnaste urodziny Oli. Tego wieczoru dowiedziała się, że rodzice chcą się przenieść do Wielkiej Brytanii. Musiałaby zostawić całe swoje życie. Rzucić wszystko ot tak, dla kaprysu „starych”.

Podsłuchała ich rozmowę. Matka żaliła się ojcu, że ma już dość, że nie stać ich na normalne życie, a pracując po dwanaście, a nawet i czternaście godzin dziennie nie mają czasu dla siebie. Próbowała go namówić na jakikolwiek wyjazd, ale był nieugięty. Zawsze stawiał tysiące teorii przeciwko opuszczaniu kraju. Zatem Ola mogła spać spokojnie.

Niestety dwa miesiące potem ojciec stracił pracę i kompletnie się załamał. Matka wykorzystała ten moment i ostatecznie podjęli oboje decyzję o wyemigrowaniu na Wyspy.

– Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Poznasz nowych kolegów, koleżanki. Anglia to dla ciebie lepsza perspektywa na przyszłość, kraj wielkich możliwości – mówił próbując ją przekonać, ale Ola nie potrafiła patrzeć na swego tatę tak zwyczajnie, jak dawniej. Widziała w nim jedynie zdrajcę. Przestał się dla niej liczyć. A kiedy matka spróbowała narzucić swoją wolę, postanowiła, że nigdzie nie wyjedzie i zamieszka z babcią. Rodzice zajęci planowaniem podróży nie zauważyli nawet, że spakowała swoje rzeczy i ukradkiem wymknęła się z domu. To były jej urodziny. Zabiegani zapomnieli o tym dniu. Nie było przyjęcia niespodzianki, nawet drobnego upominku, czy kartki z życzeniami.

Maks wracał właśnie do domu, gdy zobaczył ją siedzącą na zimnym kamieniu, otuloną czarnym rozpinanym swetrem. Płakała. Nie chciał, by płakała. Była zbyt wyjątkowa, by płakać. Podszedł i przedstawił się, ale nawet nie podniosła wzroku. Miał wrażenie, że się narzuca i zostawił ją, przysiadając na sąsiednim kamieniu.

– Jestem Maks. Mieszkam w pobliżu. Pewnie mnie już kiedyś spotkałaś. Ja cię widuję prawie codziennie – zatrzymał i westchnął. -Jakbyś chciała pogadać zamiast beczeć mocząc przy tym swój piękny sweter, to będę niedaleko – powiedział wyjmując z torby małą butelkę soku jabłkowego. Odkręcił i opróżnił połowę.

– Jaki masz? – spytała przez zamglone oczy.

– Jabłkowy, chcesz? – zaproponował.

– Jaki masz za napis na odwrocie kapsla, geniuszu? – zażartowała, ocierając łzy rękawem swetra.

– „Wieczór się dopiero zaczyna” – odpowiedział.

– Serio pytam.

– Serio odpowiadam. Nie wierzysz to sama zobacz – rzucił.

Wyciągnęła rękę i chwyciła  nakrętkę. Popatrzyła na nią przez chwilę, po czym schowała do kieszeni. Popatrzył w jej przekrwione od płaczu oczy i podał butelkę z sokiem. Po kilku minutach rozmawiali ze sobą, jak gdyby znali się od zawsze.

Z czasem ich bliskość wypełniła samotną przestrzeń w pustym świecie plastikowych twarzy i programów z cyklu reality show. Potrzebowali tego. Chcieli bez względu na wszystko osiągnąć jakiś wyznaczony kierunek. Dla Oli celem od zawsze była sztuka – malowanie i gra na pianinie. Gdy miała dwadzieścia cztery lata przyjęto ją do Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Malarstwa. Maksa natomiast pociągały wszelkie nowinki techniczne, komputery i sieć internetowa. Marzył, by otworzyć własny interes i projektować strony internetowe. Ich idealistyczne poglądy oraz twórczo nastawione umysły sprawiały, że pochłaniali wszystko, co dziwne i nietypowe.

Ola postawiła na swoim i zamieszkała z babcią, a rodzice miesiąc później opuścili ojczysty kraj zabierając z sobą jej młodszą siostrę Alicję – czteroletnią dziewczynkę o niebieskich oczach i kręconych blond włosach. Czuła, jakby jakaś jej część umarła, gdy samolot tanich linii lotniczych wzbijał się w powietrze. Wyobrażała sobie, że to nieprawda, a rodzice już niedługo staną obok przyznając, że popełnili błąd. Tak się nie stało. Początkowo często dzwonili, przylatywali do kraju raz na pół roku, ale po kilku latach ich rozmowy sprowadziły się do pytań: „Co u ciebie? Wszystko w porządku? Co z babcią?” , a rozmowa kończyła się stwierdzeniem: „Zadzwonię jeszcze kiedyś”.

Zadzwonię jeszcze kiedyś? Tak się mówi do córki, którą zostawiło się na pastwę losu? Ola zdawała sobie doskonale z tego sprawę, że już dawno ich straciła, ale nadal nie mogła pojąć, dlaczego? Gdzieś w głębi serca czuła, że obarczają ją winą za swoje niepowodzenia. Jej matka miała szesnaście lat, kiedy zaszła w ciążę. Z początku nawet chciała usunąć, ale babcia nie pozwoliła. Rzuciła szkołę i zamieszkała z ojcem. Choć oboje zdawali sobie sprawę, że powinni stać się teraz odpowiedzialnymi rodzicami, opiekować się swoją małą pociechą i być zawsze, kiedy będzie tego potrzebować, przy każdej nadarzającej się okazji zaprowadzali małą Olę do babci, by zrzucić ciężar ze swych ramion.

Właśnie w tej chwili, krojąc cebulę, przypomniała sobie dzień, w którym pożegnała rodziców na lotnisku. Od tego czasu minęło ponad dwanaście lat, ale czasami bywają momenty, gdy z jej oczu płynął łzy i to wcale nie tylko podczas krojenia cebuli.

Wrzuciła ugotowany makaron do przezroczystej miski i polała sosem do spaghetti. Posypała je startym parmezanem, a układając starannie trzy listki bazylii na wierzch, usłyszała pukanie do drzwi.

Maks stanął w przejściu ubrany w czarne spodnie i białą wyjściową koszulę, jakby mieli zamiar wybrać się do teatru, a nie zjeść spaghetti w domu.

– Coś ty się tak wystroił? – wyśmiała go. Ona miała na sobie jedynie starą kwiecistą koszulę i fioletowe spodnie dresowe, w których często chodziła po domu.

-Myślałem, że to uroczysta kolacja – głupio się poczuł.

– I to jest facet, który nie chce być klasyfikowany – rzuciła.

– Jak chcesz to mogę się przebrać.

– Spaghetti jest już gotowe, więc nigdzie nie pójdziesz. Usiądź i poczekaj chwilę. Wrzucę jakąś kieckę. Będzie ci raźniej – wyszła do pokoju obok i po sekundzie wróciła w długiej czarnej sukni. – Może być? – zapytała, opierając dłonie na biodrach, dokładnie tak samo, jak robią to modelki na wybiegu. Doskonale wiedziała, że wygląda olśniewająco.

– Wyglądasz… jakby to powiedzieć? Hmmm… Czy to na pewno ty? – zatkało go.

Wybudzając się z osłupienia, dodał:

– Wyglądasz przepięknie.

– Nie zapominaj, że to niecałe trzy minuty w sypialni. Wyobraź sobie jakbym wyglądała, gdybym poświęciła trochę więcej czasu i założyła nową suknię zamiast tej starej.

– Starej? Nigdy cię w niej nie widziałem.

– Bo nie chodzisz na moje wystawy.

– A ty znów swoje.

– Dobra, dobra. Nie gadaj tyle tylko lepiej otwórz wino. Skończyłam wreszcie twój portret. Jutro jest moja wystawa, od której wiele zależy, więc musimy wypić za jej powodzenie.

Usiedli do stołu i Maks nalał czerwonego wina do kieliszków. Spaghetti wyglądało świetnie i pachniało świeżymi pomidorami oraz bazylią. Dla Oli nawet gotowanie było formą sztuki i zawsze starała się by każdą przygotowywaną potrawę naznaczyć odrobiną artyzmu.

– O czym myślisz? – zapytał Maks, widząc wzrok przyjaciółki zatrzymany w jednym punkcie. Mentalnie wędrującą gdzieś poza światem rzeczywistym.

– Tak się czasami zastanawiam – wyrwała się z zamyślenia – i dochodzę często do wniosku, że życie jest jednak piękne.

– I za to wypijmy – dodał, unosząc kieliszek. W tym samym momencie telefon komórkowy Aleksandry Gruszki zagrał etiudę rewolucyjną Chopina, wzywając ją do sypialni.

Dziewczyna natychmiast zerwała się z krzesła i wybiegła, jakby od dłuższego czasu czekała na to połączenie. Wróciła po kilku minutach całkowicie wystraszona. Usiadła na kanapie i spuściła głowę.

– Olka, coś się stało?! Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.

W rzeczywistości  wraz z uśmiechem, który towarzyszył jej od początku wieczoru, Ola straciła także wszelkie ciepłe kolory skóry na swojej twarzy.

– Właśnie dzwonił mój neurolog –zatrzymała się na sekundę. – Mam stwardnienie rozsiane.

ROZDZIAŁ 2

Doktor Dorota Zagórska, siedząc przy biurku w swoim gabinecie, wpatrywała się posępnie w zamazany deszczem świat za oknem. Zastanawiała się czy dobrze zrobiła wszczynając po raz kolejny kłótnię ze swoim mężem i trzaskając drzwiami na pożegnanie. To nie było w jej stylu, ale musiała mu pokazać, jak bardzo jest wściekła. Nadal była, a wyraz jej twarzy odbity w deszczowym oknie, wcale nie wyglądał przyjaźnie. Złapała się na tym, że nerwowo przygryza końcówkę długopisu, ale ani na chwilę nie przestała. „Lepsze to niż papieros czy paznokcie, a już na pewno zdrowsze” – pomyślała. Może nie powinna być dla niego taka szorstka? Wiedziała, że na to nie zasługiwał, ale i tak w końcowym etapie stawiała na swoim, nawet, jeśli miał rację, a pech chciał, że często tak było. Cholerny zespół napięcia przedmiesiączkowego! Sto pięćdziesiąt objawów, a jej właśnie musiała przypaść agresja i w dodatku skierowana na własnego ślubnego.

Odwróciła się od okna, zdając sobie sprawę, że pogoda po drugiej stronie jeszcze bardziej negatywnie nastraja ją do rzeczywistego świata. Założyła nogę na nogę i przysunęła się bliżej biurka. Wciąż w jej pamięci pojawiał się wczorajszy wieczór i rozmowa z tą młodą dziewczyną. Nie mogła o tym zapomnieć, a przecież powinna podchodzić do takich spraw profesjonalnie, nie wtrącając prywatnych uczuć. Tym razem nie potrafiła i odniosła wrażenie, że dziewczyna staje się jej bliska. Może to dlatego, że sama nie miała dzieci, że kariera zawodowa zawsze była na pierwszym miejscu i nigdy nie myślała o założeniu rodziny? Do wczoraj było to jedynie kilka stron w lekarskiej kartotece, ale podczas rozmowy w tonie głosu dziewczyny wyczuła coś, co pozwoliło jej wkroczyć w pełniejszy wymiar obcowania z pacjentem. Chciała pomóc, choć nie bardzo wiedziała, w jaki sposób.

Jeszcze przez chwilę wpatrywała się we wstępne badania neurologiczne, po czym chwyciła za słuchawkę i wykręciła numer izby przyjęć.

– Dzień dobry, mówi doktor Dorota Zagórska…

– Dobrze, że pani zadzwoniła. Właśnie miałam powiadomić, że pani pacjentka jest już na oddziale – przerwał jej nagle kobiecy głos z drugiej strony.

– Dziękuję bardzo, ale takie informację powinny trafiać do mnie wcześniej – odpowiedziała niegrzecznie i odłożyła słuchawkę.

Deszcz jakby coraz mocniej uderzał o szybę, że prawie nie słyszała własnych myśli. Wrzuciła na siebie biały fartuch, dosunęła krzesło do biurka i wyszła z gabinetu, zabierając ze sobą kartę pacjentki.

*****

– Mam nadzieję, że zabrała pani ze sobą pidżamę? – zapytała pewnym głosem doktor Zagórska, widząc Olę, siedzącą na szpitalnym łóżku, ubraną w ciemno niebieskie jeansy i białą bluzkę z krótkim rękawem.

– Pidżamę? Ja miałam nadzieję, że niedługo będzie po wszystkim i wypuścicie mnie do domu. O czternastej mam wernisaż – oznajmiła.

– Musi pani zrozumieć, że jeśli nie byłoby potrzeby, a jej obecność nie byłaby uzasadniona, nie dzwoniłabym do pani wczoraj wieczorem. Ponadto wypisałam wczoraj kilku pacjentów, zwolniły się łóżka. To nie jest codzienne zjawisko przy nadprogramowej ilości pacjentów, jaką mamy tu zazwyczaj i szkoda byłoby nie wykorzystać takiej szansy.

– Ale przecież to moje obrazy… – szepnęła zaniepokojona, urywając zdanie.

Zagórska patrzyła na Olę, zastanawiając się od czego zacząć i czy powinna cokolwiek powiedzieć, nie mając pewności, mogąc narazić dziewczynę na niepotrzebny stres.

– Czy może mi pani powiedzieć, co ze mną będzie? – spytała lekarkę.

– Na tym etapie niestety, ale nie potrafię udzielić pani konkretnych odpowiedzi. Chcielibyśmy zrobić jeszcze kilka badań, które pomogą nam rozwiązać niewiadome. Oczywiście do pani należy ostateczna decyzja.

– Co to za badania?

– Musimy wykonać punkcję lędźwiową oraz kilka dodatkowych badań i poczekać na wyniki.

Dziewczyna zapatrzyła się na wazon z kwiatami stojący na stoliku przy sąsiednim łóżku.

– Przy tym badaniu wprowadza się igłę w dolną część kręgosłupa, a konkretnie w odcinek lędźwiowy i pobiera się płyn mózgowo-rdzeniowy – próbowała wytłumaczyć doktor Zagórska.

– Wiem, co to punkcja lędźwiowa – oświadczyła niespokojnie, a do jej oczu cisnęły się łzy, które powstrzymała, by nie objawiać słabości.

– Wczoraj przez telefon powiedziała mi pani, że mam stwardnienie rozsi…

– Nie możemy być tego do końca pewni bez wykluczenia innych chorób objawami zbliżonych do SM. – weszła jej w słowo.

– Jak na przykład?

– Borelioza. To taka choroba bakteryjna, wywołana przez ukąszenie kleszcza. Czy była pani może niedawno w lesie albo w parku? Gdzieś, gdzie mógł panią ukąsić kleszcz?

– W lesie? Kleszcz? Nie, nie byłam w lesie, ani w żadnym parku i nie wydaje mi się, żeby jakikolwiek kleszcz miał okazję mnie ukąsić.

– W takim razie proszę się uzbroić w cierpliwość. Za jakąś godzinę radiolog zabierze panią na ponowny rezonans, a potem zrobimy punkcję, oczywiście o ile nadal wyraża Pani zgodę na pobyt w szpitalu – uśmiechnęła się do Oli, jakby nic się tak naprawdę nie stało, a te wszystkie badania były jak masaż w salonie spa.

– Czy da się wyleczyć tę boreliozę?

– Co prawda szczepionki przeciwko chorobie nie ma, ale możliwe, że jest we wczesnym stadium, wtedy będziemy mogli ją pokonać.

– Raczej mało pocieszające. Powiedziałabym nawet, że przygnębiające.

– Jest pani młodą osobą, proszę myśleć pozytywnie, Czasami to połowa sukcesu – ponownie uśmiechnęła się do dziewczyny i zaczęła szczerze siebie nienawidzić.

– Jak długo zostanę w szpitalu?

– Kilka dni, aż nie zrobimy wszystkich badań. Poza tym po punkcji będzie musiała Pani trochę poleżeć. Teraz muszę złożyć wizytę innym pacjentom. Przyjdę, gdy tylko wróci Pani z rezonansu. A na razie proszę odpocząć – rzuciła na koniec, wychodząc z sali.

Poszła wzdłuż ciemnego i pochłoniętego szpitalnym zapachem korytarza. Nie znosiła go odkąd dwadzieścia lat temu podjęła pracę jako neurolog, a teraz ten zapach wydawał się jej jakby bardziej intensywny.

Minęła kobietę w zielonym fartuchu, froterującą podłogę i skręciła w lewo. Jeszcze zaledwie kilkanaście metrów i miała znaleźć się na zewnątrz, ale poczuła, że za chwilę straci przytomność i osunęła się na krzesło, stojące pod ścianą.

– Wszystko w porządku, proszę pani? – spytała kobieta w zielonym fartuchu.

– Tak, tylko zakręciło mi się w głowie – odpowiedziała, posyłając kobiecie nieszczery uśmiech.

– Może zawołać doktora Witkowskiego? – nalegała, opierając się o rączkę maszyny do polerowania podłóg. – Bardzo pani blada. – dodała troskliwie.

– Naprawdę nic mi nie będzie, proszę mi wierzyć. Jestem lekarzem. Poza tym ja mam taką jasną cerę – jeszcze raz uśmiechnęła się, tym razem bardziej autentycznie, bo kobieta dała jej spokój i wróciła do czyszczenia podłogi. Kiedy zniknęła już z jej pola widzenia, Zagórska spróbowała się podnieść i znów straciła równowagę, jednak nie dała za wygraną i ruszyła chwiejnym krokiem w stronę wyjściowych drzwi.

Świeże powietrze. To wszystko, czego właśnie potrzebowała.

Znalazła się na zewnątrz i nie zważając na wielką tabliczkę z czerwonym drukowanym napisem „Zakaz palenia na terenie szpitala” i drugą, mniejszą “Palenie w miejscu niedozwolonym grozi karą w wysokości 300 zł”, sięgnęła do kieszeni i wyjęła zgniecioną paczkę papierosów z zapalniczką w środku. Zapewne w tej sytuacji nie było to idealne rozwiązanie, bo butelka wódki lepiej uporałaby się z jej problemem, lecz musiała zająć czymś swoją głowę. Tym razem właśnie paczka połamanych papierosów, ta sama, która zabierała za sobą codziennie do pracy, odkąd trzy miesiące temu rzuciła palenie, stała się najlepszym lekarstwem na wszelkie dolegliwości. Jak mogła nie powiedzieć dziewczynie prawdy? Przecież powinna otwarcie i szczerze powiadomić ją o rozpoznaniu. Dziewczyna miała prawo wiedzieć. Nie będzie mogła uchronić jej przed całym złem tego świata. Może bała się pytań, które mogłyby być dla niej niewygodne, a może chciała po prostu dać sobie szansę na lepsze przygotowanie się? A może sama nie chciała w to wierzyć?

Nerwowo zapaliła papierosa i dym uleciał w powietrze niczym chmura odkupienia. Przez moment poczuła się jakby lepiej.

„Przecież to była jedynie kolejna pacjentka. Nic wielkiego. Otrzyma wyniki punkcji lędźwiowej i wtedy zrobi wszystko, żeby jej pomóc. Odpokutuje błąd wczorajszego telefonu. Przecież nic złego się nie stało.” – powtarzała sobie w myślach, choć w rzeczywistości wiedziała, że jest inaczej. Nie rozumiała, dlaczego wszystko działało na nią tak przeraźliwie emocjonalnie.

Odsunęła dłoń od twarzy i spojrzała na małego „diabła” pomiędzy swymi palcami.

– Nie potrzebuję cię! – powiedziała w pustą przestrzeń i rzuciła papierosa na ziemię, miażdżąc go butem. Resztę paczki wyrzuciła do kosza stojącego obok niebieskiej ławki przed budynkiem szpitala.

Tego samego dnia późnym wieczorem jeszcze raz usiadła przy swoim biurku przeglądając kartotekę tej młodej dziewczyny. Próbowała doszukiwać się jakiegoś uchybienia, jakiejkolwiek pomyłki, ale po wielu godzinach ślęczenia nad stertą papierów nie znalazła niczego, co mogłoby pokazać, że się pomyliła. Do domu wróciła przed północą. Zastała stół zastawiony różnymi pysznościami i bukiet czerwonych tulipanów w sypialni, czekający na jej powrót, do którego dołączony był liścik:

„Kochanie, wyszedłem do pracy. Myślałem, że wrócisz wcześniej i będziemy mogli porozmawiać, ale najwidoczniej dane było mi zjeść kolację samemu. Mam nadzieję, że kwiaty ci się podobają? W piekarniku jest zapiekanka ze szpinakiem, twoja ulubiona… Kocham Cię”.

Tak zwyczajnie i tak cholernie ciepło. Tylko on tak potrafił, a ona na niego nawrzeszczała i na dodatek trzasnęła drzwiami. Pewnie cały dzień o niej myślał zastanawiając się, co takiego zrobił źle. Nawet do niego nie zadzwoniła, a przecież mogła. Teraz to już nie miało kompletnie znaczenia. Czuła się podle. Ten dzień powinien był się inaczej zacząć i inaczej skończyć.

Nałożyła sobie kawałek zapiekanki z piekarnika, nalała soku pomarańczowego do swego ulubionego kubka z Kaczorem Donaldem i włączyła telewizję, żeby nie jeść w samotności. Na ekranie uzbrojony mężczyzna strzelał do ludzi, którzy chcieli go zabić i dziwnym zbiegiem okoliczności tylko on trafiał do celu eliminując wszystkich po kolei. Przełączyła na kolejny kanał, ale i tu nie znalazła nic ciekawego. Spojrzała na zegarek, dochodziła druga w nocy. Zasnęła chwilę potem.

Następne dni wyglądały podobnie i choć nie kłóciła się od rana ze swoim mężem, jej praca, a szczególnie przypadek pewnej młodej dziewczyny sprawiała, że nie potrafiła normalnie funkcjonować. W czwartek około godziny czternastej zadzwonił telefon.

– Doktor Zagórska? Mamy wyniki punkcji lędźwiowej pani pacjentki. Nie ma żadnych wątpliwości. Miała pani rację – usłyszała z drugiej strony słuchawki.

ROZDZIAŁ 3

Pobyt w szpitalu działał na Olę depresyjnie. Ta na co dzień przyjazna i otwarta dziewczyna, teraz nie chciała z nikim rozmawiać. Prawie nic nie jadła, oprócz jogurtu truskawkowego i wmuszanych przez Maksa na siłę owoców. Przychodził codziennie, czasami nawet kilka razy, by sprawdzić czy na pewno niczego jej nie trzeba. Po trzecim dniu wszyscy, włącznie z pielęgniarkami, sprzątaczkami i lekarzami myśleli, że jest jej mężem. Nie wyprowadzała ich z błędu i przy każdej nadarzającej się okazji podkręcała temat zwracając się do niego per „Kochanie”. Nawet ją to bawiło, a nie było wielu momentów, kiedy uśmiech gościł na jej twarzy.

Stwardnienie rozsiane, czy może ta cholerna borelioza? Niewiedza była jak miliony mikroskopijnych szpilek wbijanych w jej umysł. Dodatkowo, po wykonanym badaniu punkcji lędźwiowej, obudziła się z potwornym bólem głowy, a lekarz powiedział jej, że ma leżeć i najlepiej, żeby się nie ruszała. Po takim badaniu ma się coś jakby „kac gigant” i nie wolno się podnosić. Była zmęczona i chciała wracać do domu. Piątego dnia dowiedziała się o konsultacji ze specjalistą. Była zdenerwowana i zupełnie na to nie przygotowana. Chociaż próbowała z całych sił odnaleźć w swojej psychice trochę spokoju, nie udało się.

Podążając szpitalnym korytarzem odniosła wrażenie, jakby szła na krzesło elektryczne, gdzie miałaby zostać stracona za popełnienie straszliwej zbrodni. Z każdym krokiem hall wydawał się coraz dłuższy, a jej nogi stawały się coraz cięższe. Przecież była niewinna, nie zrobiła nic złego.

„Dead man walking” – prawie słyszała w swojej głowie. Wiele razy oglądała to arcydzieło filmowe z Seanem Pennem i Susan Sarandon w roli siostry zakonnej. Otrzymuje ona list od mężczyzny, skazanego na śmierć za gwałt i morderstwo, który twierdzi, że jest niewinny. Zakonnica pomaga mu, występując z petycją o ułaskawienie. W tej chwili potrzebowała właśnie takiej siostry zakonnej, ale w około nie było nikogo prócz pielęgniarek i kobiety polerującej podłogę. Czuła jakby ich oczy były skupione na jej osobie, choć nawet na nią nie patrzyli. „Dead man walking” – scenerię więzienną zastąpił długi szpitalny korytarz z zielonymi ścianami i czarno – białą terakotą.

– Będzie dobrze, nie masz się czym martwić. Musi być dobrze! – powtarzała szeptem, na siłę dodając sobie odwagi i prawie się uśmiechnęła wchodząc do gabinetu doktor Zagórskiej.

„Jak pies” – przypomniała sobie cytat z „Procesu” Franza Kafki. Czy rzeczywiście człowiek rodzi się jedynie po to, by kiedyś umrzeć? Nadzieja, która na sekundę pojawiła się na horyzoncie, uleciała w nieznane.

– Witam, panno Aleksandro. Mam tutaj pani kartę i wyniki… – urwała doktor Zagórska i zaczęła przeglądać stertę papierów. – Proszę, niech pani usiądzie – wskazała ręką krzesło po drugiej stronie biurka.

Ola przez chwilę czuła się, jak w jakimś programie reality show, gdzie prowadzący trzyma widownię w studiu i widzów przed telewizorami w napięciu, by po dłuższej chwili przeczytać werdykt.

– Aha! Tutaj są pani dokumenty. Straszny bałagan ostatnio panuje na moim biurku – rzuciła usprawiedliwiający uśmiech w kierunku dziewczyny i jednocześnie poczuła się lekko zażenowana. Nadal nie miała pojęcia, w jaki sposób przekazać jej prawdę o SM. Przez telefon było prościej. To trudniejsze, niż sobie wyobrażała. Miała już wcześniej pacjentów, którym musiała oznajmić smutną prawdę, ale tamte przypadki nie działały na nią w taki sposób. Udała, że jeszcze raz przegląda historię choroby, żeby dać sobie więcej czasu do namysłu i odpowiednio rozpocząć rozmowę. „Otwarte i szczere powiadomienie chorego o rozpoznaniu” – zdanie to krążyło w jej głowie i nie dawało spokoju. W końcu spojrzała Oli prosto w oczy.

– Panno Aleksandro, niestety nie mam dla pani dobrych wiadomości, ale może zacznę od początku.

W oczach Oli pojawiły się łzy i kurczowo zaczęła ściskać torebkę, którą trzymała na kolanach.

– Czy to stwardnienie? Niech pani nie zwleka i powie prawdę prosto w oczy. Wy lekarze często prowadzicie jakieś dziwne gry. Przecież to wcale nie uchroni mnie przed chorobą, czymkolwiek jest – oznajmiła, wykrztuszając łzawo ostatnie słowa.

Mina doktor Doroty Zagórskiej wykręciła się jakby w grymasie uśmiechu, ale po sekundzie zorientowała się, że informacje, które ma do przekazania wcale nie są optymistyczne i na powrót stała się poważna.

– Co mi do diabła jest?! – otarła łzy z powiek rękawem kremowej bluzki.

– Tydzień temu, dzięki badaniu rezonansu magnetycznego wykryliśmy u pani ogniska zapalne w ośrodkowym układzie nerwowym- zaczęła niezwykle profesjonalnie. – Z początku mieliśmy nadzieję, jak zresztą pani wcześniej mówiłam, że to jedynie wina kleszcza, który zakradł się do środka i narobił bałaganu, ale niestety myliliśmy się. Substancja, która izoluje zakończenia nerwowe, tak zwana mieliną, zanika i uniemożliwia komórkom nerwowym prawidłowe funkcjonowanie. Pomaga ona w utrzymaniu szybkiego odbierania i odczytywania informacji przesyłanych z mózgu do innych części ciała. Kiedy otoczka mielinowa obumiera, na jej miejscu powstają blizny lub zgrubienia, które zatrzymują ten proces.

– Czyli jednak mam SM?

-Chodzi o to, że potrzebowaliśmy czasu, żeby sprawdzić naszą teorię, ale teraz mogę już w stu procentach powiedzieć pani, że choroba, która zaatakowała pani ciało to stwardnienie rozsiane – przerwała na chwilę. – Tego nie można wyleczyć – dodała.

To nie miało być tak. Nie w ten sposób wyobrażała sobie rozwój sytuacji. Była pewna, że da radę, że nie da się ponieść emocjom i w stosowny sposób, profesjonalnie, jak na neurologa przystało, podejdzie do sprawy. Tymczasem wszystko ułożyło się nie po jej myśli. Cholera, znów coś zawaliła. Musi teraz coś zrobić, powiedzieć coś. Gdyby była jej matką na pewno by ją teraz przytuliła i zapewniła, że wszystko będzie dobrze.

– Musi pani o siebie dbać, a gdyby działo się cokolwiek, co uznałaby pani za niecodzienne zachowanie swego ciała, proszę niezwłocznie zgłosić się do szpitala, dobrze?

Ola już tych słów nie słyszała. Wpatrywała się jedynie w okno zalane deszczem.

„Przecież nie może wiecznie padać” – pomyślała.

ROZDZIAŁ 4

Kiedy skręcili w długą aleję osiedlowych bloków, w radiu śpiewała Norah Jones. Przez całą drogę ze szpitala milczeli, jedynie dźwięki samochodowego radia zagłuszały tę ciszę. Maks nawet chciał coś powiedzieć, ale za każdym razem, gdy był już gotów się odezwać, gryzł się w język, żeby przy okazji nie palnąć czegoś głupiego. Ola natomiast wsiadając do samochodu powiedziała tylko: „Jedź, proszę”, niczego nie wyjaśniając. W zasadzie nie czuła się najgorzej. Objawy drętwienia i mrowienia połowy twarzy ustąpiły już po pierwszych dniach pobytu w szpitalu. Może nie powinna się tak bardzo przejmować? Przecież ludzie ze stwardnieniem rozsianym funkcjonują prawie tak samo, jak większość zdrowych osób. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, przez cały czas słyszy się o prowadzonych badaniach naukowych, zapewne ktoś pracuje także nad cudownym lekiem na SM.

Wpatrywała się w ślepy punkt na desce rozdzielczej, gdy Maks skręcił na parking i zgasił silnik, zatrzymując się przed budynkiem oznaczonym numerem piętnaście.

– Wszystko w porządku? Całą drogę milczałaś.

– Ty też nie byłeś zbyt rozmowny – powiedziała nie spuszczając wzroku z małego srebrnego napisu „airbag” po lewej stronie deski rozdzielczej.

– Co ci powiedzieli lekarze? – zapytał nie do końca przekonany, czy powinien. Może lepiej byłoby, gdyby poczekał ze swoimi pytaniami, aż sama mu powie? Zawsze wszystkim dzielili się ze sobą i nigdy nie było między nimi tajemnic. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

– Powiedzieli… – urwała. Nie wiedziała do końca, czym powinna się z nim podzielić.

– Olka, wydusisz to w końcu z siebie? – powoli tracił cierpliwość.

– Powiedzieli, że to wina jakiegoś cholernego kleszcza – rzuciła jakby od niechcenia.

– Kleszcza? Zdrętwiała ci połowa twarzy z winy jakiegoś kleszcza? Jaja sobie robią?

– Tak oznajmili mi dziś rano. Jakieś zakażenie się wdało czy coś. Dadzą mi kilka zastrzyków i po sprawie.

– To w takim razie nad czym się tak zastanawiałaś przez całą drogę?

– Co? O co ci chodzi?

– Odkąd wsiadłaś do samochodu jesteś nieobecna. Patrzysz przed siebie, a kiedy już odpowiadasz na moje pytania to w taki sposób, jakbyś nie miała ochoty ze mną rozmawiać. Nigdy cię takiej nie widziałem, a znam cię już trochę czasu.

– Maks, przepraszam cię. To przez ten pobyt w szpitalu. Te wszystkie badania, potworny ból głowy po punkcji lędźwiowej i cała diabelska atmosfera szpitalna kompletnie mnie rozstroiły. Nie potrafię normalnie funkcjonować, a w dodatku jestem potwornie zmęczona, jakbym przez cały ten tydzień oka nie zmrużyła.

– Nie mogę powiedzieć, że wiem, o czym mówisz, bo nigdy nie doświadczyłem tego, co ty, ale mogę tylko sobie wyobrazić jak było ci ciężko.

– Dziękuję, jesteś naprawdę kochany – dopiero teraz odwróciła się w jego stronę, wtulając głowę w ramiona.

– Nie wyglądasz najlepiej – dorzucił po chwili. – Oczy podkrążone, blada twarz i wysuszone policzki. Czym cię tam karmili dziewczyno?

– Bydlak! Wiedziałam, że się ze mnie nabijasz – odsuwając się pokazała mu język.

Roześmiał się.

– A na poważnie to… brakowało mi ciebie, wiesz?

– Bo nie miałeś z kogo wyśmiewać?

– Poważnie mówię. Bez ciebie było tu tak strasznie pusto.

– Znów się nabijasz? Bo jeżeli tak, to obiecuję, że tym razem pożałujesz – pogroziła mu palcem przed nosem.

– Nie nabijam się. Naprawdę mi ciebie brakowało. Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo.

– Przecież codziennie przychodziłeś.

– Kilka razy dziennie – poprawił ją.

– Tak, nawet kilka razy dziennie – powtórzyła po nim, przyznając mu tym samym rację.

– Ale to nie to samo. Wracałem potem do pustego domu ze świadomością, że w twoim mieszkaniu nie ma nikogo. To było straszne. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ciebie zabrakło.

„ Powiedz mu, do cholery! Ma prawo wiedzieć! Widzisz, kilka dni bez ciebie przeżywa, jakby to była wieczność. Co zrobisz, jeśli w jakiś sposób dowie się od kogoś innego? Nie dowie się. Powie jedynie babci, a ona nie będzie rozgłaszać tego dalej, jeśli ją o to poprosi.”

Z trudnością powstrzymywała łzy.

– Nigdzie się nie wybieram – powiedziała, obejmując go.

Poczuła zapach perfum mieszający się ze świeżością flanelowej koszuli. Podniosła głowę i przysunęła się do jego ust.

– Co robisz? – zapytał, oddalając się na bezpieczną odległość.

– Próbuję cię pocałować, nie widzisz? – zapach jego koszuli wydał się jej jeszcze bardziej intensywny niż przed chwilą.

– Ale… dlaczego?

Byli przyjaciółmi i kiedyś przysięgli sobie, że nigdy nie będzie między nimi niczego więcej.

– Bo mam ochotę to zrobić.

– Ale pamiętasz? Sama mówiłaś, że tylko przyjaźń, pamiętasz? – słowo „pamiętasz” powtórzył dwa razy, by upewnić się, czy ona naprawdę tego chce, a zaistniała sytuacja nie jest jedynie wynikiem ich wspólnej samotności.

– Masz rację, tak mówiłam. Przepraszam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło – powiedziała odchylając się

od niego. – To przez te twoje perfumy. Pachniesz, jak mężczyzna.

– Jak mężczyzna? A wcześniej to niby jak pachniałem, co?

– Jak przyjaciel – zażartowała.

– A ja ci do szpitala owoce przynosiłem. Odnoszę wrażenie, że oni chyba ci coś nielegalnego podawali

w tym szpitalu.

– Wiedziałam, że z ciebie to jednak prawdziwa męska świ… – nie dokończyła.

– Czyli jednak mężczyzna? – otworzył drzwi i chwycił torbę, leżącą na tylnym siedzeniu.

– Nie w tym sensie, jakiego byś pragnął.

– Mimo to mężczyzna – dokuczał jej, śmiejąc się.

– Wy wszyscy jesteście tacy sami – rzuciła.

– O, teraz stuprocentowa feministka się w tobie odezwała.

– Będę gryźć. Ostrzegam cię jeszcze jedno słowo i będę gryźć.

– Nie mam nic przeciwko takiej formie aktywności seksualnej, ale muszę cię ostrzec, że jako przyjaciel

nie będę odczuwał przyjemności.

– Głupek – rzuciła uśmiechając się w jego stronę i zatrzaskując jednocześnie drzwi zielonego Nissana.

Przez chwilę zapomniała o pobycie w szpitalu i o SM, choć jej torbę wypełniały po brzegi ulotki z

informacjami o chorobie, które otrzymała od doktor Zagórskiej tuż przed wyjściem z jej gabinetu.

***

Ola Gruszka leżąc na kanapie w salonie obserwowała Maksa, krzątającego się w kuchni. Była

pod wrażeniem, że facet mający, metr siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i ważący prawie

sto kilogramów potrafi z tak wielką gracją poruszać się w tak małym pomieszczeniu, jakim była jej

kuchnia. Zaproponował, że przygotuje dla nich coś smacznego i z początku się tego obawiała, ale

teraz patrząc na niego wiedziała, że to właściwa osoba na właściwym miejscu.

Nie mogła być teraz sama. Już nie potrafiłaby. Dawniej zabiłaby za kilka chwil bycia tylko sam na sam

ze sobą, lecz wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że nie czuła się już z tym tak komfortowo.

„Dawna Olka odeszła, nie ma jej.”- pomyślała.

Musiała przygotować się do pełnienia nowej roli, nowego życia, a nie miała pojęcia od czego

powinna zacząć. Wszystko dotąd było takie proste, a teraz? Teraz nawet najmniejsza błahostka,

wrastała do rangi wielkiego problemu.

– Chcesz herbatę, czy zaparzyć ci kawę?! – usłyszała donośny głos z kuchni, co na krótką chwilę wyrwało ją z pułapki zamyślenia.

– Herbatę… chcę herbatę! – odkrzyknęła.

Rozsiadła się wygodnie i uchyliła pokrywę swego notebooka, leżącego na stoliku do kawy przed brązową sofą. Uruchomiła przeglądarkę i w polu z napisem „szukaj” wpisała: „demielinizacja” i „ogniska zapalne”, otwarła nowe okno i wpisała „stwardnienie rozsiane”. Wybrała czwartą pozycję z listy i zaczęła przeglądać stronę Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego, ukradkiem obserwując, czy Maks jest jeszcze zajęty przygotowywaniem posiłku. Był.

„Informacje praktyczne: leczenie standardowe, metody leczenia w fazie badań, rehabilitacja…” Nie było nic, czego nie dowiedziałaby się wcześniej od neurologa. Kliknęła na napis „Linki (Planeta). Znalazła, czego szukała: miliony wypowiedzi osób chorych na SM.

„Ponieważ pogoda jest mocno barowa, wynalazłam w necie fajny przepis na bułki maślane i jak mówi moja przyjaciółka, a mnie się to podoba, popełniłam je. Jeszcze nie do końca, trwa pierwsze wyrastanie…” – przeczytała fragment bloga pewnej dziewczyny i prawie się rozpłakała. Też chciałaby tak, jak ona starać się nie myśleć i żyć, po prostu żyć normalnie. Może pewnego dnia będzie potrafiła.

Zamknęła kartę, by nie zalać łzami komputeraby nie zalać łzami komputera. Otworzyła stronę z definicją „demielinizacji” i zaczęła czytać, kiedy w drzwiach niespodziewanie pojawił się Maks. Nie zauważyła go.

– Co robisz? – zapytał, trzymając czerwony kubek w jednej ręce, a niebieski w biało-żółte paski w drugiej.

– Nic ciekawego. Tak sobie strony internetowe przeglądam. Sprawdzałam maila i takie tam różne – nerwowo zamknęła wszystkie karty, by niczego nie zauważył.

– O czym? – postawił kubki na stole, obok notebooka.

– Co, o czym?

– O czym są te strony internetowe?

– Aha… takie tam artystyczno-malarskie głupoty. Nic, co mogłoby cię zaciekawić – skłamała i poczuła się fatalnie. Nigdy wcześniej go nie oszukała. Powiedziała mu nawet o dniu, gdy po raz pierwszy przespała się z facetem. To stało się na jakiejś imprezie u znajomego i była zalana w trupa. Niczego potem nie pamiętała. Albo nie chciała pamiętać. Z chwilą, kiedy się pojawił, zahipnotyzował ją. Raz w życiu chciała zrobić coś szalonego, a potem tego żałowała. Miała wtedy osiemnaście lat, a on niebieskie oczy i kręcone kasztanowe włosy. Wciągnęła go do któregoś z pokoi na piętrze i stało się. Wiedziała, że Maks nie będzie z tego zadowolony, ale powiedziała o wszystkim. Był jedyną osobą, której mogła zaufać, i która o tym wiedziała. Dziś też powinna była mu powiedzieć.

Chłopak przysiadł z boku na kanapie. Nie potrafiła na niego spojrzeć. Wbiła wzrok w swój ulubiony niebieski kubek w biało-żółte paski.

– Może weźmiesz prysznic, bo jeszcze chwilkę będziemy musieli poczekać za pieczarkami, które dochodzą w piekarniku?

– Za momencik – powiedziała opierając policzek na jego ramieniu.

– Za momencik moja droga, to pieczarki będą gotowe. Zmykaj do łazienki, a ja zobaczę, co z moim daniem.

– Już prawie zamykałam oczy. Wszystko musiałeś zepsuć.

– Uciekaj pod prysznic, bo sam cię tam zaniosę i przysięgam odkręcę zimną wodę – oznajmił znikając za ścianą kuchni.

Kiedy wrócił po dłuższej chwili ona już smacznie spała. Cofnął się z powrotem do kuchni i ponownie wstawił pieczarki do piekarnika, po czym zabrał gruby niebieski koc z sypialnego łóżka i przykrył nim Olę. Sam natomiast usiadł z czerwonym kubkiem kawy w fotelu, wpatrując się w jej bezwładnie ułożone ciało, które pod wpływem miarowego oddechu nieświadomie unosiło się i opadało. Wyglądała, jakby tańczyła, a każdy ruch stawał się tchnieniem mistrzowskiej melodii i kiedy o tym pomyślał odniósł wrażenie, że nie była z nim do końca szczera.

ROZDZIAŁ 5

Światło w oknie na drugim piętrze bloku numer piętnaście dawało znak, że Ola Gruszka wróciła. Mężczyzna stojący pod drzewem w długim czarnym płaszczu i lakierowanych mokasynach wpatrywał się w żółtą poświatę bijącą z ramy okiennej w nadziei, że zobaczy choć zarys kobiecej postaci. Bezskuteczne godziny wyczekiwania w temperaturze czternastu stopni sprawiły, że ogarniało go uczucie zniechęcenia. Na szczęście widział ją wcześniej, wysiadającą z zielonego Nissana, a wspomnienie jej wesołej twarzy sprawiało, że czuł ciepło w sercu i nie straszna była mu nawet wichura rzucająca konarami drzew. Uśmiechnął się do siebie.

Sięgnął do kieszeni po paczkę miętówek, które zawsze nosił przy sobie, bo naturalny zapach z jego ust wywoływał odrazę do tego stopnia, że odrzucał nawet jego samego. Zauważył, że jakaś starsza kobieta w oknie na parterze bacznie mu się przygląda. Próbował ją zignorować, ale przez cały czas czuł jej wzrok na własnej osobie. Zastanawiał się od jak dawna patrzy w jego stronę. Nie miał zamiaru wzbudzać podejrzeń.

„A jeśli ta kobieta siedziała w tym oknie od samego początku?” – zamyślił się. – Będzie musiał znaleźć inne miejsce do obserwacji, mimo, że właśnie ten punkt był najlepszym z możliwych.

Nachylił się, udając, że poprawia coś przy butach. Poprowadził wzrok w górę i upewnił się, że kobieta nadal mu się przygląda. Ponownie spuścił głowę i za chwilę znów się podniósł. Kobieta znikła.

„Zapewne za moment zjawi się policyjny radiowóz – pomyślał. – A może dała sobie spokój i poszła spać? Na oko miała jakieś siedemdziesiąt lat. Osoby w jej wieku wcześnie zasypiają” – wmawiał sobie.

Po dłuższej chwili okno na parterze otworzyło się i wyjrzała z niego ta sama starsza kobieta. Wyglądała na młodszą, niż kiedy widział ją za zamazaną szybą, ale skóra jej twarzy była zniszczona.

– Panie?! Proszę pana! – wykrzyknęła. – Mógłby pan tutaj podejść?!

Mężczyzna zrobił kilka kroków do przodu, ale nie wynurzył się z cienia, żeby kobieta nie zauważyła jego twarzy.

– Proszę bliżej! – krzyknęła piskliwym głosem.

– Ale o co chodzi? – spytał nie ruszając się z miejsca.

Wysunęła rękę z aparatem cyfrowym i zrobiła zdjęcia. Nie zdążył zakryć twarzy.

– Co pani robi? – oburzył się.

– Panie, obserwuje już pana od dwóch godzin. To ja się powinnam zapytać, co pan tutaj robi? – nie czekała na odpowiedź. – My nie potrzebujemy kłopotów. To spokojne osiedle. Nie potrzebujemy handlarzy narkotyków, czy co pan tam panie sprzedaje. Mam zdjęcie na wszelki wypadek. A teraz proszę już sobie iść!

Wzięła go za handlarza narkotyków, choć nigdy w życiu nie widział niczego podobnego na własne oczy. Dzisiejszego wieczoru będzie musiał dać sobie spokój. Ta starsza osoba narobiła zbyt dużo zamieszania.

– Ale ja wcale nie handluje narkotykami – odparł, próbując się usprawiedliwić. – Ja tylko na kogoś czekam – dodał.

– Ja tam swoje wiem. Wiele już w życiu widziałam. Albo panie pójdziesz sobie stąd, albo zadzwonię na policję – zagroziła.

Mężczyzna wyszedł z cienia na tyle, że kobieta zauważyła jego szyderczo roześmiane usta.

– Jak sobie szanowna pani życzy – ukłonił się zasłaniając twarz kołnierzem płaszcza i odszedł.

Kobieta odprowadziła go wzrokiem, aż znikł z jej pola widzenia. Zamknęła okno i zasłoniła rolety.

– Następnym razem droga Aleksandro, następnym razem – wyszeptał mężczyzna, wychylając się zza drzewa i wpatrując się w okno na drugim piętrze bloku numer piętnaście.

ROZDZIAŁ 6

Gdy otworzyła oczy, była już prawie dwudziesta pierwsza. Nie pamiętała w jaki sposób zasnęła. Upajając się puchową delikatnością koca uzmysłowiła sobie, że ktoś zadbał, by nie zmarzła. To musiał być Maksymilian. Nie lubiła tego imienia i zdecydowanie wolała mówić Maks, chociaż niniejszy skrót brzmiał trochę jak imię dla psa. Od zawsze traktowała go jak brata i kiedy przypomniała sobie o nieudanej próbie pocałunku, poczuła do siebie niechęć. Usprawiedliwiało ją jedynie to, iż była pod wpływem troski o swoją przyszłość, a myśl, że mogłaby zostać sama w sytuacji, kiedy nieuleczalna choroba atakuje jej ciało, spowodowała za wszelką cenę potrzebę bliskości drogiej osoby. On był blisko, a w dodatku taki opiekuńczy i nawet wydawał się męski. Nigdy wcześniej tak na niego nie patrzyła.

Uświadamiając sobie, że znów znajduje się sama w pustym pokoju, poczuła chłód próbujący przedrzeć się od pośladków przez plecy, aż po czubek głowy. Zadrżała jeszcze bardziej i schowała się pod gruby, gorący koc. Nie pomogło. Nie była pewna, czy to jej choroba, czy stres tak działają, ale miała zimne stopy i dłonie, choć jeszcze przed chwilą było tak przyjemnie ciepło.

– Cała się trzęsiesz – zauważył Maks, wchodząc do mieszkania z koszykiem wypełnionym świeżym pieczywem, kartonem mleka, kostką żółtego sera i soczystą sałatą. Pospiesznie zdjął kurtkę i usiadł obok, obejmując ją ramieniem.

Nadal czuła zimno, choć w pokoju termometr pokazywał powyżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza.

– Posiedź sama przez chwilę, a ja zaparzę herbatę. Ogrzejesz się – powiedział.

– Daj sobie spokój, nie jestem umierająca, tylko mi zimno. To nic wielkiego.

– Jak znam życie to pewnie spałaś odkryta przez ten czas, kiedy mnie nie było i teraz mamy tego wyniki.

– Nie wiem, nie pamiętam – wymówiła przez zaciśnięte zęby. – Gdzie byłeś?

– Byłem w sklepie na dole, bo stan twej lodówki moja droga to po prostu jedna wielka pustka. Zaglądasz tam czasami?

– Nie miałam czasu. W szpitalu byłam, pamiętasz? – rzuciła ironicznie.

– Zatem dobrze, że masz obok kogoś tak fajnego, jak ja, co? – wszedł do salonu podając jej kubek z herbatą.

– Jesteś najlepszy – uśmiechnęła się w jego kierunku, chwytając naczynie z gorącym napojem w swe zimne dłonie. Nie czuła ciepła, dopiero po dłuższej chwili opuszki jej palców zaczerwieniły się. Lewa ręka wydawała się silniejsza i bardziej zręczna, prawa zaś stała się sztywna, jakby była implantem.

– Nie wiem, co się ze mną dzieje… – urwała, odkładając kubek na stolik, prawie wylewając jego zawartość. – Nie czuję prawej ręki – dodała przerażona.

– Jak to, nie czujesz prawej ręki?

– Znaczy… czuję, ale w ogóle nie mam w niej siły, jakby połowa mego ciała osłabła. Nie mogę utrzymać głupiego kubka z herbatą! – prawie wykrzyczała wyraźnie wzburzona, jakby chciała zapytać: „Dlaczego ja? Czemu właśnie mnie się takie coś dzieje?”, lecz zdanie to pozostało jedynie w jej głowie. Stłumiła je.

– Może to jakiś chwilowy bezwład mięśni? Przeleżałaś tydzień w szpitalu bez konkretnego ruchu – próbował sprawić, żeby przestała panikować, ale bez skutku. – A może pozycja, w której spałaś nie była odpowiednia? Poza tym widzę, że jesteś zdenerwowana, a sama doskonale wiesz, że nie ma nic gorszego dla ludzkiego organizmu niż stres. Jeśli chcesz mogę zadzwonić do lekarza i zapytać, co powinniśmy zrobić, żeby ci pomóc – zaproponował.

– Nie! Nawet nie próbuj! – zaprotestowała.

– Spokojnie, to była luźna propozycja – odsunął się od Oli. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie. – Pokaż rękę – rzekł stanowczo.

Położyła dłoń na jego kolanie.

– Wygląda zwyczajnie – zaczął – nawet puls masz prawidłowy – zapewnił chwytając nadgarstek.

– A co ty możesz o tym wiedzieć? – wtrąciła.

– Muszę cię rozczarować moja droga, bo kiedy w ubiegłym roku byłaś przez miesiąc u babci na wsi, ja zabawiałem się w pielęgniarza w szpitalu na Głównej.

– Jakoś trudno mi sobie ciebie wyobrazić w białym fartuchu – zaśmiała się.

– Kolega prosił mnie, żebym go zastąpił.

– Maks, przecież ciebie wyrzucili z medycyny na pierwszym roku.

– No dobrze, może pielęgniarz to dużo powiedziane, ale przez miesiąc sprzątania i zamiatania korytarzy dowiedziałem się kilku ważnych rzeczy.

– Może lepiej już przestań, bo pęknę ze śmiechu.

– To może jednak zadzwonię, co?

– Nie, nie chcę kobiecie głowy zawracać – jej głos stał się łagodny i spokojny. – Pewnie masz rację i to wszystko wina stresu. Jeśli nie przejdzie do jutra, sama do niej zadzwonię – zapewniła.

***

Tej nocy nie mogła zasnąć. Jej serce waliło, jakby właśnie przybiegła na metę po dwudziestokilometrowym maratonie, a przecież przespała cały dzień i nie powinna być zmęczona. Prosta droga z sypialni do toalety kosztowała ją mnóstwo wysiłku i była szczęśliwa, kiedy mogła ułożyć się w swym „królewskim łożu”, pod puchową, białą pościelą.

Maks przez cały czas był przy niej. Spał na kanapie w salonie, ale co jakiś czas przychodził do sypialni sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Zamykała wtedy oczy i próbowała oddychać normalnie, żeby niczego nie zauważył, a gdy tylko wychodził, garściami łapała powietrze, które uspokajało przyspieszony rytm serca. Starała się nie wpadać w panikę, ale nie do końca to wychodziło, dlatego też często przewracała się z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Wyobraziła sobie, że to dopiero początek męki. Była tego nad wyraz świadoma.

Jej umęczone ciało poddało się dopiero około czwartej nad ranem. Serce uspokoiło się, a ręka jakby nabrała pewności siebie. Poczuła ulgę i spokój, gdy ciężkie oczy pozwoliły odpłynąć jej w świat fantazji.

Śniła, że spaceruje boso w długiej, białej, zwiewnej sukience po zroszonej poranną mgłą trawie. Jej kręcone kasztanowe włosy rozwiewał ciepły wiosenny wiatr, a wszystko w około wydawało się takie realne i możliwe, aż czuła mokrą trawę pod swymi stopami, leżąc w swoim łóżku.

Śmiała się, zbierała polne kwiaty i tańczyła, jak gdyby przeżywała wszystko po raz pierwszy. A przecież owa łąka i zielona trawa pokryta rosą, której zapach czuła nawet przez sen, nie były niczym innym, jak wspomnieniem z dziecięcych lat, kiedy mieszkała jeszcze u babci na wsi. Tęsknota za tym, co było takie niewinnie piękne i wiadomość o chorobie spowodowały, że chciała uciec, choć na chwilę powrócić do tamtych chwil. Zrobiła to. Wykorzystała najbardziej znany wehikuł czasu – sen, i przeniosła się do świata, gdzie nie było jeszcze stwardnienia rozsianego, powietrze pachniało konwalią i świeżo upieczonym babcinym plackiem ze śliwkami, a ona wylegując się na polanie, spoglądając w niebo, z czystym sumieniem mogła powiedzieć: „Tak, jestem cholernie szczęśliwa. Jestem szczęśliwa tak bardzo, że rozdam to uczucie każdemu, kto zgłosi się po szczęście”.

Ale w tym śnie był jeszcze ktoś. Pojawił się niespodziewanie w oddali. Rosły mężczyzna w zielonym kapeluszu, brązowej luksusowej marynarce i dzwoniastych, czerwonym spodniach. Na nogach miał zielone kalosze i w rzeczywistości wyglądał trochę jak leśny skrzat, lecz był bardzo wysoki. Gdy do niej podszedł, zza pleców wyjął wielki, srebrny dzwon i zaczął nim dzwonić, przy czym dźwięk, który się z niego wydobywał był straszliwie elektroniczny, wręcz nie do zniesienia i zakłócał całą panującą dokoła harmonię. W jednej chwili przerwał jej podróż po wyimaginowanym, lecz jakże idealnym świecie.

Gdy otworzyła oczy uświadomiła sobie, że ów elektroniczny dźwięk ze snu był niczym innym, jak uporczywie przywołującym sygnałem domofonu. Z wielkim trudem wygramoliła swe obolałe ciało z sypialni i zauważyła, że w mieszkaniu znajduje się sama. Maksa nie było. Nie wiedziała, gdzie jest, ale zastanawiała się, kiedy znów będzie obok. Czuła się dziwnie spokojnie w jego towarzystwie, szczególnie teraz. Domofon jednak nie dawał spokoju, wyrywając ją z zamyślenia i uporczywie przywołując do siebie przeszywającym umysł elektronicznym sygnałem, który Oli wydał się o wiele bardziej denerwujący niż w dniu, gdy go wybierała. Miał być specyficzny i donośny, żeby mogła go usłyszeć nawet podczas kąpieli pod prysznicem. Facet z firmy monterskiej zapewnił, że ten model jest najgłośniejszy, i że na pewno usłyszy go w najdalszym kącie tego mieszkania. Przeklinała się za to, tym bardziej, że nie mogła przejść nawet kilku kroków, nie odczuwając potężnego kłucia w mięśniach nóg. Miliony igieł wbijały się jednocześnie w jej skórę.

Próbując zrobić krok do przodu straciła równowagę. Chciała się ratować podpierając rękami, ale nadgarstek prawej dłoni nie był jeszcze wystarczająco sprawny i pod wpływem ciężaru ciała przekręcił się. Upadła, uderzając łokciem o twardą powierzchnię podłogi. Krzyknęła. Pulsujący ból przeszył jej ramię i powędrował aż po szyję, ale mogła poruszać dłonią, co oznaczało, że niczego sobie nie złamała. Leżała na zimnym, drewnianym parkiecie, a dzwonek domofonu stawał się nie do zniesienia. Był intensywniejszy i stawał się głośniejszy.

Przeczołgała się do kuchni i spróbowała wspiąć się po kuchennej szafce, ale bez powodzenia. Nie była wystarczająco sprawna.

„Powinnam była od razu zapisać się na kurację interferonem, jak proponował mi lekarz. Głupia byłam to mam za swoje” – pomyślała i znów podjęła próbę postawienia ciała na własnych nogach. Wykorzystała całą resztę energii, która jakimś cudem uchowała się w jej organizmie i tym razem udało się, choć żeby nie stracić równowagi musiała przytrzymywać się blatu kuchennego stołu. Domofon jeszcze dwa razy dał o sobie znać i zamilkł na kilka sekund.

„A może to Maks próbuje dostać się do środka, bo głupek zapomniał kluczy?” – przeszło przez jej głowę.

Zrobiła kilka kroków, przytrzymując się kolejno krzesła, szafki, futryny kuchennych drzwi, stojaka na kurtki w przedpokoju, który kupiła kiedyś na wyprzedaży i usiadła wreszcie w korytarzu na drewnianej skrzyni ze skórzanym siedziskiem. Oparła plecy o ścianę. Czuła się zmęczona, mimo, że droga z kuchni do przedpokoju to zaledwie niecałe dziesięć metrów.

Podniosła rękę w górę, by chwycić słuchawkę wiszącą idealnie nad jej głową i w tym samym momencie z białego plastikowego pudełka wydobył się ten sam przeraźliwie elektroniczny dźwięk, co wcześniej.

– Kto tam? – zapytała, ciężko dysząc.

Osoba z drugiej strony nie odpowiedziała.

– Maks, to ty? – próbowała się upewnić, że się nie myli i przyjaciel rzeczywiście zapomniał kluczy. – Nie rób sobie żartów i wchodź szybko na górę – dodała wciskając guzik z symbolem klucza, który otwierał drzwi na klatce schodowej. Odłożyła słuchawkę, lecz wtedy domofon ponownie zaczął dzwonić. Odebrała.

– Kto tam? – była zdecydowanie wzburzona. Odczekała chwilę, po czym prawie wykrzyczała:

– Maks, przestań! To wcale nie jest śmieszne!

– Ale kto się śmieje? I nie mów do mnie Maks, proszę – usłyszała wyciszony głos w słuchawce i zdecydowanie nie był to głos jej przyjaciela.

– Kto mówi? – w tym krótkim zdaniu dało się wyczuć, że jest zaskoczona i przerażona zarazem. Nie spodziewała się nikogo, nie umawiała się z nikim i w zasadzie prócz Maksa żaden mężczyzna nie gościł nigdy w jej mieszkaniu. Maks czasami żartował z niej głupio, że ta cała niechęć do facetów to choroba psychiczna, zainicjowana w dzieciństwie przez ojca, który ją okłamał i wyjechał zostawiając samą, a mimo, że był to jej świadomy wybór, nigdy mu nie wybaczyła. Może nawet miał rację, ale w niektórych momentach powinien trzymać język za zębami.

Na chwilę zapomniała o potwornym kłuciu w nogach.

– Kto mówi?! – zapytała bardziej stanowczo.

– Na pewno nie Maks – zapewnił mężczyzna w słuchawce.

– Maks? Jeśli stroisz sobie ze mnie żarty to obiecuję, że będzie z tobą krucho, gdy wejdziesz do mieszkania – zagroziła.

– Przecież ci powiedziałem, że nie mam na imię Maks. Maksa tutaj nie ma – mężczyzna zdawał się przemówić bardziej stanowczo, wręcz agresywnie. Nie chciał już więcej słyszeć imienia tamtego faceta, kimkolwiek był.

– W takim razie, jeżeli nie ma tam Maksa, to z kim mam przyjemność rozmawiać? – spytała łagodnym tonem.

– Wszystkiego dowiesz się w stosownym czasie droga Aleksandro – odparł drwiąco.

Zadrżała. Bynajmniej nie z zimna. Nie tym razem.

– Kim jesteś i skąd znasz moje imię? – wdarł się półszept paniki i strachu.

Nikt niestety już nie odpowiadał. Nie usłyszała niczego, prócz niewyraźnych odgłosów wrzeszczących i biegających za piłką dzieciaków, odpalanego silnika starego Poloneza i niezrozumiale przekrzykujących się dwóch mężczyzn.

– Jesteś tam jeszcze? Odezwij się – rozkazała i nagłe jakby ktoś jej posłuchał, lecz zamiast głosu w słuchawce, rozległo się nagłe pukanie do drzwi. Podskoczyła przerażona i upuściła domofon. Próbowała go złapać i odłożyć na miejsce, ale ponownie ktoś załomotał.

„Zadzwoń po policję, idiotko. Nie oglądasz filmów?. To nie są żarty. Ktoś albo próbuje cię bardzo nastraszyć, albo chce ci zrobić krzywdę – pomyślała. – Masz tylko parę kroków do sypialni. Tam jest telefon. Dasz radę” – próbowała być odważna.

Oparła obie dłonie na skrzyni i wybiła się w powietrze, próbując utrzymać równowagę na chwiejących nogach. Przytrzymała się ściany zachłannie łapiąc oddech. Na jakąś chwilę ucichło pukanie do drzwi, by za ułamek sekundy powrócić ze zdwojoną siłą. Tym razem ktoś najwyraźniej w nie kopał. Spokojnie podeszła bliżej i zajrzała przez wizjer. Ciemność. Postać zdecydowanie napierała plecami na drzwi.

– Idź sobie, bo zadzwonię na policję – zagroziła stanowczo.

Osoba, jakby próbowała się odsunąć, wpuściła odrobinę światła pomiędzy wizjer i swoje plecy, tak, że Ola mogła zobaczyć tył postawnego mężczyzny w brązowej kurtce. Za moment znów zapanowała ciemność i powróciło łomotanie podeszwą buta.

– Wynoś się słyszysz?! Zostaw mnie w spokoju! – wykrzyknęła.

Usłyszała, jak na betonową posadzkę upadają klucze.

– Jak sobie życzysz, choć myślałem, że zjemy razem jakieś śniadanie – zza drzwi dobiegał głos Maksa.

– Maks, to ty? To naprawdę ty?

– A któżby inny? – czuł się dziwnie. – Mam sobie pójść? – zapytał zmieszany.

– Nie, ja tylko… – urwała.

Otworzyła drzwi i ujrzała Maksa z dwiema torbami zakupów w rękach, a na posadzce leżały kluczyki do samochodu. Chciała je podnieść, ale nie miała wystarczająco siły, by wykonać jakikolwiek ruch, a żeby nie upaść na podłogę rzuciła się mu na szyję.

– Spokojnie, kobieto. Tam w torbach są pomidory i jajka. Zaraz będziemy mieć jedną wielką miazgę – oznajmił.

– Tak się bałam – powiedziała.

– Bałaś się? Czego? – zapytał i dopiero teraz zauważył, że Ola z trudem utrzymuje równowagę.

– Hej, Olka, co się dzieje?

Odłożył torby z zakupami, a zamykając za sobą drzwi podniósł kluczyki z betonowej posadzki klatki schodowej. Pomógł jej usiąść na kanapie w salonie i wpatrywał się w nią, oczekując odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie. Spuściła głowę.

– Zamknij drzwi na klucz, proszę, to ci o wszystkim opowiem – mruknęła.

Posłusznie spełnił prośbę i usiadł obok. Przez prawie godzinę opowiadała mu o pobycie w szpitalu i stwardnieniu rozsianym. Ze łzami w oczach przepraszała go, że wcześniej wszystko ukrywała. Później jeszcze przez dłuższą chwilę siedzieli oboje ze spuszczonymi głowami.

Maks chwycił jej rękę i uśmiechnął się do niej. Była zdziwiona i nadal po jej policzkach ciekły łzy.

– Będziesz musiała podjąć leczenie interferonem – przerwał milczenie.

– Co? – była zdumiona.

– Nic. Po prostu jutro pojedziemy do szpitala, porozmawiać z twoim lekarzem.

– I już? Tak po prostu? Najzwyczajniej w świecie?

– A czego się spodziewałaś?

– Myślałam, że przynajmniej na mnie nakrzyczysz albo nie będziesz chciał ze mną rozmawiać. Przecież cię okłamałam, i to nie jeden raz, a przyrzekaliśmy sobie, że nie będzie miedzy nami żadnych tajemnic.

– Przecież nie ma, prawda? – posłał jej ciepły uśmiech. – Powiedziałaś mi o wszystkim – dodał.

– Mówiłam ci już, że jesteś najlepszym facetem na ziemi?

– A zauważyłaś może, że odkąd wróciłaś ze szpitala ja odwalam całą brudną robotę w kuchni? – zażartował.

– Za to też cię lubię. Poza tym najlepszymi kucharzami są właśnie mężczyźni.

– Każda kobieta tak mówi, jeśli tylko nie musi przesiadywać przy garach – wtrącił.

– W porządku, czasami nawet masz rację i wczoraj może nie, ale dziś zasłużyłeś sobie na pracę w kuchni.

– A niby czym takim sobie na to zasłużyłem, moja droga?

– A na przykład tym głupim żartem z domofonem. Na serio się przestraszyłam. Kompletnie nie poznałam twego głosu.

– Jakim żartem z domofonem? – zapytał zdziwiony.

– Przestań, starczy tych wygłupów na dziś, dobrze? Już i tak wystarczająco trzęsłam się ze strachu.

– Olka, ja nie mam pojęcia, o czym ty mówisz – był bardzo poważny. – Drzwi na klatce schodowej otworzyła mi ta sąsiadka z drugiego piętra, bo właśnie wychodziła na spacer z psem, a na dodatek upuściłem torbę na półpiętrze i jabłka się rozsypały. Minęło trochę czasu zanim je wszystkie pozbierałem. Nie robiłem ci żadnych dowcipów. Wczoraj wróciłaś ze szpitala i naprawdę nie w głowie były mi takie rzeczy.

– To w takim razie, z kim wcześniej rozmawiałam? – spytała jakby samą siebie i poczuła na plecach zimny dreszcz. Była zaniepokojona.

Maks długo próbował jej uświadomić, że zapewne ktoś sobie z niej zażartował, albo dzieciaki bawiły się domofonem. Poza tym jej stan zdrowia i fakt, że wiele rzeczy w jej życiu zmieniło się w tak niespodziewanym tempie sprawiły, że nie potrafi racjonalnie postrzegać otoczenia i traktuje wiele spraw zbyt poważnie.

Wsłuchiwała się w słowa przyjaciela, ale w głowie wciąż miała ostatnie zdanie, które wypowiedział tajemniczy mężczyzna. Była pewna, że jeszcze go usłyszy, przecież jej to obiecał.

Kładąc się do łóżka czuła, jakby ktoś ją obserwował. Ten ktoś intensywnie o niej myślał.

ROZDZIAŁ 7

Młoda pielęgniarka o twarzy anioła, rubensowskich kształtach, tajemniczych, kocich oczach i długich, ciemnobrązowych włosach, zaplecionych starannie we francuski warkocz, obwiązany niebieską wstążką, weszła do sali, żeby wykonać zadanie, wyznaczone przez przełożoną. Lubiła swoją pracę i czasami traktowała to jak swego rodzaju powołanie. Niesienie pomocy potrzebującym osobom, przynosiło upragnioną satysfakcję. Czuła się spełniona i bez znaczenia było, czy w obecnej chwili podłącza kroplówkę, czy za moment będzie musiała umyć starszą osobę. Liczyło się, że jest potrzebna.

Zbliżyła się do łóżka przerażonej pacjentki i zawiesiła na stojaku przezroczysty worek wypełniony płynem.

– Co to jest? – zapytała kobieta leżąca na białej, szpitalnej pościeli.

– Solu-medrol – odpowiedziała pielęgniarka, uśmiechając się przy tym serdecznie.

– Solu…, co? – pacjentkę wyraźnie ogarnął niepokój.

– Doktor Dorota Zagórska poleciła zastosować pięciodniową terapię sterydową we wlewie dożylnym – powiedziała dziewczyna próbując podpiąć końcówkę rurki pod igłę umieszczoną w ciele pacjentki, lecz ta przytrzymała jej rękę.

– Podajecie mi sterydy?

– Trafiła pani dziś rano do naszego szpitala, bo miała pani problemy z chodzeniem poprzedniego dnia i objawy nie ustąpiły. W przypadku stwardnienia rozsianego stosuje się takie metody. Proszę mi wierzyć, że my tutaj wiemy, co robić. Poza tym w karcie zdrowia jest pani własnoręczny podpis pod zgodą na podanie leku.

– Rzeczywiście, coś sobie przypominam. Podpisywałam jakieś dokumenty, ale nikt nie wspomniał, że lek, który ma mi pomóc to steryd.

– Jeśli ma pani jakiekolwiek wątpliwości to mogę zawołać lekarza prowadzącego. Odpowie na każde pani pytanie. Ja jedynie robię, co mi dyktują. My naprawdę staramy się pomóc.

– Przepraszam. Wpadłam w panikę. To wszystko jest dla mnie takie nowe – puściła dłoń pielęgniarki, by ta mogła dokończyć podłączanie kroplówki i dopiero teraz zauważyła, że dziewczyna nie jest dużo młodsza od niej. Może nawet mogły być w tym samym wieku.

– Ile masz lat? – zapytała.

– Dwadzieścia pięć – odpowiedziała z uśmiechem. – A ty?

– Dwadzieścia siedem. Mam na imię Ola – wyciągnęła dłoń.

– Jestem Justyna – z zadowoleniem odwzajemniła przyjazny gest. – Teraz musisz kilka godzin leżeć pod kroplówką, ale potem poczujesz się lepiej – zapewniła mrugając jednym okiem, jakby znały się od dawna.

Wychodząc, minęła postawnego chłopaka z bukietem polnych kwiatów. Przystanęła na chwilę na korytarzu, zastanawiając się czy zwrócić mu uwagę, że nie wolno do szpitala wnosić kwiatów, i że to jedynie amerykańskie filmowe zwyczaje, ale stłumiła głos rozsądku w myślach i zniknęła za drzwiami z napisem: „ Tylko dla personelu szpitala. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”.

Tymczasem Aleksandra Gruszka, widząc swego przyjaciela Maksymiliana wkraczającego do szpitalnej sali, odwróciła się w stronę okna i zamknęła oczy. Po chwili poczuła kwiatową woń, ale nie otworzyła ich.

– Wiesz, Maks – zaczęła, podnosząc powieki – zeszłego roku czekałam na bożonarodzeniowy cud bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chciałam znów mieć rodzinę gdzieś obok. Nawet modliłam się pewnego wieczoru, by usłyszeć głos ojca. Nie taki przekształcony przez słuchawkę telefonu, ale możliwie realny. Chciałam, by stanął obok mnie i powiedział, że będzie dobrze. Zeszłego roku marzyłam o spotkaniu z nim. Za to dziś rano, kiedy moje nogi przestały mnie słuchać, gdy nie potrafiłam zrobić jednego głupiego kroku bez potężnego bólu w mięśniach, zrozumiałam, że już go nie potrzebuję. Powinien wtedy ze mną zostać. Powinien dziś rano być przy mnie zamiast ciebie.

Maks po raz pierwszy czuł się bezradny i żadna mądra myśl nie pojawiła się w jego głowie. Położył kwiaty na szpitalnym, metalowym stoliku obok łóżka Oli i dotknął jej rękę, przysiadając na krześle.

– Dzisiejszego poniedziałku nienawidzę bardziej niż pozostałych – ciągnęła. – Dziś mija kolejna „cicha” rocznica, gdy rodzice mnie zostawili. Co roku zamykam się w pokoju i spędzam ten czas sama, wpatrując się, jak ta sroka w telefon komórkowy, mając nadzieję, że zadzwoni. W końcu, kiedy już wybija północ i jestem pewna, że się nie odezwą, wyjmuję butelkę czerwonego wina i upijam się sama, chcąc zabić cholerną ciszę. Czasami włączam telewizor żeby nie pić do lustra. Jeszcze nikomu o tym nie mówiłam. Jestem żałosna, co? – zapytała, odwracając się.

– Nie! Olka, nie jesteś żałosna i nigdy tak o tobie nie pomyślę. Każdy przeżywa ważne dla siebie chwile jak mu się żywnie podoba. Ty mimo wszystko nadal masz nadzieję. Chciałbym czasami mieć tak samo. Mój brat i rodzice zginęli w wypadku jakiś czas temu, o czym zresztą wiesz, i choć nigdy nie było między nami zgody, dałbym wszystko, a może nawet więcej, żeby ich mieć z powrotem. To, że nadal czekasz i żyjesz nadzieją znaczy , że masz wielkie serce i jeszcze głębszą duszę.

Ola ponownie odwróciła się w kierunku okna.

– Maks, co się konkretnie ze mną stało dzisiejszego poranka? Nadal czuję jakbym była w innym świecie.

– Dokładnie nie wiem, ale zaczęło się, gdy usłyszałem twój krzyk, a potem łomot. Kiedy wygrzebałem się już z tej niewygodnej kanapy w salonie i wpadłem do twojej sypialni, leżałaś na podłodze z kurczowo zgiętymi i przyciśniętymi do klatki piersiowej nogami. Krzyczałaś tylko, że cię bardzo boli. Że mam cię stamtąd zabrać. Chwyciłem twoje ręce i zbiegłem po schodach, aż ta wścibska sąsiadka spod piątki wyszła zobaczyć, co się dzieje. Wrzuciłem cię na tylne siedzenie samochodu. I oto jesteś. W drodze do szpitala milczałaś, a gdy tylko dojechaliśmy na miejsce i powiedziałem, że przywiozłem dziewczynę chorą na SM, drużyna z pogotowia ratunkowego przejęła inicjatywę zostawiając mnie na zewnątrz.

– A skąd te kwiaty? – zapytała trącając płatek herbacianej róży koniuszkiem palca.

– Jakiś facet przyniósł dla żony, ale go pogoniła i dał mi je, kiedy wchodziłem do szpitala.

– Dlaczego go pogoniła?

– Nie wiem, nie pytałem.

– A powinieneś.

– Do czego prowadzi ta rozmowa?

– Pewnie donikąd, ale kiedy z tobą rozmawiam, nie myślę o SM i tej głupiej igle wbitej w moje ciało.

– Co ci podają?

– Jakieś sterydy…

– Wczoraj w nocy o tym czytałem… o SM, znaczy się. Każdy objaw utrzymujący się dłużej niż dobę jest uważany, jako rzut choroby i nie powinien być w żaden sposób lekceważony. Miałaś objawy, które wskazywały na pojawienie się nowego ogniska zapalnego w mózgu, dlatego od razu podali ci sterydy. Taka jest procedura, szczególnie, jeśli objawy są różne i mają różne nasilenie. Gdybyś czekała dłużej mogłoby być gorzej.

– Wiem… i dzięki, że jesteś tutaj ze mną, ale nie rozmawiajmy już dłużej o SM, dobrze? Chciałabym choć na chwilę zapomnieć, że coś takiego jest we mnie. Gadaj o czymś innym.

– O czym na przykład?

– Może o „Galerii”? Moim wernisażu? Odkąd znalazłam się w szpitalu milczysz na ten temat.

– Cholera Olka, na śmierć zapomniałem, a wczoraj dzwoniła do mnie ta dziewczyna. Poczekaj, jak jej na imię?

– Agnieszka – pomogła mu.

– Tak właśnie, Agnieszka. Powiedziała, że koniecznie musi się z tobą spotkać.

– Do mnie też dzwoniła. Miałam kilka nieodebranych połączeń. Powiedziałeś jej, że znów jestem w szpitalu?

– Powiedziałem, że wyjechałaś do rodziny na wieś i nie zabrałaś telefonu ze sobą. Wtedy ona zapytała, kiedy wrócisz? Ja jej na to, że nie mam pojęcia, ale postaram się tobą skontaktować i do niej oddzwonię.

– No i…?

– No i zapomniałem – skrzywił się, jak dziecko połykające sok ze świeżo wyciśniętej cytryny.

– W takim razie skontaktuj się z nią i dowiedz się, o co jej chodzi! – rozkazała.

– Nie mogę.

– Dlaczego?

– Nie znoszę tej dziewczyny. Nie uwierzysz, jak mną pomiatała w dzień wystawy. To wiedźma, a nie kobieta.

– Wcale nie jest taka zła.

– Nie jest zła? Ledwie zjawiłem się w „Galerii”, kazała mi nosić jakieś pudła, a za każdym razem, gdy próbowałem coś zrobić sam, podchodziła i dyrygowała mną, jakby chciała udowodnić, że ona wie lepiej.

– Widocznie cię lubi.

– Już chyba nie, bo powiedziałem jej kilka niemiłych słów. Poza tym wydaje mi się, że ona lubi tylko samą siebie.

– Źle ją oceniasz. Dobrze wiesz, że czasami potrafisz być nieznośny.

– Źle oceniam?! Ta kobieta zachowuje się, jakby cały czas miała miesiączkę. Wszystko jej przeszkadza i drażni. Wiesz, co zrobiła z pewnym obrazem, gdy dowiedziała się, że przedstawia moją osobę?

– Nie mam pojęcia – zaśmiała się Ola, widząc poirytowanie swego przyjaciela.

– Schowała go twierdząc, że odstaje od reszty i widać to gołym okiem. Nie śmiej się. Z nią jest coś nie tak. Gdyby nie jej młody wygląd pomyślałbym, że jest starą panną. Heeej – podniósł wskazujący palec, w geście podkreślenia przyszłego pytania. – Ile ona tak na serio ma lat?

– Oj, przestań.

– Ewidentnie dziewczyna ma ze sobą jakieś problemy.

– Może skończ narzekać i zadzwoń wreszcie do niej.

– Twój wybór. Ja mogę zadzwonić, ale wydaje mi się, że jak najszybciej powinnaś zakończyć tą współpracę. I pamiętaj, robię to tylko dlatego, że mnie prosisz.

Maks wybrał numer Agnieszki i czekał, aż ktoś odezwie się po drugiej stronie. Odczekał cztery głuche sygnały telefonicznego połączenia, po czym wyłączył aparat.

– Nie obiera – rzucił. – Pewnie nie chce ze mną rozmawiać, albo zwyczajnie uważa mnie za debila.

– Przecież nawet nie dałeś jej szansy odebrać.

– Jak to nie dałem szansy? Przecież cztery sygnały to wystarczająco długo, po piątym włącza się automatyczna sekretarka.

– Faceci! Nic nie wiecie o kobietach! Ona zapewne ma telefon w swojej torbie wśród setek innych rzeczy. Zanim go usłyszy, odszuka, wyciągnie i odbierze minie więcej czasu niż cztery sygnały połączenia. Widziałeś kiedyś kobiecą torebkę? – zapytała, ale Maks nie zdążył odpowiedzieć na zadane pytanie, bo rozmowę przerwała melodia z telefonu komórkowego. Odebrał i włączył system głośnomówiący, żeby Ola mogła wszystko usłyszeć.

– Cześć…A…gnie…szka – powiedział niepewnie.

– Hej Maks. Widziałam, że dzwoniłeś do mnie, ale nie zdążyłam odebrać, bo miałam komórkę w torebce.

– Uwielbiam mieć rację – zwycięsko wyszeptała Ola.

Maks złapał się za czoło.

– Nic nie szkodzi – skłamał. – Widziałem się z Olką. Przez jakiś czas nie będzie dostępna.

– A to szkoda. Wolałabym porozmawiać z nią osobiście.

– Ona ma jakieś rodzinne sprawy na głowie, ale najlepiej zostawmy ten temat.

– Tak, oczywiście. Rozumiem.

– Coś się stało? Coś z obrazami? Z tego, co pamiętam wszystkim się podobały. Było nawet trzech potencjalnych nabywców.

– W zasadzie to masz rację, obrazy się podobały, ale jest jedna rzecz, która mnie niepokoi.

– Jaka rzecz?

– Może to nic takiego i pewnie wszystko wyolbrzymiam, ale… – urwała na sekundę. – Najlepiej gdybyśmy spotkali się jeszcze dziś wieczorem. To nie jest rozmowa na telefon.

– Dziś wieczorem? – skrzywił się, ale nie można było wyczuć tego w jego głosie, jedynie Ola zauważyła kwaśną minę i uderzyła go pięścią w ramię. – A nie mogłabyś uchylić rąbka tajemnicy?

– Tajemnica. Tak, bardzo trafnie to ująłeś. Ta sprawa jest bardzo tajemnicza.

– Zamieniam się w słuch.

Westchnęła.

– Powiem ci, ale i tak musielibyśmy spotkać się wieczorem – postawiła warunek.

– A tajemnica?

– Jakiś mężczyzna wykupił wszystkie obrazy Olki.

– To chyba dobrze, co?

– Jeszcze nigdy w całej mojej karierze nie zdarzyło się, żeby jedna osoba wykupiła wszystkie obrazy młodej, początkującej artystki. Dość mocno mnie to niepokoi.

– Co zatem proponujesz?

– O osiemnastej zamykam „Galerię”. Później będę do twojej dyspozycji.

– Wobec tego o osiemnastej w „Galerii”.

– Doskonale – odparła.

Maks rozłączył rozmowę i spojrzał na swoja przyjaciółkę, która wyraźnie posmutniała.

– Co to za grymas? Sprzedałaś wszystkie obrazy! Powinnaś być z siebie dumna!

Nagły przypływ euforii zatarł jego zdrowy rozsądek i czyste myślenie.

– Jestem – powiedziała krótko posyłając Maksowi nieszczery uśmiech.

Nie wiedziała, dlaczego w jej głowie znów pojawił się głos tajemniczego mężczyzny, z którym rozmawiała przez domofon: „Wszystkiego dowiesz się w stosownym czasie, droga Aleksandro”.

ROZDZIAŁ 8

Tego wieczoru światło w oknie Aleksandry Gruszki nie zaświeciło się. Mężczyzna w czarnym płaszczu wrócił do swego domu po czterogodzinnym wyczekiwaniu na spełnienie, które nie nadeszło. Tym razem nikt na niego nie zwracał uwagi, mógł spokojnie upajać się widokiem. Pojawił się jedynie jakiś przypadkowy spacerowicz z psem, ale posłał mu serdeczny uśmiech i tamten oddalił się ciągnąc zwierzę na smyczy. Lubił psy. Sam dawniej opiekował się pewnym mieszańcem, ale szczeniak zachorował i trzeba go było uśpić. Nigdy więcej nie chciał już żadnego zwierzaka, bo bardzo cierpiał po stracie swej jedynego przyjaciela.

„Dlaczego nie włączyła ani jednej lampy?” – rozmyślał. Zapewne przestraszył ją wczorajszą rozmową przez domofon. Przecież nie miał złych intencji, chciał jedynie usłyszeć ten bajeczny głos i przygotować ją na wspólne spotkanie, które zaplanował na dzisiejszy wieczór. Wiele godzin czekał, aż w końcu płomień nadziei rozjaśni wnętrze mieszkania i będzie mógł stanąć u drzwi, przekonany, że ujrzy jej piękną postać. Zastanawiał się, czy go pozna, czy pamięta. Minęło przecież wiele lat, choć wierzył, że jeśli dwoje ludzi jest sobie przeznaczonych to nie ważne jak długo się czeka, i tak w końcu będą razem.

Wszedł do łazienki wyłożonej od podłogi po sam sufit czarnymi, błyszczącymi płytkami i przemył twarz zimną wodą.

Może jednak powinien był sprawdzić czy jest w domu? Może coś się stało? – przeszło mu przez głowę i poczuł chłód ogarniający jego ciało. I zanim dokładniej się nad tym zastanowił, stał już przed drzwiami do mieszkania swej wybranki, pochłonięty ciemnościami na klatce schodowej, których tak bardzo bał się w dzieciństwie, a z którymi coraz częściej się utożsamiał.

Zapukał, lecz nikt nie odpowiedział, jedynie echo odbijało się o betonowe ściany korytarza. Spojrzał na zegarek. Na podświetlanej tarczy pokazała się dwudziesta trzecia.

„Może jeszcze nie jest za późno” – pomyślał i nadusił przycisk dzwonka. Ponowił próbę, ale słyszał tylko swój płytki, niespokojny oddech.

Chwycił za klamkę i ze zdziwieniem uznał, że drzwi są otwarte. Wszedł do środka upewniając się czy mieszkanie jest puste. Bieg wydarzeń dzisiejszego wieczoru diametralnie uległ zmianie, ale nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie, wywoływało w nim podniecenie.

Powoli przechodził z jednego pomieszczenia do następnego, delektując się zapachem wnętrz i wsłuchując w szum własnych myśli.

Każdy dom ma duszę i serce. Czasami w kompletnej ciszy można usłyszeć, jak oddycha. On prawie to czuł. Poruszał się swobodnie, jakby znał każdy zakamarek, każdy kąt niczym własną kieszeń. Wchodząc do pokoju gościnnego, potknął się o parę butów na obcasie, które Ola zostawiła poprzedniego wieczoru obok kanapy, ale nie zrobiło to na nim wrażenia, nawet nie stracił równowagi. Nachylił się tylko, by sprawdzić, co mu przeszkodziło.

W sypialni poczuł zapach jej perfum. Nie mógł uwierzyć, że od tamtego czasu nie zmieniła ich. Ognisty i zmysłowy kwiatowy zapach. Oryginalny koktajl mandarynki, jaśminu, sandałowca i piżma był także jego ulubionym kobiecym zapachem. Kolejna wspólna pasja – pasja zapachu, którą odnotował w głowie, zdawała się kolejnym dowodem na to jak wiele ich łączy.

Pokój był pogrążony w ciemnościach. Wyłącznie światło osiedlowej latarni przebijało się przez mrok, ale nie miał zamiaru zapalać nawet nocnej lampki, żeby nie zabić klimatu wytworzonego w obecnej chwili. Chciał wykorzystać inne swoje zmysły, żeby poczuć bliskość swej wybranki. Pragnął dotykać jej nawet teraz, kiedy materialnie była w kompletnie innym miejscu.

Podszedł do wysokiej szafki z głębokimi szufladami i otworzył jedną z nich, właśnie tę, na którą blask latarni padał najbardziej. Zamknął oczy i wsunął obie dłonie w głąb drewnianej skrzyni. Wiedział, że nie powinien, ale to było silniejsze od niego. Pod palcami prawej dłoni poczuł twardy przedmiot o kształcie sześcianu, który okazał się kostką kremowego mydła. Wyjął ją i podsunął sobie pod nos.

„Tak musi pachnieć skóra Aleksandry po kąpieli” – pomyślał i ogarnęła go nieodparta chęć dalszej penetracji wnętrza szuflady. Po jednej stronie upajał się wypukłościami biustonoszy w rozmiarze siedemdziesiąt pięć C, a po drugiej delikatnością koronkowych majtek, bo tylko takie tam się znajdowały. Otworzył oczy, gdy natrafił na finezyjne, błękitne stringi. Wyjął je i starannie ułożył na sypialnianym łożu, po czym wrócił po gładki różowy biustonosz typu „push –up”, który dzięki silikonowym wkładkom wydał mu się większy niż cała reszta, i zrobił z nim to samo, co z majtkami. Samą myśl, że w każdej chwili mógłby ktoś wejść sprawiła, że jeszcze bardziej się podniecił. Klęcząc przed łóżkiem położył głowę na białej puchowej pościeli tak, że promień latarni rozświetlił połowę jego twarzy oraz dłoń, która zaczęła ugniatać bezwładnie leżący biustonosz. Druga ręka w tym czasie powędrowała w kierunku penisa, któremu pomógł uwolnić się z czarnych ciasnych dżinsów. Stymulując swoje prącie przerwał na chwilę, by przysunąć koronkowe stringi bliżej twarzy. Wdychał każdą nutę zapachu bielizny, jakby Ola miała ją właśnie na sobie, a za minutę chciałaby wszystko z siebie zrzucić i zacząć go ujeżdżać. Wyobraził to sobie i kiedy poczuł zbliżające się szczytowanie, przerwał seksualny akt. Spojrzał na leżącą na łóżku bieliznę, następnie na dumnie prężącego się penisa i w pośpiechu wciągnął spodnie. Biustonosz odłożył na swoje miejsce, a niebieskie majtki wcisnął do kieszeni dżinsów. Wybiegł przestraszony z sypialni, lecz przystanął pośrodku pokoju gościnnego, jakby się nad czymś zastanawiał. W rzeczywistości gapił się we własne odbicie w lustrze wiszącym obok drzwi, za którymi jeszcze przed chwilą oddawał się cielesnym uciechom. Nienawidził siebie w tym momencie.

– Przepraszam – wyszeptał w pustą ciemność i opuścił mieszkanie.

„To nie tak, jak się wydaje. Ja po prostu muszę mieć coś twojego droga Aleksandro” – pomyślał, spoglądając raz jeszcze w uśpione okno na drugim piętrze bloku numer piętnaście.

ROZDZIAŁ 9

Krocząc kamienną, miejską alejką, Maks jeszcze raz przeklął fakt, że zgodził się spotkać z Agnieszką, chociaż z drugiej strony intrygował go tajemniczy mężczyzna, który zakupił wszystkie obrazy jego przyjaciółki. Kim był? Czego chciał? Pytania zaprzątały jego głowę, gdy mijał sklep ze sprzętem gospodarstwa domowego, gdzie młoda ekspedientka próbowała wcisnąć parze staruszków lampę w kształcie księżyca. Spojrzała na niego przez wystawowe okno, jakby chciała odgonić jego wzrok. Zignorował ją i skręcił w lewo obok budki z lodami. Stąd miał już zaledwie dwieście metrów do „Galerii”, lecz z każdym krokiem odnosił wrażenie jakby budynek z dwoma filarami podtrzymującymi balkon nad wejściem oddalał się i nie chciał go przyjąć. Jeszcze przed samymi drzwiami targały nim mieszane uczucia, lecz w ostatecznym rozrachunku wziął głęboki oddech, jak przed egzaminem maturalnym, kiedy to wydawało mu się, że jedyne, co tkwi w umyśle to szara pustka, i wszedł do środka.

– Nazywam się…

– Ty jesteś Maks, prawda? –  przerwała mu dziewczyna o łagodnym usposobieniu i wymalowanych na żółto paznokciach. Siedziała przy biurku niedaleko drzwi wejściowych, które miało służyć za sekretariat.

– Mam na imię Ewa. Nowa sekretarka. Agnieszka mówiła, że wpadniesz i prosiła, byś chwilę na nią zaczekał. Powinna niedługo wrócić.

– Mogłem przypuszczać, że mnie wystawi – burknął.

– Coś mówiłeś? – zapytała dziewczyna, udając, że nie dosłyszała.

– Ach nie, nic ważnego – rzucił mimowolnie, siadając na skórzanym krześle. ­­­­– Długo tutaj pracujesz? – próbował podtrzymać rozmowę, ale dziewczyna uśmiechnęła się tylko i wróciła do swej dotychczasowej pracy, wbijając wzrok w monitor komputera.

Minęło kolejne kilka minut, w trakcie których odebrała dwa telefony, z czego jednym była prywatna rozmowa z przyjaciółką z Krakowa:

– Normalnie mówię ci kochana, takiego miał, że szok…Aż musiałam użyć tego żelu…No wiesz, o czym mówię.

Maks spoglądał od czasu do czasu na chichoczącą do słuchawki sekretarkę, to znów na zegarek, którego wskazówki zdawały się nie poruszać.

Na sekretarkę, na zegarek, na sekretarkę, na zegarek i ponownie na sekretarkę. Już miał wstać i wyjść, gdy nagle w drzwiach stanęła Agnieszka.

– Wreszcie się raczyłaś pojawić!!! – wybuchnął skumulowaną w sobie złością.

– To nie było potrzebne – powiedziała, rozpinając sięgający do kolan brązowy płaszcz.

– Co znowu?! – był nabuzowany jak gorące źródło, wyrzucające gwałtownie całą skupioną w sobie energię.

– Twoja kąśliwa uszczypliwość… Nie była potrzebna. Czekałeś zaledwie piętnaście minut, niecały kwadrans, a eksplodowałeś, jakbyś siedział tu przynajmniej miesiąc. W łóżku też tak masz?

Agnieszka była jedną z tych kobiet, po wypowiedziach których brakowało mu tchu w gardle i nie potrafił wyksztusić jednego słowa, by się nie zbłaźnić.

– Nieważne – dodała. – Zrobiłam się głodna. Pójdziemy coś przekąsić, a przy okazji opowiem ci całą historię z obrazami Oli.

– Zjeść? – przepełniała go furia.

– No zjeść. Pożywienie. Posiłek. Wiesz, ludzie jedzą, żeby przetrwać, wzmocnić się. Mieć siłę do życia. Coś taki zdziwiony? Chyba jadasz czasami? Wyglądasz na takiego, który bez przerwy coś wcina.

– Zawsze jesteś taka zgryźliwa i złośliwie bezpośrednia? – jego głos jakby złagodniał, a podając jej płaszcz prawie się zaśmiał. Puścił ją przodem w drzwiach i wyszli na ulicę.

– A patrzyłeś kiedyś w lustro? Powiedz, że nie mam racji? Żołądek zwisa ci do kolan, rękawy kurtki masz za krótkie, co potęguje twój zły wygląd, w dodatku przód sięga ci do połowy brzucha, a najgorsze jest to, że spodnie okropnie opinają ci się na tłustych udach. Pewnie, gdybyś nie chwytał za każdy napotkany kawałek batonika i zaczął dbać o siebie, przeszedł na jakąś dietę, poszedłbyś od czasu do czasu na basen czy siłownię, to twoje ciało wyglądałoby o wiele lepiej.

– A może ja akceptuję swoje ciało? Przecież podobno liczy się wnętrze człowieka, tak?

– Proszę cię, przestań wierzyć w bajki. Nikt nie akceptuje swego ciała takiego, jakim jest. Zawsze znajdzie się coś, na co będziesz narzekać, co nie jest idealne.

– To, co takiego jest nie w porządku, według ciebie?

– Naprawdę tego chcesz?

– I tak już mnie oceniłaś, więc myślę, że wiem, czego mogę się spodziewać. Nie mam nic do stracenia – zauważył, gdy przechodzili obok sklepu z lampami.

Odbicie jej sylwetki w wystawowym oknie ukazało idealnie pełne piersi i smukłe nogi wysuwające się spod dopasowanego do kształtnej talii płaszcza. Buty na obcasie jedynie dopełniły dzieła, podkreślając wysportowane łydki, lecz on nie widział w niej kobiety. Dla niego była bezwzględną jędzą, która za wszelką cenę stara się kontrolować wszystko i wszystkich dookoła siebie. Osobą bez uczuć i serca.

– Po mnie możesz spodziewać się wszystkiego, ale nigdy nie będziesz wiedział, kiedy i z jaką siłą w ciebie uderzę – postawiła stanowczo.

– To zabrzmiało jak groźba – oznajmił ironicznie, ale wcześnie zauważył, że usta Agnieszki wcale nie wygięły się w uśmiechu i dostosował swą twarz wyrafinowanego pokerzysty do toczącej się gry.

– Możliwe, ale wiem jedno! – zapewniła. – Słowa mogą ranić mocniej i wbić się głębiej niż ostrze noża.

– Mimo to chciałbym, żebyś mnie oceniła. Chcę wiedzieć, co ci się we mnie nie podoba, co byś zmieniła.

– Nawet nie chodzi o to, że mi się nie podoba. Może nawet nie do końca chodzi jedynie o twoją osobę.

– W takim razie sam już niczego nie pojmuję.

– Wy mężczyźni w większości nie macie pojęcia, co na siebie włożyć, jak zachować się stosownie do sytuacji.

– Czyli jednak szowinizm? Przeczuwałem, że w twoich wypowiedziach ukryta jest gdzieś niechęć do płci męskiej.

– Szowinizm? Raczej nie. Nie potrafiłabym być aż do tego stopnia radykalna. Moje oceny to jedynie obiektywne spojrzenie na rzeczywistość. Weźmy dla przykładu twoją osobę. Wszedłeś do „Galerii”, gdzie to, co się tam znajduje większość nazywa obrazami, dla niektórzy, patrzący dalej i głębiej, jest przede wszystkim sztuką. Siedziałeś niczym na przystanku autobusowym, ubrany w spodnie dżinsowe, kraciastą, niebieską koszulę i brązową, skórzaną kurtkę, z fryzurą w kompletnym nieładzie, w dodatku nieogolony, a w tym miejscu tworzy się kulturę. I powiedz mi teraz, że nie mam racji? Oczywiście mógłbyś się bronić. Przecież mieliśmy spotkać się prywatnie, spotkanie miało mieć inną formę, ale mimo wszystko wszedłeś w wiejskim przebraniu do „królestwa kultury”. Nie mam zamiaru cię obrażać, przedstawiam tylko jeden przykład dla potwierdzenia moich racji, a w rękawie mam jeszcze więcej asów.

– To dlatego jesteś sama? – rzucił mimowolnie, gdy zatrzymali się przed wejściem do restauracji.

– Nie rozumiem – zrobiła skwaszoną minę.

– Żaden mężczyzna nie sprostał twoim wymaganiom. Nie potrafił być na tyle idealny, by się tobie spodobać, by cię zauroczyć – otworzył drzwi i puścił ją przodem.

– Mylisz się – burknęła, a po chwili dodała. – Każdy płaci za siebie.

Zarzucając płaszczem, ruszyła przed siebie.

Podążając za nią dopiero teraz zauważył jej seksownie uwypuklone łydki, ale oderwał od nich wzrok, gdy uświadomił sobie, jak bardzo na niego działają. Zatrzymał za to swe spojrzenie na gipsowej figurce stojącej w rogu sali. Dookoła mnóstwo było portretów przedstawiających muskularnych greckich bogów i nagie boginie, ale biała figurka najbardziej skupiała jego uwagę i pozwała zapomnieć o nieprzyzwoitych myślach.

– Często tutaj przychodzisz? – zapytał siadając przy stole naprzeciw niej, obok okna z żółtymi żonkilami na parapecie.

– Naprawdę o to właśnie chciałeś zapytać? – nie czekała na jego odpowiedź. – Nie spotkaliśmy się w tym miejscu na pogaduchy i strojenie głupich min. Oboje wiemy, że nie odczuwamy w stosunku do siebie zbytniej sympatii, więc może od razu przejdźmy do rzeczy – zaproponowała oschle.

– Chciałem jedynie być miły, ale skoro w ten sposób stawiasz sprawę, to powiedz, co masz do powiedzenia i zmywam się stąd. Także nie mam ochoty na tego typu towarzystwo.

Dostrzegła w nim nutę pewności, której wcześniej nie zauważyła. Nie spodziewała się, że potrafi być stanowczy. Wcześniej postrzegała go jako osobę, którą można łatwo manipulować. Teraz dotarło do niej, jak bardzo się myliła.

Odwróciła głowę w stronę okna, jakby poczuła się urażona, choć w rzeczywistości zaskoczona postawą i szorstkością wypowiedzi Maksa potrzebowała kilka sekund, by poskładać myśli.

– Chyba nie zaczniesz za chwilę płakać?

– Proszę cię…

Rzuciła mu kpiące, a zarazem pełne zdziwienia spojrzenie.

– Zapatrzyłaś się w okno, jakbyś za chwilę miała zacząć beczeć. Wiem, że to nie w stylu „twardej kobiety biznesu”, ale przecież jesteś taka jak inne, z duszą, sercem i humorami, co dwadzieścia osiem dni.

– Nie, ja po prostu…

– Po prostu poczułaś się urażona przez to, co powiedziałem, tak? Dlaczego wy, kobiety, za każdym razem chowacie twarz za ścianą niewinności, gdy usłyszycie coś niemiłego? Same potraficie kąsać słowami ostrymi niczym miecz samurajski, a jeżeli tylko powie się cokolwiek w waszym kierunku opuszczacie wzrok. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że my – mężczyźni czujemy się wtedy podle, jak ostanie dranie. Nawet mając świadomość, że przecież wina wcale nie leży po naszej stronie i tylko bronimy swych przekonań, stajemy się za wszystko odpowiedzialni.

– Po pierwsze, żeby mnie urazić musiał byś się trochę bardziej postarać – nie czekała, aż zacznie ją ponownie atakować. – Po drugie, wy – mężczyźni tak naprawdę niewiele wiecie o kobietach i czasami tylko udajecie, że potraficie nas zrozumieć. A po trzecie, wojna damsko-męska nie była, z tego, co pamiętam, meritum naszego spotkania.

Kąśliwą wymianę zdań przerwał im kelner podając menu i oczekując na złożenie zamówienia. Po chwili oddalił się z przećwiczonym sztucznym uśmiechem.

– Co to za facet? – zaczął Maks.

– Kto? Ten kelner?

– Nie kelner! Ten od obrazów.

– Nie wiem, kim jest. Nie przedstawił się. Widziałam go tylko raz. W dzień po wystawie zadzwonił i umówił się na spotkanie, a potem zabrał wszystkie obrazy. Zapłacił gotówką. Zostawił jedynie numer telefonu komórkowego.

– Próbowałaś się z nim skontaktować?

– Pewnie, że tak, ale łatwo było się domyślić, że numer będzie niedostępny. Bez przerwy włączała się automatyczna sekretarka. Dzwoniłam nawet o różnych porach dnia, ale bez skutku.

– A pieniądze?

– Co pieniądze?

– Nie interesowało cię, skąd je ma? Czy nie są fałszywe, albo nie pochodzą z jakichś ciemnych interesów?

– Cała transakcja odbyła się w banku. Najbardziej legalny przelew z konta na konto. Wszystko było w należytym porządku. Poza tym facet nie wzbudzał podejrzeń i wyglądał na bardzo przyzwoitego inwestora. Był młody i dobrze wychowany. Wysławiał się bardzo mądrze i inteligentnie. Ewidentnie znał się na sztuce, bo przytaczał takich artystów, o których nawet ja nie miałam pojęcia, że istnieją.

– Można by powiedzieć, że ideał.

– Dokładnie.

– W takim razie, co cię tak niepokoi, że musieliśmy się spotkać, żeby porozmawiać? Jak do tej pory wszystko spokojnie mogłaś powiedzieć mi przez telefon. Może facet chciał być po prostu miły, ma za dużo pieniędzy i nie wie, na co wydawać, a może uwielbia obrazy nieznanych artystów? Może to jego hobby, albo zwyczajnie znał Olkę dawniej, na przykład ze szkoły, poszczęściło mu się, dorobił się wielkich pieniędzy i chce w ten sposób zatrzymać czas, choć na chwilę? Wiesz, jedni zbierają znaczki, inni butelki po winie, a ten kocha obrazy.

– Twoje teorie są jak najbardziej na miejscu i też myślałam podobnie do czasu, aż nie wyszliśmy z banku i nie znaleźliśmy się w „Galerii”. Cała jego postawa pewnego siebie mężczyzny zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Myślałam, że da nam wolną rękę, żeby jak najszybciej uwinąć się z całą robotą, ale on chciał być przy pakowaniu i załadunku każdego obrazu z osobna. Bez przerwy wypytywał o Olkę. Chciał wiedzieć, co się z nią dzieje i gdzie mieszka. Mało mówił o sobie i odnosiłam wrażenie, że tak naprawdę nie interesowały go obrazy, a ich autorka. Oczywiście ani ode mnie, ani od żadnego z moich współpracowników nie udało mu się wyciągnąć żadnych informacji.

– Przyjmijmy, że masz rację i z tym mężczyzną nie do końca jest wszystko dobrze. Ale gdyby przyjrzeć się temu od innej strony, postawić siebie na miejscu inwestora, to wszystko diametralnie się zmienia.

– Co się zmienia?

– Gdybyś zakupiła dwadzieścia siedem obrazów tego samego autora, nie chciałabyś go poznać?

– Raczej dwadzieścia sześć – poprawiła go.

– Jestem pewien, że dwadzieścia siedem.

– Mój drogi sprzedałam temu facetowi dwadzieścia sześć obrazów i za tyle zapłacił.

– Możliwe, ale obrazów w sumie było dwadzieścia siedem. Olka dokładnie na dzień przed wystawą kończyła dwudziesty siódmy. Przedstawiał nagiego mężczyznę siedzącego na krześle. Wernisaż miał być prezentem, który chciała sobie podarować na swoje urodziny, dlatego jestem przekonany, że liczba obrazów wynosiła nie dwadzieścia sześć, a dwadzieścia siedem.

– Ten obraz, który schowaliśmy w magazynie przed wystawą?

– Ten sam.

– Ten, który miał być twoim portretem?

– Możesz już sobie darować kpiny?

– Maks, ja tylko próbuję się upewnić.

– I nie masz zamiaru sprowadzać mnie do poziomu pełzającej dżdżownicy?

– Jak Boga kocham. Poza tym na dziś już ci chyba wystarczy.

Nie bardzo wierzył w szczerość jej wypowiedzi. Odnosił wrażenie, że stara się wprowadzić go w stan chwilowego uśpienia, by, kiedy tylko poczuje się trochę pewniej będzie mogła znów sprowadzić go do parteru serwując, przytłaczające osobowość pospolitego tłuściocha, argumenty. Nie chciał dać jej tej satysfakcji i już był gotowy rzucić jedną z wielu ciętych ripost, które czasami stosował, gdy ktoś był dla niego niemiły, lecz zanim z jego ust zdążyły wypłynąć pierwsze dźwięki w torebce Agnieszki odezwał się telefon.

– Przepraszam najmocniej – powiedziała, wstając od stolika i odchodząc na bok.

Maks nie wiedział, o czym rozmawia i choć jakkolwiek intensywnie próbował podsłuchać, jedynie dziwnie przetworzone pojedyncze głoski trafiały do jego narządów słuchowych. Po krótkiej chwili Agnieszka wróciła do stolika podrywając w pośpiechu płaszcz z wieszaka i torebkę wiszącą na oparciu krzesła.

– Muszę się zbierać. Ktoś się włamał do „Galerii” – powiedziała zdenerwowana.

– Jak to włamał się do „Galerii”? Jesteś pewna, że to nie jakiś żart? Niedawno tam byliśmy.

– Włamali się do magazynu. Nie zaglądałyśmy tam dzisiaj. Mogli to zrobić w nocy, albo nad ranem, kiedy wszyscy jeszcze śpią.

– Zginęło coś?

– Jeszcze nie wiem. Ewa zauważyła uchylone drzwi i okazało się, że ktoś je wyłamał. Przepraszam cię najmocniej, ale naprawdę muszę już iść – próbowała wyrwać się z natłoku pytań, które zabierały jej każdą cenną sekundę.

– Poczekaj! Pójdę z tobą, tylko zapłacę rachunek.

– Już to załatwiłam – skłamała. Nie chciała, by ktoś inny płacił za jej obiad.

Maks zarzucił kurtkę.

– Trzymaliście coś cennego?

– Wiesz… to, co najczęściej galerie tego typu posiadają: złoto, diamenty, obligacje – nie ukrywała, że jego pytanie wywołało u niej wzburzenie. – A jak myślisz geniuszu? – dodała sarkastycznie.

– Chodziło mi bardziej o obrazy znanych twórców i wcale nie chciałem cię jeszcze bardziej zdenerwować.

– Przechowujemy raczej prace tutejszych malarzy. To sztuka, która w realnym świecie nie ma dużej wartości.

– Może mimo to warto byłoby zadzwonić na policję – zasugerował Maks.

– Wolałabym najpierw sprawdzić, czy rzeczywiście coś zginęło – powiedziała, gdy zbliżali się do wyjścia. Zatrzymała się na moment przy barze, gdzie kelner wpatrywał się w ekran monitora wiszącego nad jego głową i nakazała mu dopisać należność za przygotowany posiłek do jej rachunku. Maks spojrzał na nią znacząco, ale nie powiedział ani słowa. Chwilę potem kroczyli kamienną miejską aleją, mając przed oczami kolumny podpierające balkon nad wejściem do „Galerii”.

ROZDZIAŁ 10

„Nie czekaj, aż burza minie. Naucz się tańczyć w deszczu” – przeczytała cytat w kolorowym czasopiśmie dla kobiet, pod zdjęciem, na którym mała dziewczynka łapała z nieba spadające krople.

„Dobra rada, dobrej cioci. Może warto spróbować” – powiedziała Ola do siebie, odkładając gazetę na bok.

Nadal odczuwała potworny ból w mięśniach nóg i uciążliwe mrowienie w policzkach, mimo, że od dwóch dni podawano jej lek. Nie była w dobrej formie, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Jeszcze bardziej podłamała ją wiadomość, że takie objawy mogą się utrzymywać przynajmniej przez tydzień, a w niektórych przypadkach nawet ponad miesiąc.

„I jak tu tańczyć w deszczu” – pomyślała, spoglądając na kwiaty stojące na stoliku obok łóżka, które kilka godzin wcześniej przyniósł Maks. Były prześliczne, ale i one nie potrafiły poprawić jej humoru.

Bezbronna. Przykuta do szpitalnego łóżka i kompletnie bezsilna. Nienawidziła taką być.

Zamknęła oczy i na moment wróciła myślami do czasów liceum – pierwszych miłosnych uniesień, pierwszego taniego wina wypitego z przyjaciółmi w parku niedaleko szkoły, pierwszego wypalonego po kryjomu skręta na sto dni przed maturą i pierwszego stosunku z chłopakiem tydzień po swoich osiemnastych urodzinach.

Ktoś jej kiedyś powiedział, że wspomnienia się czasem wypłukują, ale też wracają w chwilach, kiedy są potrzebne. Teraz ich pragnęła najbardziej. Tamte czasy stały się dla niej obecnie czymś w rodzaju azylu i uważała, że ci wszyscy ludzie otaczający ją wtedy zewsząd, będący idealistami, pragnący coś któregoś dnia osiągnąć, rozproszeni po świecie, mogą zebrać się właśnie tutaj – w myślach, żeby pomóc duszy zapomnieć z jakiego powodu i gdzie się właśnie znajduje.

Nagle szpitalny pokój, w którym nie wiadomo, dlaczego, była sama mimo, że prócz jej łóżka znajdowały się jeszcze trzy inne, zmienił się w salę wykładową, potem w szkolny korytarz, a na końcu w park kilka metrów od liceum. Przypomniała sobie słowa nauczyciela matematyki:

„ Zróbcie wszystko, by jak najdłużej zostać w szkole, bo to najlepszy okres waszego życia, tylko jeszcze o tym nie wiecie”.

Wtedy wydawało się to wszystkim bardzo banalne i nikt mu nie wierzył, ale była pewna, że w tej chwili wielu przyznałoby rację belfrowi.

W tamtych czasach nie miała tyle swobody, ani mieszkania, ani pasji tworzenia, ani też butów na wysokim obcasie, w których tak bardzo kochała chodzić, a które nie zawsze były super wygodne, za to dodawały parę centymetrów, kobiecości i pewności siebie, ale jeżeli mogłaby cofnąć się o tych kilka lat i poczuć znów powiew dziewczęcego, beztroskiego szaleństwa, zrobiłaby to bez wahania.

Gdy otworzyła oczy, czar prysł. Ponownie leżała na szpitalnym łóżku, czuła drażniący gardło, nieprzyjemny zapach chloru dochodzący z podłogi w holu i wtapiała wzrok w popękany, pożółkły sufit.

Podniosła głowę i podparła ją ręką. Spróbowała poruszyć nogami i opadła ponownie na poduszkę, gdy ból od odcinka szyjnego kręgosłupa przeszedł przez całe plecy, aż do stóp. Nie dała za wygraną. Nie należała do osób, które szybko się poddają. Jeszcze raz podjęła walkę i tym razem ból jakby stał się słabszy. Dokuczliwy, ale nie tak ostry, żeby nie mogła sobie z nim poradzić. Usiadła na boku łóżka. Na moment wygięła usta w grymas cierpienia, ale kilka sekund później uśmiechnęła się, stając prosto na własnych nogach.

Podeszła do okna i oparła dłonie o parapet, wpatrując się w potężne drzewo naprzeciw szpitala, po drugiej stronie ulicy. Ból w takiej chwili przestawał istnieć. Wróciła do łóżka, otworzyła metalową szafkę i wzięła do ręki gruby brulion. Wielkimi literami nakreśliła ołówkiem „SM” na pierwszej stronie, po czym przewróciła kartkę i zaczęła szkicować widok zza szpitalnego okna. Intensywne i zarazem agresywne ruchy ołówka odwzorowywały ogrom pasji i wysiłku, który wkładała w swoją pracę.

Po niecałej godzinie szkic był gotowy. Przedstawiał postać w białej sukni, długiej do kostek, stojącą pod ogromnym drzewem i wspierającą się na stojaku do kroplówki. Cały prezentowany krajobraz był nad wyraz mroczny. Drzewo miało czarny kolor i bezlistne gałęzie, które jakby oplatały postać w białej sukni. Sklepienie świetlistego nieba tonowało się w brudno szarych barwach i oddawało wrażenie, jak gdyby padał deszcz. Natomiast osobę pod drzewem otaczał jasny blask, a dokładnie dopracowany każdy szczegół, pozwalał być pewnym, że to kobieta. Jej stopy nie dotykały ziemi, jakby była aniołem bez skrzydeł.

Spoglądając na potężny klon za oknem, całkiem nieświadomie zdała sobie sprawę, że właśnie skończyła swój pierwszy autoportret. „I tak warto być” – wpisała małym drukiem w prawym dolnym rogu kartki, obok daty i własnych inicjałów.

Nałożyła na siebie pościel, jakby chciała odciąć się od świata choć na krótki czas. Była smutna, ale pełna energii. Podniosła się, jeszcze raz podeszła do okna i ponownie spojrzała na ogromne drzewo, kołysane przez wiatr. Chciała mieć pewność, że wystarczająco dobrze ukazała jego siłę. Chwilę potem, potykając się nieudolnie o nogawki własnej pidżamy, walcząc z bólem, wspinała się po schodach przeciwpożarowych na dach szpitala.

ROZDZIAŁ 11

– Wszystko w porządku? – zapytał Maks, kiedy Agnieszka zatrzymała się tuż przed samym wejściem do „Galerii”. Cała drżała i wyglądała jakby nie bardzo miała ochotę oglądać, co stało się w środku.

Położył rękę na jej ramieniu.

– Jeśli chcesz, pójdę pierwszy – zaproponował.

– A jakie to ma znaczenie? „Galeria” to całe moje życie, a w tym miesiącu ktoś już po raz drugi włamał się do magazynu.

Zrozumiał, że ta na pozór twarda kobieta w jednej minucie zmieniła się w delikatną i pokrzywdzoną dziewczynę. Zobaczył oblicze, które zakrywała za grubą ścianą pewności siebie.

– Nie rozumiesz, prawda? – spytała.

Starał się ukryć zakłopotanie, bo nie rozumiał, dlaczego praca może kierować każdą chwilą życia, nawet tego prywatnego.

– Gdy miałam pięć lat – zaczęła – moja matka założyła dla mnie książeczkę oszczędnościową. Często wpłacała tam każdy grosz, którego akurat ojciec nie przepuścił. Jak każda matka chciała, żebym w życiu miała lepiej niż ona. Wtedy jeszcze ani o tym nie wiedziałam, ani tego nie rozumiałam.

Skończyłam osiemnaście lat i wszystko wydawało mi się możliwe. Chciałam wypłacić te pieniądze, nie wiedząc nawet ile ich tak naprawdę jest, ale ona mi nie pozwoliła, tłumacząc, że pewnego dnia przyjdzie odpowiednia pora i będę wiedziała, jak je mądrze rozgospodarować. Było w tym sporo racji, bo gdybym je wtedy wzięła zapewne przepuściłabym wszystko na ciuchy kosmetyki i wypady do pubów albo nocnych klubów. Jak każda nastolatka chciałam mieć wszystko, a w domu nigdy się nie przelewało. Nie zdawałam sobie sprawy, że matka próbuje ochronić mnie przed popełnieniem kompletnego głupstwa. Przestałam się do niej odzywać. Mało jadłam, prawie nie wychodziłam z pokoju i chyba trochę nawet chciałam, by poczuła się samotna. Wiedziałam nawet, że tak jest, bo mi samej brakowało naszych wieczornych babskich rozmów. Wreszcie któregoś dnia przyszła do mojego pokoju i położyła książeczkę oszczędnościową na biurku.

– „Zbierałam je dla ciebie i są twoje. Zrobisz z nimi, co zechcesz” – powiedziała drżącym od płaczu głosem, zamykając za sobą drzwi.

Przegięłam. Chciałam jedynie kupić kilka fajnych ciuchów, żeby podobać się chłopakom. Poczułam ukłucie w sercu, gdy wyszła. Zobaczyłam kwotę, która wpisana była w książeczce. Matka nie kupowała nam drogich ubrań, nie jeździliśmy wypasionym samochodem, nie używaliśmy drogich perfum, a zakupy robiliśmy w najtańszych sklepach w okolicy, żebym miała to wszystko któregoś dnia na wyciągnięcie ręki. Nie ruszyłam wtedy nawet centa. Skończyłam studia, odebrałam dyplom z tytułem magisterskim. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata i dawno zapomniałam o moich zasobach finansowych. Od dwóch lat zarabiałam na siebie i nie potrzebowałam więcej. Pamiętam, że wróciłam tego dnia z pracy kompletnie załamana. Redukcja etatów sprawiła, że zostałam zwolniona. Kiedy powiedziałam o tym w domu, matka wyszła z pokoju, po czym wróciła ściskając w dłoniach plik banknotów zawiniętych w szary śniadaniowy papier. „Nadszedł czas, by zrobić z nich użytek” – powiedziała. Razem ułożyłyśmy „biznes plan”, a pół roku później „Galeria” otwarła swoje podwoje – rozmarzyła się. – Rodzinny interes – dodała na koniec opowieści.

– Aż mnie zatkało. Nie wiem, co powiedzieć. Naprawdę – zapewnił, choć nie musiał, bo ujrzała to w jego oczach.

– Nie przypuszczałeś, że prócz niewyparzonego i ciętego języka mam jeszcze serce, co?

Uśmiechnął się do niej jedynie z aprobatą.

– Wejdźmy! Ewa zapewne umiera ze strachu – stwierdziła.

Naparła na stare, rzeźbione drzwi i chwilę potem oboje znaleźli się w środku. W jednej chwili znów zmieniła się w zimną sukę.

„O ile ten świat byłby piękniejszy, gdyby ludzie choć na krótką chwilę przestali udawać tych, którymi nie są” – pomyślał, przechodząc właśnie obok portretu nagiej kobiety z liściem marihuany w dłoni. Podpisany był: „Jestem czysta – nie biorę”.

W całej „Galerii” świeciły się jedynie boczne lampy, charakterystyczne dla tego typu pomieszczeń, natomiast górne oświetlenie z jakiegoś powodu nie zadziałało, gdy spróbowali je włączyć. Nigdzie nie mogli też odnaleźć sekretarki Ewy. Nawet donośne nawoływania rozeszły się tylko głuchym echem po pustej sali.

– Gdzie jest ten magazyn? – zapytał nagle Maks. – Możliwe, że się tam schowała przed włamywaczem i nas nie słyszy.

– Magazyn jest w piwnicy, za tymi drzwiami – wskazała na wysokie metalowe wrota antywłamaniowe.

– Wyglądają na solidne – odnotował ironicznie.

– Są nowe. Wymieniliśmy stare po pierwszym włamaniu. Producent zapewniał, że nikt się do środka nie dostanie. Mają specjalnie zakodowany klucz, a zawiasy wmontowywane są od środka, Jak widać, to nie wystarczyło.

– Może zostawiliście je otwarte, a Ewa narobiła więcej dymu niż było ognia w rzeczywistości?

– To powiedz mi, mądralo, jeśli jesteś taki wszechwiedzący, w jaki sposób wytłumaczysz niedziałające górne światła, i że po mojej sekretarce nie ma śladu?

– Światła to prosta sprawa, bo zapewne bezpiecznik się przepalił, a co do sekretarki, to coś mi mówi, że znajdziemy ją za tymi drzwiami. – podszedł bliżej i złapał za klamkę. Masz klucz?

Agnieszka zaczęła przeszukiwać swoją torebkę.

– Zaraz znajdę. Przecież gdzieś… tu… był… do cholery.

Po bezskutecznej próbie odnalezienia klucza metodą tradycyjną, wysypała całą zawartość na posadzkę i zaczęła mieszać w stercie różności.

– Znalazłam! – podniosła głowę uradowana, trzymając w dłoni stalowy kawałek metalu na czerwonej wstążce.

– Fenomen kobiety.

– Co takiego?

– Fenomen kobiety – powtórzył. – Potraficie mieć w swojej torebce dosłownie wszystko, dosłownie i w przenośni. Najlepsze jest jednak to, że kiedy ją opróżnicie, całą jej zawartość potraficie ponownie włożyć do środka.

– Śmiej się, śmiej. Satyryk się znalazł. Lepiej byś spróbował te drzwi otworzyć… – powiedziała rzucając mu klucz. Złapał go prawie przy samej podłodze.

– Nie wiedziałem, że z ciebie taka obrażalska istota – mówił, próbując jednocześnie uporać się z zamkiem, który najwyraźniej nie pojmował słowa „współpraca”. – Nie ten klucz.

– Jak to „nie ten klucz”? – zdziwiła się.

– Nie pasuje, inaczej mówiąc.

– Jakieś bzdury wygadujesz. Jeszcze dziś rano otwierałam magazyn i wszystko było w porządku. Stuprocentowo to ten.

– W takim razie mamy problem, bo nie chce działać.

– Daj mi to! – rozkazała gniewnie, odpychając Maksa na bok. – Mężczyźni. Nic nie potraficie dobrze zrobić.

Wyjęła klucz z zamka, po czym ponownie wsunęła go do środka, ale ten ani drgnął.

– Coś ty najlepszego narobił? – zrzuciła całą winę na Maksa.

Chłopak stał niedaleko i bacznie przyglądającego się jej ruchom.

– Zawsze, jeśli coś się dzieje nie tak jak powinno, to wina musi leżeć po stronie faceta – oświadczył. – Może po prostu zadzwoń do firmy, która montowała drzwi i niech przyślą kogoś, by załatwił sprawę.

– Załatwił sprawę? A jak im wytłumaczę, jeśli okaże się, że za tymi drzwiami leżą zwłoki mojej sekretarki?

– Zwłoki? Kobieto, przecież to nie amerykański kryminał! Poza tym Ewa zapewne się przestraszyła całym tym włamaniem i uciekła do swojego ciepłego mieszkania.

– Obyś się nie mylił.

Wyjęła swój telefon z bocznej kieszeni torebki i za moment usłyszeli komórkę odzywającą się z biurka na drugim końcu sali.

– Co to?

– Telefon Ewy.

– Myślałem, że dzwonisz do firmy monterskiej.

– Chciałam najpierw się upewnić, czy z Ewą wszystko dobrze.

– No to się upewniłaś – rzucił szyderczo.

Agnieszka w jednej chwili pobladła i stała się śmiertelnie poważna. Nie była już rozdrażniona, uszczypliwa, czy sarkastyczna. Jej twarz nie miała wyrazu.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Ewa nigdy nie zostawia telefonu na biurku. Wszędzie go zabiera ze sobą, nawet do toalety.

– Proszę cię, nie popadaj w jakąś paranoję. To, że zostawiła telefon naprawdę o niczym nie świadczy.

– A co jeżeli się mylisz i z nią naprawdę stało się coś strasznego?

– Nie mylę się, zresztą będziemy się tym martwić potem. Teraz dzwoń do tej firmy monterskiej.

Z listy kontaktów wybrała numer do właściciela. Sygnał oczekującego połączenia, potem drugi i trzeci. Po czwartym rozłączyła się.

– Nikt nie odbiera – powiedziała.

– Słyszałem jedynie cztery sygnały.

– To nie wystarczy? Przecież, jeśli ktoś nie odbiera po czwartym sygnale, potem włącza się automatyczna sekretarka.

Zauważyła, że słowo „sekretarka” tego wieczoru zdecydowanie zbyt często pojawiało się w jej ustach.

– Wiesz, gdzieś już to słyszałem – przypomniał sobie własne słowa, gdy próbował dodzwonić się do niej dziś rano. – Dzwoń do skutku! – rozkazał. – Jakoś musimy otworzyć te cholerne drzwi. Odnoszę wrażenie, że całe rozwiązanie zagadki kryje się za nimi.

Gdy wypowiedział ostatnie zdanie, zamek nagle zwolnił zasuwę i wrota otworzyły się, jakby przez przypadek odkrył tajemne hasło broniące dostępu.

– Co jest grane? To jakieś pieprzone „abrakadabra”, czy „hokus – pokus”?

Aż go zatkało, choć tylko na moment, bo po sekundzie w drzwiach stanęła sekretarka Ewa, cała i zdrowa, choć trochę w zakurzonym ubraniu i brudna na twarzy.

– Jesteście wreszcie – powiedziała, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

– No, jesteśmy. Wołałam cię. Nie słyszałaś? Martwiliśmy się o ciebie.

– Wysiadło górne oświetlenie, więc poszłam sprawdzić bezpieczniki. Puszka jest na dole.

– Nie mogliśmy też otworzyć drzwi do magazynu – dorzucił Maks.

– Bo zostawiłam klucz z drugiej strony. To takie dodatkowe zabezpieczenie, żeby nikt za tobą nie szedł. Wkładasz klucz i drzwi się blokują. Sprytne, co?

Maks spojrzał wychowawczo na Agnieszkę, która najwyraźniej poczuła się niczym mała dziewczynka stawiana do kąta za złe zachowanie.

– Światła nadal nie działają – zauważył.

– Będzie trzeba zamontować nowe puszki, bo te, które znajdują się w piwnicy są strasznie stare i nie wydaje mi się żebyśmy dostali tego typu bezpieczniki.

– Jak na sekretarkę dużo wiesz o bezpiecznikach.

– Mój ojciec jest elektrykiem. Jak byłam młodsza zabierał mnie czasami do pracy.

– Ty byłeś dawniej policjantem, czy kimś takim? Przysięgam, przesłuchujesz profesjonalnie – zwróciła mu uwagę Agnieszka i od razu poczuła się lepiej, jakby uszczypliwość poprawiała humor.

– Zamiast się nabijać, lepiej załatwmy tę sprawę z włamaniem.

– Włamanie? W zasadzie było – zaczęła Ewa. – Dziwna sytuacja. Można uznać, że wszystko wróciło do normy.

– Jak to, wróciło do normy?! – zapytali prawie równocześnie.

– Czekałam jakąś chwilę aż wrócisz i zadzwonimy na policję, ale między czasie wysiadło światło. – zaczęła swą opowieść. – Z początku się przestraszyłam, bo nagle całą „Galerię” pochłonęły egipskie ciemności, lecz nic się jednak nie działo, nie słyszałam żadnych podejrzanych dźwięków, no i wiedziałam, że nawet, jeśli ktoś gdzieś tam w mroku czeka na mnie, to czy zostanę przy biurku, czy pójdę sprawdzić bezpieczniki, mój los jest przesądzony, co nie? Odważyłam się zaryzykować. Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy robiłam pierwszy krok na schody prowadzące do magazynu, a jeszcze bardziej, gdy pokonywałam każdy kolejny stopień. Znalazłam się na dole i próbując odnaleźć włącznik odpowiedzialny za światło w piwnicy, wcisnęłam nieodpowiedni, zapalając boczne światła w „Galerii”, których prawie nigdy nie używamy. Właśnie, a czemu ich nie używamy?

– Boże drogi, streszczaj się dziewczyno –poganiała ją Agnieszka.

– Dobrze już, dobrze. Chwilę potem odnalazłam dopiero ten właściwy i wtedy zobaczyłam… – zawiesiła głos, jak robią to aktorzy z telenoweli, by podtrzymać napięcie.

– Co zobaczyłaś?! – wrzasnęli oboje.

– Zobaczyłam, że wszystkie obrazy Olki „wróciły”.

– Co to oznacza? – zapytał Maks.

– Wszystkie obrazy, które kupił tajemniczy mężczyzna znajdują się w magazynie.

– To są jakieś żarty, czy coś? – wtrąciła Agnieszka.

– Żadne żarty. Jeden z nich, przedstawiający Indianina na białym koniu miał przyczepioną kartkę, coś na wzór listu.

– I co na niej było, dziewczyno?! – krzyknęła zniecierpliwiona.

Ewa wyjęła złożoną na cztery części kartkę z tylnej części swoich spodni i podała Maksowi ignorując Agnieszkę, odpłacając jej w ten sposób za podniesiony głos.

– Sami sobie przeczytajcie – dodała, kierując się w stronę swego biurka.

„Dziękuję, iż mogłem nacieszyć swoje oko piękną sztuką, jednakże pragnę z pełnym szacunkiem zwrócić zakupione przeze mnie obrazy, by mogli je podziwiać także inni.

Oczywiście pieniądze, które wpłaciłem na Państwa konto, tam też pozostaną. Zatrzymałem jedynie jeden obraz, na którym autorka namalowała swój rodzinny dom. Szkoda, że nie było mi pisane spotkać się z nią osobiście.

Życzę dalszych sukcesów zarówno dla niej, jak i dla „Galerii”. I niech zostanie moją tajemnicą, w jaki sposób dostałem się do waszego magazynu. Stwierdziłem, że tam będzie je najbezpieczniej zostawić.”

– Musimy zadzwonić na policję – stwierdziła Agnieszka, gdy skończyła czytać notatkę.

– I co im powiesz? – Maks nie czekał na jej odpowiedź. – Ktoś się włamał do mojego magazynu, żeby zwrócić zakupione wcześniej obrazy? Nie, nie panie władzo, nie ma śladów włamania? Włamywacz zostawił tylko list napisany na starej niemieckiej maszynie do pisania?

– Skąd wiesz, że ten ktoś napisał list na niemieckiej maszynie do pisania? – stała się podejrzliwa.

– Widzisz te litery: „ą, ś, ń” i jeszcze kilka innych?

– Polska czcionka i co z tego?

– W niemieckiej czcionce nie ma polskich znaków. Ten, kto napisał list najpierw nacisnął „a”, a później cofnął maszynę w to samo miejsce, by znakiem przecinka dorobić ogonek do „ą”. Wiem, bo dawniej sam używałem podobnej maszyny. Poza tym druk jest trochę rozmazany, co oznacza, że autor nie użył ani komputera, ani też żadnej elektronicznej maszyny.

– Dziękujemy za wykład, panie Holmes, ale nie bardzo nam to pomoże w odszukaniu tamtego faceta.

– A po co chcesz go szukać?

Agnieszka nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Wiedziała, że miał słuszność, choć niechętnie się z tym godziła. Także informowanie policji o dokonaniu przestępstwa, po którym nie pozostał żaden ślad, byłoby niedorzeczne. Mała szkodliwość czynu, czy jak to się tam nazywa.

– To co mam teraz zrobić? – spytała bezradnie.

– Porozwieszaj obrazy w „Galerii” i ponownie otwórz wystawę. A może znów ktoś kupi je wszystkie?

– Nawet mnie nie denerwuj – zagroziła mu wskazującym palcem, przysuwając się bliżej tak, że poczuł jej oddech na swej twarzy, a ona woń perfum, którymi obficie skropił się specjalnie na ich spotkanie. Pomieszanie cytrusów, imbiru i drzewa sandałowego sprawiło, że zapach był bezpośredni, lekki i niezwykle osobisty. Przedstawiał mężczyznę zmysłowego i znającego swoją wartość. Miała ochotę wbić się w jego męskie ramiona, które jeszcze niedawno wydawały się jej jedynie tłustymi kołkowatymi imitacjami.

– Mogę już iść do domu, czy będziecie mnie do czegoś potrzebować? – dochodziło z drugiego końca sali. – Jestem kompletnie nieżywa, więc jeśli nie dzwonimy na tę cholerną policję, to wolałabym się z stąd zmyć – powiedziała sekretarka Ewa, zakładając kurtkę i podrywając torebkę z krzesełka stojącego przy wejściu.

Maks popatrzył na Agnieszkę i w jednej chwili oboje wybuchli śmiechem.

– Z czego tak chichoczecie? Na serio jestem zmęczona. Padam z nóg.

– Podrzucić cię? – zapytał Maks, choć wcale nie to miał na myśli wpatrując się bezustannie w oczy Agnieszki.

– Jakoś sobie poradzę. Nie mieszkam daleko – powiedziała, ale nie zwracali już na nią uwagi. Po chwili usłyszeli trzask drzwi wejściowych.

– To niedorzeczne – zaczął Maks.

– I kompletnie przyzwoite – dodała Agnieszka.

Każde z nich zrobiło wszystko, żeby być bliżej drugiego. Czuli swoje oddechy i ciepło ciał.

– To mogłoby być też niemoralne i pozbawione logiki – ciągnął.

– Muszę się z tobą w stu procentach zgodzić, a doskonale wiesz, jak trudno mi to przychodzi?

– Musielibyśmy się później tłumaczyć i ponieść zasłużone konsekwencje.

– Rzeczywiście, to mogłoby być niewygodne.

– Chyba, że nikomu nie powiemy.

– Przecież jesteśmy dorośli i raczej nie musimy się nikomu tłumaczyć

– Absolutnie…

W jednej chwili przywarli do siebie łapczywie pochłaniając swoje oddechy. Agnieszka zgrabnie poruszając biodrami pozbywała się kolejnych części garderoby. Żakiet, błękitna koszula, na koniec czarna mini. Po minucie jedynie w samej bieliźnie i szpilkach pomagała Maksowi zrzucić koszule i pozbyć się obcisłych jeansów. Stos ubrań na posadzce rósł w takim samym tempie, co temperatura ich podniecenia.

Gdy pozostał już tylko w granatowych bokserkach, chwyciła go za rękę i zaprowadziła do swego biura.

Znaleźli się w środku. Podszedł do niej, gdy zamykała drzwi na klucz, chwycił za nagie, nieosłonięte przez skąpe stringi pośladki i podniósł delikatnie w górę tak, by mogła objąć go w biodrach nogami. Czuła jak naprężony penis próbuje wydostać się z opiętych majtek. Zsunęła się z niego, by pozbyć się czarnego, wykończonego przy górnej linii paskiem koronkowym, biustonosza. Przez dłuższą chwilę celebrowała ten moment pozwalając mu patrzeć.

– Usiądź – szepnęła, odpychając lekko pokaźnych rozmiarów obrotowy fotel i stanęła między nogami Maksa próbując uwolnić go od niewygodnych bokserek. Sama po chwili zsunęła swoje stringi i usiadła na biurku. Byli nadzy i gotowi na siebie. Z emocji, jakie grały w ich ciałach nie poczuli nawet wszechogarniającego zimna.

Agnieszka rozchyliła nogi i przesunęła dłonią po niewielkim pasku włosków pod linią brzucha. Nie wytrzymał i wbił swe usta w jej wilgotne łono, zaciskając dłonie na jej małych okrągłych piersiach. Zaczęła zmysłowo poruszać biodrami. Najpierw powoli, potem troszkę szybciej. Jej wypielęgnowane dłonie, ozdobione pomalowanymi na czarno paznokciami wdrapywały się w kark i górną cześć pleców Maksa, co powodowało, że pragnął więcej. Całował ją całą przesuwając się w kierunku spragnionych ust, nie omijając żadnego zakamarka jej gładkiej i lśniącej skóry.

– Zrób to! Wejdź we mnie! – rozkazała, gdy ich oddechy ponownie się spotkały.

Oplotła nogami jego biodra i przyciągnęła jeszcze bliżej siebie. Był już prawie w środku, powoli zaczął wypełniać jej wnętrze, gdy usłyszał dźwięk swego komórkowego telefonu. Zamarł na moment.

– Zostaw. Za chwilę przestanie – zapewniła go Agnieszka, lecz sygnał stawał się coraz głośniejszy.

– To „In case of emengency” – powiedział wyrywając się z jej objęć.

– Co takiego? – zapytała zdziwiona.

– „In case of emergency” – powtórzył wciągając bokserki. – Taki numer, który opisany skrótem „ICE” wpisujesz w swoim telefonie. Przeważnie jakiejś bliskiej osoby, by w nagłych przypadkach można było się z nią skontaktować. Olka wpisała mój. Mam przypisany do niego specjalny sygnał, który właśnie się odzywa – skończył tłumaczyć i wybiegł na korytarz. Po chwili wrócił z narzuconą na siebie rozpiętą koszulą, dopinając spodnie w pasie.

– Ale czy to znaczy, że coś jej się stało? –dopytywała się.

Niespodziewanie zaczęła odczuwać narastający chłód oplatający jej skórę.

– Nie mówiłem ci wszystkiego, bo Ola nie chciała się tym z wszystkimi dzielić i prosiła mnie o dyskrecję. W tym wypadku chyba nie mam wyboru…

– Czego mi nie mówiłeś? Co się dzieje?

– U Oli zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Wcale nie wyjechała na wieś. Jest w szpitalu. Mam się tam pojawić, najszybciej, jak to tylko możliwe. Olka zniknęła jakąś godzinę temu.

ROZDZIAŁ 12

„Nie powinienem był wchodzić do tego mieszkania. Nie powinienem był pozwolić sobie na taką poufałość.” – pomyślał mężczyzna, zdejmując swój czarny długi płaszcz, który był nieodłączną częścią jego osobowości i stylu życia. Swoistą wizytówką, podobnie, jak brązowy garnitur, który pod nim nosił, również krawat i kremowa koszula.

Zsunął z ręki zegarek ze srebrną bransoletą i ułożył go starannie na kredensie w przedpokoju.

Każda rzecz w jego domu miała pedantycznie zaplanowane i przypisane miejsce. Nie lubił, gdy coś zakłócało harmonię, jaka w nim panowała. Lubił, gdy wszystko było poukładane. Jeżeli tylko któryś z jego planów nie wypalał, ogarniał go szał i nie potrafił zapanować nad emocjami. Stąd dzisiejszego wieczoru myśli w głowie nie dawały mu spokoju, krążąc niczym sępy nad padliną. Czekały na chwile słabości, by zaatakować i rozszarpać duszę na strzępy. Gdy wydawało mu się, że już sobie poszły, zaraz wracały uderzając ze zdwojoną siłą. Dlatego nastawił gramofon i podwyższył głośność bardziej niż zwykle. „Can’t stand losing you” grupy The Police, z płyty „Outlandos d’Amour” zabrzmiało na osiemdziesięciu metrach kwadratowych apartamentu, na ostatnim piętrze bloku przy nowo wybudowanym osiedlu. Dawniej myślał, że nigdy nie będzie go stać na własne cztery ściany spokoju i indywidualności, ale dzięki uporowi, z jakim dążył do zdobycia pewnego poziomu społecznego, po wielu latach ciężkiej pracy udało się osiągnąć zamierzony cel.

Był właścicielem sieci salonów odnowy biologicznej oraz sporej ilości zer na bankowym koncie. Starał się traktować wszystkich równo. Nie wywyższał się. Dobrze pamiętał, gdzie się urodził i wychował.

Otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na taras, zabierając po drodze butelkę „Jacka Daniels ’a”. Alkohol często pomagał mu w trudnych chwilach. Wiele razy upijał się do nieprzytomności tylko po to, by zapomnieć, a następnego dnia szedł do pracy, jakby dwie butelki szkockiej z poprzedniego wieczoru na niego nie podziałały.

Tym razem postanowił zadowolić się połową butelki pięcioletniej whisky z sobotniej imprezy. Nie lubił przyjęć. Nie lubił ani na nich być, ani też ich organizować. Był typem samotnika z zasadami, które często musiał łamać w towarzystwie, by nie wyjść na nadętego zarozumialca. Dlatego też od czasu do czasu zapraszał kilku znajomych do siebie.

„Po co tam poszedłeś?” – usłyszał znów w swej głowie. Przechylił butelkę i opróżnił połowę zawartości. Odczekał chwilę, po czym wziął jeszcze jeden, tym razem mniejszy łyk. Głos zniknął.

– Od razu lepiej – powiedział sam do siebie.

Wrócił do środka, zostawiając niedopity alkohol na zewnątrz. Przeszedł przez pokój gościnny i gasząc za sobą światło, udał się do sypialni. Ten wieczór dobiegł końca.

Jednak zanim powieki zasłoniły świat, pozwalając mu zapaść w spokojny sen, spod łóżka wysunął niewielką drewnianą skrzynię z chromowanym zamkiem z przodu. Podszedł okna i spod parapetu, z niewidocznej na pierwszy rzut oka szczeliny, wydobył płaski, miedziany klucz. Pasował idealnie. Zawsze pasował. Każdego wieczoru i każdego ranka zanim wychodził do pracy.

Zwolnił zasuwę i uchylił lekko wieko skrzyni. Rozejrzał się po pokoju, jakby miał obawę, że ktoś go zauważy. Był sam. Zawsze był sam, a mimo to za każdym razem rytualnie odgrywał swoją rolę.

Włożył dłoń do środka i wyjął niebieskie koronkowe majtki zawinięte w przezroczysty foliowy worek.

„Nie powinien był ich zabierać. Ona zapewne wkrótce zauważy ich zniknięcie”.

Choć poczucie winy nie dawało mu spokoju, najdelikatniej jak tylko potrafił wydobył stringi na zewnątrz i ułożył je na poduszce. Po czym znów sięgnął do skrzyni, tak samo ostrożnie jak poprzednim razem i chwycił dużego formatu zdjęcie, na którym słońce rzucało swe promienie na kobietę ubraną w kwiecistą niebieską sukienkę.

– Tej nocy chciałbym Cię mieć blisko siebie, droga Aleksandro – wyszeptał, przesuwając palcem po twarzy kobiety na zdjęciu.

ROZDZIAŁ 13

Samochód Maksa z piskiem opon wyłonił się z zakrętu i z impetem wbił się na parking przed szpitalem. Równie szybko i agresywnie Maks wbiegł chwilę potem na izbę przyjęć.

– A pan skąd się tu wziął? To jest szpital, a nie stadion! – wrzasnęła doktor Dorota Zagórska, widząc zdyszanego otyłego mężczyznę.

– Mam na imię Maksymilian, Maks, znaczy się – wybełkotał pomiędzy łapaniem oddechu, a ocieraniem potu z czoła i twarzy bawełnianą chusteczką. – Telefonowano do mnie w sprawie zaginięcia dziewczyny. Aleksandry Gruszki.

– To pan? Przez telefon wydawał się pan niższy.

– I chudszy zapewne – dodał pół żartem, który zignorowała.

– Dobrze, że zjawił się pan tak szybko. Od dwudziestu minut część personelu przeszukuje szpital, żeby odnaleźć pannę Aleksandrę, ale nigdzie jej nie ma. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Dzwoniłam nawet do niej do domu, lecz odpowiada jedynie automatyczna sekretarka. Może pan ma jakiś pomysł, gdzie mogła się podziać?

– Wiem tyle, ile pani. Żadne miejsce w tej chwili nie przychodzi mi do głowy.

– Miałam nadzieję, że może ktoś z rodziny będzie wiedział więcej. Widzę jednak, że musimy sobie radzić sami.

– Nie jestem członkiem rodziny. Jestem jej przyjacielem – oznajmił.

– Zdawało mi się, że jest pan kimś w rodzaju narzeczonego. Na oddziale wszyscy twierdzili, że są państwo małżeństwem, ale nie zauważyłam ani u pana, ani u panny Gruszki obrączki, wiec sądziłam, że…

– Dlatego zapewne mówi pani o Oli „panna Gruszka”? – nie dał jej szansy odpowiedzieć na uszczypliwie zadane pytania. – Ola nie ma rodziny w Polsce – zawiesił głos, uświadamiając sobie, że skłamał, nie wspominając o babci, lecz doskonale wiedział, że Ola nie chciałaby jej w żadnym wypadku niepokoić. – Wyemigrowali jakiś czas temu na Wyspy Brytyjskie.

– Szkoda. Mogliby wiedzieć coś, czego pan, jako przyjaciel nie ma pojęcia.

– Zapewniam panią doktor, że jeżeli jest na tym świecie osoba, która zna Olę choć trochę, to właśnie ja nią jestem.

– Mam nadzieję, bo musimy ją odnaleźć jak najszybciej.

– Skąd ten pośpiech? Może Ola zwyczajnie przez jakiś czas chciała pobyć w samotności? Wtedy nawet, jeśli wezwałaby pani całą armię żołnierzy, mielibyśmy nikłe szanse na powodzenie. Pamiętam raz, jak…

– Tutaj nie chodzi tylko o jej zaginięcie, panie Maksymilianie – przerwała mu w połowie zdania. – Śmiem twierdzić, że panna Gruszka ma zamiar popełnić samobójstwo.

– Samobójstwo? Ola? To niedorzeczne!

– Czyżby? – wręczyła mu kartkę papieru ze szkicem, który wykonała Ola. – Pielęgniarka znalazła to na jej łóżku dziś popołudniu.

Maks dokładnie obejrzał rysunek i odłożył na stół w izbie przyjęć.

– To jeszcze niczego nie dowodzi – powiedział wyraźnie, jakby chciał wierzyć, że przeczucie go nie myli.

– Widzi pan datę w prawym dolnym rogu?

Spojrzał na szkic raz jeszcze.

– To naprawdę o niczym nie świadczy. Ola jest artystką. Często rysuje pod wpływem emocji. Przelewa je na papier. Ale to wcale nie znaczy…

– A ta kobieta, której nogi nie dotykają ziemi? Wygląda jakby wisiała, w dodatku trzyma się stojaka do kroplówki.

Maks zastanowił się przez moment ponownie zerkając na szkic.

– Co jej obecnie podajecie? – zapytał bezpośrednio.

– A jakie to ma znaczenie? – poczuła się zmieszana. – Zresztą obowiązuje mnie tajemnica lekarska i nie mogę udostępniać danych dotyczących pacjentów szpitala.

– Ola dostaje sterydy, prawda? Wiem, bo sama mi o tym wspominała.

– To standardowa procedura w takich przypadkach – próbowała wyjaśniać doktor Zagórska.

– Nikogo nie osądzam. Wierzę, iż wiecie, co jest dla pacjenta najlepsze, ale zapewne zdaje sobie pani sprawę jak działają sterydy na organizm człowieka?

– Pacjent jest naładowany energią i wydaje mu się, że mógłby góry przenosić…

– Niech pani teraz spojrzy na rysunek – zaproponował.

Zamilkła i posłusznie wykonała polecenie.

– Rozumie pani? Ola naszkicowała kobietę, którą, mimo złego samopoczucia, co obrazuje całe tło rysunku, rozpiera energia tak bardzo, że mogłaby latać jak ptak. To wcale nie kobieta, która chce się powiesić. Po pierwsze nigdzie nie widać sznura, a po drugie obok daty widnieje napis: „I tak warto być”. Naprawdę nie wydaje mi się, że ktokolwiek myślący o samobójstwie napisałby takie zdanie.

– Może ma pan rację, lecz to i tak nie zmienia faktu, że nie możemy jej odnaleźć.

– Moglibyśmy obejrzeć pokój, w którym leżała. Myślę, że umiem rozwiązać zagadkę zniknięcia pani pacjentki.

– Zatem chodźmy – wskazała na drzwi z napisem „Izba przyjęć. Wyjście”.

Przeszli przez długi, zimny hol, skręcając na samym końcu w lewo, wprost do wejścia na oddział neurologiczny, a następnie do sali numer dwanaście.

– Od jak dawna zna pan Olę? – zapytała doktor Zagórska, obserwując Maksa intensywnie przeszukującego pokój.

– Od paru lat – odburknął, podchodząc do okna.

– A od dawna jesteście parą?

Zdziwiła go ta bezpośredniość. Po raz pierwszy lekarz zadawał mu tak osobiste pytania.

– A co to ma do rzeczy? To chyba nie pani sprawa? – oburzył się.

– Ola potrzebować będzie stałej opieki. W przyszłości czeka ją szereg zabiegów rehabilitacyjnych, z czasem może nawet wózek inwalidzki. Będzie potrzebować wsparcia kogoś, na kim może polegać. Chciałabym wiedzieć, czy zdaje sobie pan z tego sprawę i czy jest pan na to gotowy? Powiedział pan, że jest jej przyjacielem…

– Jesteśmy przyjaciółmi, nie parą. Nie jesteśmy kochankami! Nie mieszkamy ze sobą i śpimy w osobnych łóżkach… Poza tym… nie wybiegałem myślami tak daleko w przyszłość.

– Przepraszam, że wtrącam się w pańskie prywatne życie, ale wydaje mi się, że dla Oli jest pan kimś bardzo ważnym, jeżeli nie najważniejszą osobą w tej chwili. Pański numer zapisała, jako „In Case Of Emergency”. Ufa panu.

– Widzi pani to drzewo? – spytał, przerywając jej monolog. – Widzi pani?!

– Widzę i co z tego?

– Nie przypomina pani czegoś? Może widziała je pani już kiedyś?

– Widzę je codzie… – przerwała. – Rzeczywiście. To jest to samo drzewo, które naszkicowała Ola. Czy coś powinnam teraz wiedzieć?

– Teraz nie czas na wyjaśnienia. – odwrócił się plecami do okna. – Macie w tym szpitalu wyjście na dach?

– Na dach?! – wrzasnęła wyraźnie zdziwiona i jeszcze bardziej przerażona. – Sugeruje pan, że Ola chce skoczyć z dachu?

– Pani znów swoje – opuścił ręce w geście bezradności. – Niczego nie sugeruję, tylko wiem doskonale, że Ola znajduje się na dachu tego budynku.

Widząc drzewo za oknem zrozumiał, dlaczego się tutaj znalazł. Części układanki zaczęły się łączyć w całość, która tylko on potrafił odczytać.

Przypomniał sobie grę, którą Ola wymyśliła na pierwszym roku studiów. Nazwała ją kokieteryjnie „Znajdź mnie, a będę twoja”. Pod drzwi jego mieszkania wsuwała gotowy szkic, gdy był jeszcze w pracy, i znikała bez śladu. Na rysunku umieściła wskazówki, które prawidłowo odczytane miały zaprowadzić go do celu. Wygraną zawsze była wspólna kolacja, którą ona przygotowywała.

Tylko raz jej nie odnalazł. Naszkicowała rysunek bardzo podobny do tego, który oglądał wcześniej w izbie przyjęć. Wtedy jednak na skutek nieostrożności, rozlany kubek z kawą zamazał wszystkie podpowiedzi. Ola nie mając pojęcia, co się stało, weszła na dach trzynastopiętrowego budynku firmy telekomunikacyjnej. Dozorca nie pomyślał, że ktoś może mieć ochotę na „spacery po dachu” i zamknął za nią drzwi na klucz. Po czterech godzinach zobaczył ją jakiś pracownik z budynku obok. Zaalarmował policję i straż pożarną, którzy zjawili się kilka minut później w pełnej gotowości do niesienia pomocy „skoczkowi – samobójcy”. O dwudziestej pierwszej Maks odebrał telefon z Komendy Rejonowej Policji i pojechał po nią na komisariat. Połowę nocy próbowali wytłumaczyć śledczemu, że to jedno wielkie nieporozumienie, ale ten był nieugięty i twardo obstawał przy próbie samobójczej. Wezwał nawet psychologa, by porozmawiał z Olą. Po długiej i męczącej rozmowie z panią psycholog, gdy za oknem zaczynało już świtać, wypuścił ich do domu.

Ola zgotowała sobie pułapkę, z której nie potrafiła się wydostać. Była wściekła. Trochę na Maksa, trochę na siebie, a najbardziej na tę całą głupią sytuację, która powinna była zakończyć się kompletnie inaczej.

Dziś znów chciała z nim zagrać i zrobiła to. Zrozumiał, że zorganizowała to wszystko, bez jakiejkolwiek wiedzy innych osób, tylko po to, by przyszedł. By mogła się z nim spotkać.

Wraz z doktor Dorotą Zagórską znaleźli się na piątym piętrze w tylnej części szpitalnego budynku, stojąc przed metalową pordzewiałą drabiną, prowadzącą na dach.

– To jedyne wyjście – powiedziała, próbując złapać oddech. – Jeżeli ma pan rację i Ola tam jest, to musiała dostać się tam przez ten metalowy właz.

– Może powinna pani wrócić i powiedzieć wszystkim, by przestali jej szukać?

– Mam taki zamiar, ale dopiero, gdy będę mieć pewność, że się pan nie myli.

– W porządku! Wejdę na górę i dam pani znać, gdybym potrzebował pomocy.

– Umowa stoi – powiedziała, choć nuta niepewności zawibrowała na jej strunach głosowych.

Maks wdrapał się na sam szczyt drabiny i uchylił właz. Wysunął głowę, ale nigdzie nie zauważył Oli.

– Widzi ją pan? – rozeszło się echem nawoływanie z dołu.

– Jeszcze nie! – wykrzyczał w głuchą przestrzeń betonowych ścian.

– Może powinnam wejść tam za panem?!

– Nie, nie! Dam sobie radę! Proszę poczekać!

Wślizgnął się na dach i zamknął za sobą właz. Wieczór był chłodny, a pomimo to odczuł pierwsze tchnienie wiosny unoszące się w zapachu powietrza. Nagle zza ceglastego komina wyłoniła się twarz jego przyjaciółki.

– Co tak długo? – zapytała.

– Nie można było po prostu zadzwonić? Przecież wiesz, że pojawiam się na każde twoje wezwanie.

– Można było, ale tak jest śmieszniej i ciekawiej, prawda?

Usiadł obok niej i okrył swoją kurtką jej zmarznięte plecy.

– Oni nie wiedzą? Nie powiedziałeś im? – pytała z nadzieją.

– Nie wiedzą – odparł.

– Tak jest jeszcze weselej.

– Do głowy by mi nie przyszło, że nadal się w to bawisz.

– Ja? Nie. My? Owszem. I wiesz, co? Myślę, że to nie będzie ostatni raz.

– Niezłego bałaganu narobiłaś. Cały szpital cię szuka – roześmiał się. – Z jakiegoś powodu przyszło im do głowy, że chcesz popełnić samobójstwo.

– Co takiego?

– Wyobraź sobie, że też zadałem im to pytanie.

Przez chwilę milczeli, wpatrując się w świetlisty neon reklamowy na dachu sąsiedniego budynku, na którym znana piosenkarka trzymając swe dziecko za rękę, przewodziła akcji „Kocham, nie biję”.

– Co teraz będzie? – zapytała nagle Ola przerywając tym samym niezręczną ciszę.

– Będzie tak samo – odpowiedział bez zastanowienia Maks. – A może nawet lepiej…

– Obiecujesz?

Jej poważny to głosu trochę go przeraził, ale nie dał nic po sobie poznać.

– Obiecuję – odpowiedział, kompletnie nie mając pojęcia, jak dalej się wszystko potoczy. Dzisiejszego wieczoru zbyt wiele się wydarzyło, by jego prosty ludzki umysł mógł to ogarnąć.

– Myślisz, że Bóg się pomylił, zsyłając mnie na ten świat? Dlatego mnie to spotkało?

– Myślę, że Bóg czasami tak, jak my popełnia błędy, ale na pewno nie chciałby żebyś myślała w ten sposób.

– Zanim jeszcze rozpoznano u mnie SM, oglądałam film dokumentalny o angielskiej dziewczynie, której na ulicy w Londynie ktoś oblał twarz kwasem siarkowym. Była cała poparzona, nie mogła oddychać. Trafiła do szpitala, gdzie skórę z pleców przeszczepiono jej na twarz. Dziewczyna miała dwadzieścia pięć lat i całe życie przed sobą, a w tej chwili nie może normalnie jeść, bo kwas wypalił też część przełyku, nawet nie pije herbaty, bo jak tylko słyszy odgłos gotowanej wody, wpada w szał. Żyje w strachu, prawie nie wychodzi z domu i od zmierzchu do świtu nosi specjalne maski podtrzymujące skórę twarzy. Gdzie kurwa Bóg wtedy był? I gdzie jest teraz, gdy go potrzebuję?

Maks nie zdążył odpowiedzieć przyjaciółce. Nie bardzo też miał pojęcie, od czego powinien zacząć. Usłyszeli zgrzyt starych przerdzewiałych zawiasów, a po chwili zobaczyli doktor Zagórską podtrzymującą otwarty właz.

– Zapraszam do środka. Tutaj tak jakoś zimno i chyba zbiera się na deszcz – powiedziała żartem.

ROZDZIAŁ 14

Gabinet ordynatora szpitala niczym nie różnił się od reszty lekarskich gabinetów znajdujących się w tym budynku, poza ogromnym, dziewiętnastowiecznym rzeźbionym w ciemnym dębowym drewnie biurku i złotej tabliczce: „prof. Zbigniew Preiss ”. Doktor Dorota Zagórska zauważała ją pierwszą za każdym razem, kiedy wchodziła do tego pomieszczenia. Zapewne takie miała spełniać zadanie: przykuwać uwagę zainteresowanych.

Siedziała właśnie naprzeciw niej, zastanawiając się, dlaczego człowiek tak wykształcony i oczytany, a nade wszystko niebywale inteligentny jest oschłym pozbawionym humoru bufonem.

– Doszły mnie słuchy, że zguba się odnalazła – burknął. – Wezwałem tu panią, żeby upewnić się, czy nie traktuje pani przypadku panny Aleksandry Gruszki zbyt osobiście?

Doskonale znał odpowiedź na swoje pytanie, lecz lubił jak jego podwładni czują się upokorzeni i skompromitowani.

– Nie wydaje mi się – odpowiedziała stanowczo.

– Postawiła pani na nogi cały szpital, żeby ją odnaleźć.

– Tak samo postąpiłabym z każdym innym pacjentem. Chyba naszym zadaniem jest nie tylko leczyć, a również dbać o bezpieczeństwo?

– A czy pannie Gruszce groziło jakieś?

Wciągnęła nerwowo powietrze przez nos.

– O co panu tak naprawdę chodzi?

– Tak naprawdę o pokój na świecie, ale tego nie da się tak z dnia na dzień zorganizować, więc jak na razie skupiam się jedynie na tym szpitalu – próbował zażartować, choć złośliwość jego wypowiedzi wyszła na pierwszy plan.

– A coś z nim nie tak?

– Jak do tej pory szło nam całkiem nieźle, ale niestety, moja droga pani doktor, nie możemy dla jednego pacjenta stawiać na głowie całego szpitala.

– Domyślam się, że nie chodzi tylko o dzisiejsze poszukiwania.

– Jednak nie myliłem się, co do pani. Nie trzeba wszystkiego pani wyjaśniać – uśmiechnął się szyderczo.

– Chodzi o wpisanie Aleksandry gruszki do programu leczenia interferonem. Widział pan podanie.

– Widziałem i…

– To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu, ordynatorze – poczuła narastającą w niej złość. – Chyba nie chce mi pan powiedzieć, że nasz szpital nie pomoże Oli?

– Dobrze zdaje sobie pani sprawę, że to tylko dwa lata kuracji, a co potem?

– Czyli sądzi pan, że nawet nie warto zaczynać programu?

– Da jej pani nadzieję, a potem szybko ją odbierze. Nie mamy też pewności, że interferon zadziała. Poza tym są jeszcze inni.

– Ola spełnia kryteria.

– Pani Doroto… – westchnął.

– Chcę wpisać Aleksandrę Gruszkę do programu i zrobię to, czy się to panu podoba, czy nie! – postawiła stanowczo.

– Wiedziałem, że postawi pani na swoim, choć miałem nadzieję, że udam mi się panią przekonać do zmiany decyzji – westchnął.

Pozostała niewzruszona, lecz od środka radość rozrywała jej duszę.

– Znaczy się, że podpisze pan kartę włączenia do programu?

– Chyba w tym wypadku nie mogę zrobić inaczej?

Podrapał się końcówką ołówka po czubku głowy, po czym włożył go do kubka po kawie.

– Coś jeszcze panie ordynatorze? – spytała łagodnym głosem.

– To wszystko pani doktor.

Podniósł się z krzesła i odprowadził ją do drzwi.

– Cieszę się, że mam kogoś tak stanowczego jak pani w swoim zespole.

– To nie stanowczość. Ja tylko staram się przestrzegać etyki lekarskiej, której się od pana uczyłam na studiach, profesorze.

CZĘŚĆ II

 „KŁAMSTWA, NIESPODZIANKI I CIASNE JEANSY”

ROZDZIAŁ 15

Nawet nie pamiętała, kiedy zaczął irytować ją sposób, w jaki do niej mówił, poruszał się, żartował, albo się śmiał. Nie zastanawiała się też czy powodowała to choroba, czy może złość, którą tłumiła, bo spotykał się z Agnieszką, a dopiero po dwóch miesiącach miał odwagę przyjść i powiedzieć o wszystkim. Wiele się zmieniło od tego dnia. Może była wobec niego zbyt surowa, lecz gdy przypomniała sobie ich wspólne wieczory i rozmowy do białego rana, nie potrafiła inaczej. Wiele razy zwierzała mu się ze swoich uczuć, już nie potrafiła być sama, tym bardziej teraz. Chciała, żeby spróbowali, bo przecież znali się całe życie. On milczał, a potem wracał zwyczajnie do swego domu, gdzie czekała Agnieszka. Jeszcze przed wyjściem patrzył na nią, jak patrzy się na zmokniętego psa na deszczu. Słodki, żal ci go, ale niekoniecznie wpuściłbyś to zwierzę do swojego mieszkania w takim stanie. Teraz to wiedziała, choć wówczas wydawało się jej, że czuje i myśli tak samo, tylko, że jak każdy mężczyzna, boi się do tego przyznać. Cholera, czy mogła się tak pomylić?

– Zjesz coś? – usłyszała pośród skwierczącego tłuszczu z patelni i świstu czajnikowego gwizdka, który już dawno obiecała sobie wymienić na elektryczny.

– Wiesz, że nie musisz tutaj przychodzić codziennie rano i wpychać mi śniadania na siłę – wreszcie nie wytrzymała.

– Przychodzę, bo chcę i lubię twoje towarzystwo, a nie dlatego, że mnie potrzebujesz – odburknął, podając talerz z jajecznicą na bekonie oraz kanapki z szynką i ogórkiem kiszonym.

– Przychodzisz, żeby uspokoić swoje sumienie. Bo ci głupio, że nie powiedziałeś mi od razu o Agnieszce. Ale ja naprawdę nie mam z tym problemu – skłamała. – Poza tym, nie lubię jajecznicy na bekonie i wolę płatki na mleku zamiast kanapek – dodała złośliwie.

– Myślisz, że jestem tak małostkowy? – spytał udając, że jej zgryźliwa uwaga na temat śniadania go nie dotknęła.

– A możesz podać mi prawdziwy powód swoich porannych wizyt? Wcześniej nie wstawałeś o piątej rano, nie jechałeś do sklepu, by zrobić zakupy na „specjalne” śniadanie dla mnie. Nie dzwoniłeś też tak często w ciągu dnia, by upewnić się, czy nic mi nie jest i czy na pewno dobrze się czuję – zawinęła kosmyk włosów za ucho i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.

– Może po prostu się o ciebie martwię. Nie zastanawiałaś się nad tym?!

– Ale mnie zaczyna to męczyć, Maks! Te ciągłe telefony i codzienne odwiedziny. Czuję jakbyś mnie kontrolował. To choroba miała zmienić moje życie, a tymczasem to ty sprawiasz, że jest mi źle z sobą!

To prawda, co mówią ludzie. „Słowa czasami potrafią bardziej ranić, niż pocisk wystrzelony z pistoletu”. Nie wiedział, czy bardziej mu smutno, czy to złość pochłania jego zmysły, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że argumenty, jakimi zaatakowała były słuszne. Stworzył pewien rodzaj kontroli, nie wynikający wcale z chęci posiadania, a obawy o nią. Nie czuł się jednak usprawiedliwiony. Znajdował się za to na granicy pomiędzy „wyjść i zostawić to wszystko”, a „będzie dobrze, daj jej czas”.

– Zatem, co chcesz, żebym zrobił?! – odstawił patelnię na zagaszony palnik.

– Potrzebuję przestrzeni. Powietrza. Czasu dla siebie.

– Nie chcesz żebym przychodził?

– Tego nie powiedziałam, ale… – przerwała, spuszczając głowę.

– Wcześniej nie przeszkadzało ci, gdy wpadałem w każdej wolnej chwili.

– Wcześniej?- zapytała, jakby nie zrozumiała.

– Wcześniej, kiedy jeszcze nie spotykałem się z Agnieszką.

– Wcale nie chodzi o nią – opuściła ręce w geście bezsilności.

– To w takim razie, o co? Powoli zaczynam się w tym wszystkim gubić. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, że zawsze będziemy wobec siebie szczerzy, a tymczasem już nawet nie potrafimy normalnie rozmawiać!

– Przecież jesteśmy przyjaciółmi i pozostaniemy nimi, tylko wiele rzeczy dookoła się zmieniło. Teraz jesteś z Agnieszką. Ja też chciałabym kogoś znaleźć…

– Jesteś niesprawiedliwa. Dobrze wiesz, że tego nie planowałem. Jeśli miałbym wybierać spośród wszystkich kobiet na świecie, to jeszcze dwa miesiące temu nie wybrałbym Agnieszki. Nie znosiłem jej. Ty mnie namówiłaś na to spotkanie, pamiętasz? A potem wyszło jakoś tak, po prostu. Coś zaiskrzyło i już. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem i miałem nadzieję, że będziesz cieszyć się tym szczęściem razem ze mną, ale właśnie widzę, jak bardzo się pomyliłem!

– Znów mnie źle zrozumiałeś. Myślę, że w końcu dojrzeliśmy do tego, by wprowadzić inne osoby do naszego życia.

– Czyli już nigdy nie będzie jak dawniej, bo będziemy mieć kogoś?

Zadał pytanie i od razu zaczął tego żałować, bo wcale nie chciał znać na nie odpowiedzi. Wolał myśleć, że Ola zawsze będzie tą samą Olką, którą poznał, gdy miała piętnaście lat, była zagubiona i potrzebowała go bardziej niż kogokolwiek innego.

Wpatrując się w talerz z pozostawionym w nienaruszonym stanie śniadaniem, które przygotował dla niej, zdał sobie sprawę, że ich przyjaźń dobiegła końca. Stała się niczym zimna, niezjedzona jajecznica i podsuszona szynka z kanapek. Może ona miała rację i powodem tego była ich dojrzałość do emocjonalnego związku, a może zwyczajnie nie potrafili sobie poradzić z myślą, że w życiu każdego z nich kiedyś w końcu pojawi się ktoś bliski sercu i z tą osobą będą dzielić wspólny czas? Czy bali przyznać się przed sobą, że między nimi jest coś więcej, co wykracza poza granice przyjaźni?

– Ty znasz odpowiedź na swoje pytanie – powiedziała drżącym głosem.

Miał ochotę wyjść i udać, że tej rozmowy nie było. Spojrzał na kurtkę wiszącą na wieszaku w przedpokoju.

– Jeśli chcesz możesz iść. Nie będę cię zatrzymywać. Przecież widzę, że męczysz się tak samo, jak ja.

– Nic nie rozumiesz – powiedział.

„Ola potrzebować będzie teraz stałej opieki. W przyszłości czeka ją szereg zabiegów rehabilitacyjnych, z czasem może nawet wózek inwalidzki. Będzie potrzebować wsparcia kogoś, na kim może polegać… Powiedział pan, że jest jej przyjacielem…” – słowa doktor Doroty Zagórskiej przeszły przez jego głowę.

– Cóż za różnica, jeżeli każde z nas powiedziało więcej niż powinno było powiedzieć? Zresztą, chyba obojgu nam dobrze zrobi, gdy od siebie na jakiś czas odpoczniemy.

Nawet nie zastanowiła się, czy chciała to powiedzieć. Potrzebowała spokoju, żeby poukładać sobie wszystko od początku. Stworzyć jakiś plan. Może nawet poznać kogoś wartościowego. Miała nadzieję, że Maks nadal będzie częścią jej życia, ale potrzebowała mężczyzny, o którym będzie mogła powiedzieć: „mój facet”.

– Naprawdę tego chcesz? Dobrze się nad tym zastanowiłaś? Pomyślałaś o sobie? O swojej chorobie?

Jej egoistyczne podejście powodowało, że ledwo opanowywał demona złości, który chciał się wydostać na zewnątrz.

– W ogóle się nad tym nie zastanawiałam. A jeśli już mówimy o SM, to doskonale wiesz, że nic nie mogę zrobić. Od miesiąca nie potrafię zorganizować sobie dnia. Moja wydolność fizyczna zmienia się nawet kilka razy na dobę. Często czuję się połamana, jakby łapało mnie przeziębienie. Gdyby nie to, że ból w nogach znikł i mogę poruszać się o własnych siłach, byłoby naprawdę beznadziejnie.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zmartwił się.

– Nie chciałam cię denerwować. Od razu byś przybiegł, a wolałam, żeby nikt mnie nie oglądał w takim stanie. Poza tym w zeszłym tygodniu była Dorota i powiedziała, że wszystkie reakcje są nad wyraz normalne.

– Dorota? Jakaś nowa znajoma? – zdziwił się. Nie przypominał sobie, żeby Ola znała dziewczynę o takim imieniu.

– Doktor Zagórska.

– Od kiedy mówicie sobie na „ty”?

– Od paru tygodni. Wpadła kiedyś, wracając ze szpitala. Wiesz, że mieszka niedaleko?

– Nie wiedziałem.

– Ja też nie. Bardzo miła osoba.

– Próbujesz zmienić temat? – zapytał.

– Ja po prostu nie zawsze mam ochotę rozmawiać o tym, jak mi jest źle, albo czy jest mi akurat dobrze. Moja osoba naprawdę nie jest dobrym tematem do rozmów i mówiłam to już tobie wiele razy.

– Tydzień temu, kiedy miałaś wysoką temperaturę i dwa dni spędziłaś w łóżku, to też była sprawka SM? – nie dawał za wygraną.

– A ty znów swoje!

– Wiesz, że jestem uparty i chcę wiedzieć wiele rzeczy – popatrzył na nią w taki sposób, by wiedziała, że czeka na odpowiedź.

– Niech ci będzie – powiedziała, zdając sobie sprawę, że jedno z nich musi ustąpić, a znając charakter Maksa nie mogła liczyć, że to będzie on. – Biorąc pod uwagę, że bez żadnego leczenia wszystko minęło, to zapewne tak.

– Powiedziałaś o tym swojej nowej przyjaciółce?

– Maks, przeginasz!

– Z czym?

– Ze swoją nadopiekuńczością. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to jest silniejsze od ciebie.

– Bo mi na tobie zależy i nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało, a mnie nie byłoby w pobliżu.

– Właśnie o to chodzi! Nie możesz być zawsze obok. Nie jesteś supermanem i nie uchronisz mnie przed całym złem tego świata.

Chciał zażartować, by rozładować unoszące się w powietrzu napięcie, lecz po grymasie jej twarzy zrozumiał, że nie ma na to szans.

– Chyba powinieneś już wracać. Agnieszka zapewne się niepokoi.

– Ona sama mnie do ciebie posyła. Co wieczór sprawdza, czy dobrze nastawiłem budzik.

– To dobra kobieta. Dbaj o nią.

– A kto o ciebie będzie dbał?

– Jakoś dam sobie radę. Przecież mieszkasz tylko jeden blok dalej. Mam też twój numer telefonu i nawet wiem, jak korzystać z pewnego urządzenia, zwanego telefonem. Jakby się coś działo, pierwszy się o tym dowiesz.

– Jakoś ci nie ufam i jakoś ci nie wierze…

– Musisz iść – odparła wyciszonym głosem.

Wstał, założył kurtkę i wsunął buty.

– Załóż czapkę. Na zewnątrz jest mroźno. Przeziębisz się.

– Tak. Pogoda się zmienia. Za chwilę Boże Narodzenie, potem Nowy Rok. Jakoś przeleci. Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jestem niedaleko. Gdybyś czegoś potrzebowała…

– Tak, wiem…

– O każdej porze dnia i nocy…

– Oczywiście panie Kapitanie – zasalutowała jak prawdziwy wojskowy oficer.

– Mówię poważnie.

– Dziękuję, że rozumiesz – powiedziała nagle, urywając dotychczasową myśl.

– Nie rozumiem, ale szanuję twoją niezależność – objął ją na pożegnanie.

Na parterze usłyszał dopiero, jak Ola zamyka drzwi do swego mieszkania na drugim piętrze. Był pewny, że nie zadzwoni.

Zastanawiał się czy będzie płakać dzisiejszej nocy, czy będzie o nim myśleć. On będzie myślał o niej na pewno. Po wielu latach wspólnych chwil, kiedy gorycz i radość przeplatały dzień z nocą, ich przyjaźń wygasła. Stali się zwyczajnymi kumplami, którzy pewnego dnia przechodząc obok siebie na ulicy powiedzą jedynie puste „cześć” osobie idącej z naprzeciwka, jakby nigdy wcześniej nic dla siebie nie znaczyli. Nie mógł uwierzyć, że z minuty na minutę przestali być jedną duszą o dwóch sercach.

Podmuch mroźnego powietrza zatrzymał go, kiedy wychodził na zewnątrz. Z kieszeni kurtki wyjął czarną czapkę i nasunął na odsłoniętą głowę. „Ola znów miała rację”.

Przeszedł kilka metrów i za zakrętem schował się pomiędzy dwoma dostawczymi samochodami z piekarni, które właśnie przywiozły świeże pieczywo do pobliskiego marketu. Zapach chleba drażnił jego zmysły i zasysał żołądek, kiedy z wizytówki spisywał numer doktor Doroty Zagórskiej do swojego telefonu. Po chwili jej głos zabrzmiał w słuchawce.

– Mówi Maks, przyjaciel Oli Gruszki. Poznaliśmy się w szpitalu…

– Doskonale pana pamiętam, panie Maksymilianie. Także to, że ostatnio nie był pan zbyt miły.

– Wtedy myślałem, że jest pani wścibska i lubi wtrącać się w nieswoje sprawy.

– Teraz pan tak nie uważa?

– Teraz wiem, że chciała pani pomóc. Muszę się z panią zobaczyć, żeby porozmawiać. Najlepiej jeszcze dziś, jeśli to możliwe.

– Dzisiaj? Wykluczone! Jestem cały dzień w szpitalu.

– Chodzi o Olę…

Panująca przez moment cisza jeszcze bardziej uświadomiła mu, jak bardzo jego żołądek potrzebuje pożywienia.

– W takim razie, dokładnie za godzinę w moim gabinecie! Proszę się nie spóźnić!

ROZDZIAŁ 16

Promienie słoneczne przebiły cienką okienną zasłonę, a odbijając się w lustrze dokuczliwie oślepiały doktor Dorotę Zagórską podczas pracy przy komputerze.

„Powinnam pracować w okularach przeciwsłonecznych” – pomyślała.

Odwróciła się z krzesłem w drugą stronę, ale nadal czuła ich blask na swoich plecach. W tym momencie nawet świadomość tego wywoływała brak dobrego humoru. A może chodziło o to, że znów pokłóciła się z mężem? Ostatnio często zaczęli wytykać sobie różne drobne sprawy, co doprowadziło do ograniczenia ich wszelkich kontaktów do minimum. Przestali nawet sypiać w tym samym łóżku, nie wspominając już o stosunkach seksualnych. Nawet nie miała na niego ochoty. Poprzednim razem, kiedy się kochali, zrobiła to, by się wyżył, jednocześnie mając nadzieję, że seks poprawi ich relacje małżeńskie. I poprawił. Dokładnie na dziewięć godzin, bo już następnego dnia rano wszczęła awanturę o niedomknięte okno w kuchni. Wiele razy prosiła go, aby przed pójściem spać sprawdzał, czy wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Odkąd miesiąc temu dwóch młodych chłopaków wdarło się do domu dwie ulice dalej i bestialsko zamordowało parę nowożeńców, nie czuła się bezpiecznie w swoich czterech ścianach. Nie przemawiało do niej, że powodem napaści były pieniądze, które ów para dostała w formie prezentów ślubnych, a napastnikami byli goście weselni. Nieważne. Bała się i już, a on o tym wiedział i powinien zrobić wszystko, by ją ochronić.

Czasami zastanawiała się, czy powinna była za niego wychodzić. Nosiła nawet panieńskie nazwisko, żeby nigdy nie myślał, że może ją mieć na własność. Oboje pozostawili za sobą nieudany związek i od samego początku podchodzili do uczuć z umiarem, lecz po dwóch latach życia pod jednym dachem zapragnęli przypieczętować swą namiętną znajomość.

On miał syna. Młody chłopak. Prawie nie bywał w domu. Cały tydzień spędzał na uczelni, albo w mieszkaniu matki. Tyle po sobie zostawiła, wyjeżdżając ze swoją nową miłością. Z ojcem rozmawiał rzadko i przeważnie wtedy, gdy potrzebował pieniędzy, ale polubiła go od razu. Miała z nim dobre relacje, często lepsze niż z własnym mężem. Rozumiał ją, a był o wiele lat od niej młodszy. Zadzwonił pewnej nocy, gdyż dziewczyna, z którą wiązał plany na przyszłość nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Był załamany i roztrzęsiony. Chciał żeby przyjechała. Ufał jej i traktował jakby była jego biologiczną matką. Resztę nocy spędzili, wlewając swoje smutki do kieliszków z butelki czerwonego wina, a następnego dnia podziękował jej bukietem żółtych goździków. Nawet nie przypuszczała, że te kwiaty w takim kolorze mogą wyglądać pięknie.

Właśnie złapała się na tym, że za każdym razem, kiedy rozmowa z mężem kończy się kłótnią, wspomina tamten wieczór w mieszkaniu jego syna. Z chwili zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi.

– Miał być pan za godzinę, a minęło zaledwie trzydzieści minut – powiedziała, ujrzawszy Maksa w swoim gabinecie.

– Byłem w pobliżu, ale jeżeli pani woli, ja mogę poczekać.

– Jeśli już pan przyszedł, to niech zostanie. Co pana do mnie sprowadza? To znaczy wiem, że chodzi o Olę, ale wolałabym wiedzieć, co konkretnie pana niepokoi. Byłam u niej dwa dni temu i nie zauważyłam niczego, co mogłoby być niepokojącym objawem SM.

– Ola wspominała, że się zaprzyjaźniłyście i dlatego przychodzę z tą sprawą właśnie tutaj. Pamięta pani naszą rozmowę na schodach, kiedy szukaliśmy Oli? Powiedziała pani, że Ola będzie potrzebować pomocy, że czasami nawet na pozór proste czynności domowe mogą okazać się dla niej trudne.

– To prawda.

– No właśnie. Tymczasem ona wcale nie oczekuje od nikogo pomocy. Stara się być bardziej samodzielna niż kiedykolwiek wcześniej. Dziś rano pokłóciliśmy się. Doszła do wniosku, że sama da sobie radę ze wszystkim i najlepiej, żebym przez jakiś czas jej nie odwiedzał.

– Z tego, co pan mówi wnioskuję, że Ola stara się walczyć z chorobą w taki sam sposób, w jaki walczy się ze zwykłym przeziębieniem. Nie ma jednak jeszcze tej świadomości, że to nie grypa, gdzie można z wysoką gorączką przesiedzieć cały dzień w pracy, a po kilku dniach być zdrowym.

– Czy ona tego nie wie, czy za wszelką cenę chce zwalczyć SM siłą woli?

– Myślę, że w obu przypadkach ma pan rację.

– Może powinna porozmawiać z psychologiem – zaproponował, lecz poczuł się podle.

– Rozmawiałam z nią już na ten temat, ale stwierdziła, że nie jest jeszcze z nią aż tak źle.

– A jak to postrzegać z medycznego punktu widzenia?

– Jeżeli Ola nie ma ochoty na kontakt z psychoterapeutą, to nie możemy jej do tego zmuszać. Zresztą, wiele takich rozmów to jedynie wymiana informacji, których rezultatem może być poprawa psychiczna, albo jej pogorszenie. W wielu przypadkach rozmowa ze specjalistą pomaga, ale nie możemy być pewni, czy w przypadku Oli rezultatem nie będzie zwyczajne znudzenie, albo czy rozmowa jej nie rozdrażni.

– Czy możemy zrobić cokolwiek?

– Jeżeli Ola chce walczyć z chorobą, chce być samodzielna, to powinniśmy jej na to pozwolić.

– Chyba nie mówi tego pani poważnie?

– Dlaczego nie? Pozwólmy jej myśleć, że doskonale sobie radzi do czasu, aż sama poprosi o pomoc.

– Co konkretnie ma pani na myśli?

– Mam pewien pomysł, ale muszę go skonsultować z innym lekarzem. Proszę mi zaufać. Spotkajmy się jutro po południu, powiedzmy o siedemnastej.

Wstała i podała mu rękę. Podniósł się i odwzajemnił gest, nie będąc pewnym, czy powinien jej zaufać.

– Dlaczego robi pani to wszystko dla Oli? – zapytał.

– Jutro o siedemnastej. Proszę się nie spóźnić – powiedziała po krótkiej chwili zamyślenia.

Potem odprowadziła go powłóczystym spojrzeniem do drzwi. Kilka sekund potem opuścił jej gabinet.

ROZDZIAŁ 17

Powietrze o minusowej temperaturze siedemnastu stopni Celsjusza wbijało się w twarz Oli niczym tysiące drobnych igieł, znieczulając skórę. Jedynie słońce ogrzewające kaptur kurtki niwelowało negatywną aurę pogody.

Obudziła się rano z przekonaniem, że od dzisiejszego dnia znów będzie szczęśliwa, nawet jeśli miałaby sobie to szczęście namalować i żadna pogoda też tego nie popsuje. Postara się w dodatku przestać myśleć o SM, no i o Maksie, pomimo iż od tygodnia nie potrafiła robić nic innego.

Po obfitym śniadaniu, porannej kąpieli w wannie pełnej piany, wrzuceniu wszelkich potrzebnych, jak i niepotrzebnych rzeczy do torebki oraz sprawdzeniu, czy nie zostawiła włączonego palnika kuchenki gazowej, wyszła zmierzyć się z teraźniejszą codziennością.

„Czasami wystarczy odrobina nadziei i pozytywne myśli, żeby energia, która w nas drzemie wydostała się na zewnątrz i dodała siły do życia” – pomyślała, mijając bramę parku miejskiego.

Dzisiejszy dzień nie był zwyczajnym dniem. Obiecała sobie, że nauczy się „tańczyć w deszczu”. Zaledwie przed chwilą zaczęła zauważać rzeczy, które pozornie do tej pory dla niej nie istniały. Zwyczajny starszy mężczyzna, siedzący na ławce w parku i karmiący gołębie, potrafił wywołać nieodgadnioną radość w jej sercu, choć nie dawniej jak wczoraj, zwinięta w kłębek na kanapie, otulona niedbale zielonym swetrem, gapiła się w ekran telewizora systematycznie, co pięć sekund przełączając kanał.

Pragnęła za wszelką cenę zapomnieć o negatywnych epizodach ostatnich tygodni swego życia, do końca nie będąc pewną, ile tak naprawdę ma czasu, zanim choroba ponownie zaatakuje. Nikt nie potrafił jej tego powiedzieć. Nikt nie dawał gwarancji, że nie stanie się to właśnie dzisiaj w parku miejskim, pośród setek drzew pokrytych mroźnym pyłem, mężczyzny karmiącego gołębie i starszej kobiety spacerującej dookoła stawu, który wcześniej zamieszkiwały dzikie kaczki. Mogła mieć jedynie nadzieję, że los będzie łaskawy i jak najdłużej pozwoli jej cieszyć się chwilą, którą właśnie przeżywała.

„Ludziom przytrafia się to, co się przytrafia, a nie to, na co zasługują” – przypomniała sobie cytat z ulubionego serialu telewizyjnego, gdy mijała kolejne bezlistne drzewo, któremu zima zabrała kolory.

– Nie powinna pani spacerować sama w tak cudną pogodę – usłyszała męski, pełen wdzięku głos za swoimi plecami. – Mógłby ktoś panią porwać, zamknąć w tajemnej komnacie w wysokiej wieży.

Odwróciła się. Jej oczom ukazał się wysoki brunet o niebieskich, jak błękit nieba oczach i szlachetnych rysach twarzy. Nie zauważyła go wcześniej, choć obeszła cały park dookoła kilka razy.

– Zawsze zaczepiasz nieznajome kobiety pospolitymi tekstami?

Nie wyglądał na dużo starszego od niej, dlatego pozwoliła sobie na uszczypliwą uwagę. Mężczyzna, za którego go brała powinien odebrać to, jako żart i zachętę do dalszej konwersacji. Nie myliła się.

– Nie zawsze nieznajoma kobieta ma tak niezwykłe spojrzenie i niebywały urok osobisty – nie pozwolił jej na zwycięską satysfakcję.

„Przystojny, dobrze wychowany, inteligentny, a w dodatku sportowa nienaganna sylwetka? Ideał…” – uśmiechnęła się do siebie i gdyby była pewna, że tego nie zauważy, ani nie usłyszy, westchnęłaby dla podkreślenia swego stanu zadowolenia.

Nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn i zawsze trafiali się jej tacy, którzy banalnymi aforyzmami, znalezionymi najczęściej na internetowym forum, próbowali jak najszybciej zaciągnąć ją do łóżka. Dlatego uważała, że facet idealny nie istnieje i nie ma czegoś takiego, jak miłość. Nawet, jeżeli początkowo pomiędzy dwojgiem ludzi pojawia się jakaś więź, to są to głównie związki chemiczne, przypominające swą strukturą i działaniem ecstasy. Jesteś przez jakiś czas pod wpływem narkotyku, wytwarzanego przez twój własny organizm, który wprowadza cię w stan euforii i podniecenia. Tylko tyle. Jeżeli miała rację, to jej organizm na widok nieznajomego mężczyzny z parku miejskiego, zdecydowanie podjął pierwsze kroki działań chemicznych.

Hipnotyzował ją jego wzrok, a ona na tych kilka chwil zapomniała o przytłaczającej codzienności.

Kolejna scena z filmu na pełnej zakrętów drodze życiowej.

– Piękny dziś dzień, prawda? – próbował przerwać krępujące milczenie.

„Boże, jeżeli zacznie gadać o pogodzie, to go zabiję!” – pomyślała.

– Tylko nie zaczynaj tematu pogody, proszę – próbowała go ubiec.

– Pomyślałem jedynie, że moglibyśmy gdzieś razem pójść, zanim przemarzniemy do reszty. Poza tym nigdy nie rozmawiam o pogodzie. To temat ludzi, którzy nie mają nic sobie do powiedzenia.

– A ty masz?

– Byłem pewien, że mnie nie poznasz, jeżeli się jeszcze kiedyś spotkamy – rzucił niespodziewanie.

Jej twarz obrazowała wyraz zdziwienia. Była przekonana, że widzi tego mężczyznę po raz pierwszy w życiu.

– Pewien pokój na niewinnej domowej prywatce? – ciągnął dalej. – Przypomina ci się cokolwiek?

– Nie! Ty nie możesz być tym chłopakiem, z którym wtedy… A może jednak? Nie, to niemożliwe.

– Na twoim miejscu nie byłbym tego wcale taki pewny.

Przyjrzała mu się uważnie i nagle jakby ją olśniło. Rzeczywiście odnalazła pewne podobieństwo, jednak mężczyzna stojący przed nią nie był już tym chłopakiem, z którym straciła dziewictwo. Był dojrzalszy, pewny siebie i diabelsko przystojny. Pamiętała, że dawniej miał długie kasztanowe kręcone włosy i wyglądał w nich, jak z reklamy szamponu. Zastąpiła je krótko przystrzyżona kręcona czupryna, w której wyglądał bardziej ponętnie.

– Zobaczyłem cię przypadkiem, spacerującą pośród tych okradzionych z liści drzew. Jednak nie byłem do końca pewnym, czy to ty. Niestety takich oczu się nie zapomina.

Zaczerwieniła się. Jego głos wywoływał zimny dreszcz przenikający przez całe ciało, za każdym razem, kiedy do niej mówił.

– W takim razie chyba należą ci się przeprosiny…

– Ale za co chcesz przepraszać?

– Za tamten wieczór…

– Byłaś młoda, chciałaś się wyszaleć, a ja stałem się najodpowiedniejszą osobą w całym nagromadzonym towarzystwie. Przez chwilę naprawdę poczułem się wyróżniony. Dane było mi leżeć obok iście boskiego ciała.

– Chyba wystarczy tych pochlebstw. Ja raczej wolałabym wymazać ten incydent z mojego życiorysu, mimo, że i tak pamiętam całą sytuację jak przez mgłę.

– A to nie było zbyt miłe – zwrócił jej uwagę.

– Przepraszam, ale zachowałam się wtedy jakby wstąpił we mnie ktoś inny. Zupełnie nie byłam sobą. Gdy tylko wspomnę tamten wieczór, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Kompletnie pijana poszłam do łóżka z przypadkowo spotkanym facetem, a na dodatek wszyscy, którzy byli na tej imprezie pamiętają więcej niż ja sama. Nie potrafiłam kontrolować żadnych swoich odruchów…

– Szczerze mówiąc, ja też – przerwał jej żartobliwie.

– Przestań. To wcale mnie nie śmieszy. Nie jestem wcale dumna z tego powodu.

– Dziewczyno, to było prawie dziesięć lat temu. Wszyscy byliśmy młodzi i głupi. W takich sytuacjach popełnia się błędy, ale niekoniecznie trzeba się nimi zadręczać przez resztę życia.

– Może masz rację i właśnie nadszedł najwyższy moment, by zamknąć ten rozdział i nie myśleć o nim więcej.

– I to nazywa się „pierwsza męska decyzja w twoim życiu”. Może zjemy coś razem?

– Bardzo chętnie zaprosiłabym cię na kawę z odrobiną słodkości w postaci ciastka z kremem, które uwielbiam, ale umówiłam się już z kimś i nie chciałabym tej osoby wystawić do wiatru.

– A ja jak najbardziej zgodziłbym się na odrobinę słodkości w postaci twego towarzystwa, lecz widać niepisane nam jest wspólne spędzenie czasu dzisiejszego słonecznego popołudnia. Mogę mieć jedynie nadzieję, że ten, z którym się masz spotkać doceni ogrom szczęścia, którym jesteś – ukłonił się tak, jakby składał hołd angielskiej królowej.

– Nie, to wcale nie… – roześmiała się. – Znajoma poprosiła mnie o przysługę.

– W takim razie serce podpowiada, bym czekał w nadziei, że pewnego dnia znów przyjdzie mi ciebie zobaczyć w tak piękny dzień, spacerującą po parku. Może i drzewa wtedy pokryje zieleń.

– A może…? – zamyśliła się

– Może?

– A może nie ma sensu czekać na kolejne przypadkowe spotkanie.

– Czy chcesz przez to powiedzieć…? – nie dokończył, bo całą uwagę skupił na kartce papieru i ołówku, które Ola wyjęła z torebki. Przez chwilę kreśliła jakieś linie, po czym zgięła kartkę na pół i wsunęła ją do kieszeni jego płaszcza.

– Co to jest? – zapytał ze zdziwieniem.

– Mapa.

– Mapa? Do twego serca?

– Do mojego mieszkania. Jeżeli ją odczytasz, będę czekała z wyśmienitą kolacją przygotowaną specjalnie dla ciebie.

– A jeżeli nie podołam wyzwaniu i polegnę jak żołnierz pod Westerplatte?

– Wtedy oznaczać będzie, że przeznaczenie wcale nie chciało dać nam szansy, a przypadek w parku to czysty zbieg okoliczności.

– Wierzysz w przeznaczenie?

Nie odpowiedziała.

– Kolacja będzie gotowa na dziewiętnastą. Jak się spóźnisz, to zjem ją sama.

– W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie szczęścia.

– Pewien poeta napisał kiedyś: „Odszukaj mnie, bo tylko wtedy zamknę za sobą wszystkich drzwi wieczności…” – powiedziała.

Jeszcze przez chwilę wpatrywali się w siebie w ciszy, pomimo, że czas ich spotkania dobiegł końca.

Kiedy mijała bramę opuszczając park miejski, zdała sobie sprawę, że nawet nie ma pojęcia, jakie imię nosi dawny znajomy z pewnego pokoju na niewinnej domowej prywatce.

ROZDZIAŁ 18

Podobno wcale nie ważne jest ile razy upadasz, lecz ile razy wstajesz i idziesz dalej. A ona podniosła się i postanowiła walczyć.

Tego dnia chciała spacerować, tak zwyczajnie upajać się świeżością wdychanego powietrza i wchłaniać witaminę D z promieni słonecznych, bo poprzedniego wieczoru przeczytała, że może być ewentualnym środkiem zapobiegającym początkowemu rozwojowi SM i ucieszyła się spoglądając w okno zaraz po przebudzeniu. Nie miała spotkać faceta, z którym straciła cnotę.

Do tej pory zarówno jej sprawy prywatne i zawodowe były poukładane jak ubrania w garderobianej szafie. Bluzki, spodnie, koszule, bielizna… Białe z białymi, czarne z czarnymi, kolorowe z… W dodatku wszystkie starannie wyprasowane i złożone w równe kwadratowe kostki. Tragedia.

„O to chodzi? Zwyczajnie przestać planować każdą sekundę sfery życiowej?”

Spontaniczny pomysł kolacji z właścicielem najbardziej błękitnych oczu na świecie stał się początkiem metamorfozy starej Aleksandry Gruszki.

Zaczęła od wizyty u fryzjera i w salonie masażu, którą zaplanowała na dzisiejsze popołudnie. Potem wykręciła się od spotkania ze znajomą, zmyślając na poczekaniu zapowiedziane od dłuższego czasu przyjęcie urodzinowe swojej babci, w nadziei, że nie spłonie za to w ogniach piekielnych. Zrobiła zakupy w pobliskim sklepiku i zmęczona miejską bieganiną wróciła do swoich czterech ścian.

„Oby tylko niedbale naszkicowana mapa pozwoliła dopełnić świetności jej nastroju przez towarzystwo przystojnego bruneta” – rozmyślała tańcząc przed lustrem w przedpokoju i potrząsając bujnymi lokami, które opadając zakrywały jej twarz.

Muzyka! Potrzebowała muzyki!

Sting i utwór „Every little thing she does is magic”? Idealnie! Ta piosenka towarzyszyła jej zawsze, kiedy była smutna i kiedy miała ochotę się śmiać, gdy padał deszcz i świeciło słońce. Nawet nie lubiła Stinga. To przez Maksa kupiła jego płytę, a potem nie mogła przestać jej słuchać. A teraz nie tylko słuchała, ale całkowicie gubiąc rytm tańczyła, wyśpiewując poszczególne linijki tekstu.

„Może podświadoma tęsknota za Maksem zmusiła ją po raz kolejny, by sięgnęła po ten krążek?”

– Cholera – przeklęła, spoglądając na kuchenny zegar w kształcie kosza z owocami, a echo odbiło „zakazane” słowo o pustą przestrzeń korytarza.

Jeżeli nie pomyli drogi i prawidłowo odczyta mapę, to powinien być tutaj za nieco ponad godzinę.

„Kretynko, śpiewać ci się zachciało! Ciekawe, jakim sposobem przygotujesz grillowanego łososia z miodem i szarlotkę z serkiem waniliowym w ciągu godziny!” – krytykowała w myślach swój brak zorganizowania.

Biorąc pod uwagę przygotowanie nie tylko posiłku, ale i własnej osoby, była pewna, że nic tego wieczoru nie pójdzie tak, jak powinno.

Odrzuciła szarlotkę, zastępując ją deserem lodowym, który wykonała w przysłowiowe pięć minut, posypując dwie równe porcje lodów gotową mieszanką owoców z puszki. Pomysłowa oszustka. Z łososiem także poszło w miarę sprawnie, nastawiła piekarnik na sto sześćdziesiąt stopni i ułożyła rybę na podkładce do grillowania. Miała względnie jakieś pół godziny na wykreowanie własnego wieczornego wizerunku: „ Jestem czarująca. Możesz patrzeć, ale nawet nie waż się dotykać, bo to ja zadecyduję, czy tę noc spędzimy razem, czy osobno”.

Śpieszyła się jak tylko mogła, lecz pomimo wszelkich starań całość i tak zajęła prawie czterdzieści minut. Na szczęście łosoś też pozwolił sobie na chwilę relaksu i przyrumieniony czekał, aby go wyjąć z piekarnika.

Stół w jadalni nakryła świeżym, kremowym obrusem, stawiając na jego środku misę z pływającymi po wodzie świeczkami.

Minęła godzina…

Godzina i dwadzieścia minut…

Włożyła rybę z powrotem do piekarnika, by nie wystygła. Otworzyła butelkę czerwonego wina wiedząc, że do ryb powinno się podawać się białe, i nalała do kieliszka po swojej stronie stołu.

– Nie zamykasz drzwi na klucz? – zapytał ten, na którego czekała. Dla którego włożyła jeszcze nigdy nienoszone czerwone, trzynastocentymetrowe szpilki, koronkową bieliznę w kolorze wanilii, zakupioną dziś popołudniu w małym butiku niedaleko fryzjera, odsłaniającą kolana ołówkową spódnicę, podkreślającą krągłe pośladki i szczupłe nogi, oraz dobraną specjalnie pod kolor butów transparentną koszulkę z cienkimi ramiączkami, kreującą dodatkowo jej seksualność.

– Nigdy nie zamykam – odpowiedziała po chwili zastanawiając się, dlaczego wpierw nie zapukał. – Mój ojciec mówił, że jedyne, z czego inny człowiek może cię okraść to twoja godność, bo rzeczy, które posiadasz, przeważnie nie są nic warte, choćbyś zapłacił za nie miliony – dokończyła myśl.

– Mądry człowiek z twego ojca.

– Mówił też, że mnie nigdy nie zostawi, a potem…, nieważne… – odwróciła się z kieliszkiem napełnionym do połowy czerwonym winem. – Napijesz się? – rzuciła kokieteryjnie i podając mu puchar, nie czekając na odpowiedź, zmysłowym krokiem udała się do kuchni.

W dalszym ciągu ciekawiło ją, dlaczego nawet nie zapukał. Jakby wiedział, że drzwi są otwarte.

– Mojego starego nawet nie znałem.

Aż podskoczyła, gdy usłyszała jego głos. Stał oparty o futrynę i przyglądał się jej z podziwem, gdy przyozdabiała łososia. Co dziwne, nie gapił się na te części ciała, które pieczołowicie wyeksponowała, a na jej kręcone, będące w artystycznym nieładzie włosy, których nie zdążyła dokładnie wysuszyć i nadal miały świetlisty poblask odżywki.

– Przepraszam, nie miałem zamiaru cię przestraszyć. Byłem przekonany, że mnie zauważyłaś wcześniej. Masz nową fryzurę? – udał, że nie zwrócił na nią wcześniej uwagi.

– Podoba ci się?

– Pasuje do ciebie.

– Znaczy, nie podoba się na tyle, by powiedzieć, że się podoba, ale nie jest aż tak zła, by zakładać czapkę za każdym razem, kiedy wychodzi się z domu?

– Naprawdę wyglądasz prześlicznie – poprawił się.

Miała ochotę go wyśmiać, bo odkąd wszedł do jej mieszkania przestał być pewnym siebie męskim typem macho, a przy każdej niefortunnej okazji zamieniał się w bezbronnego, małego chłopca, który czerwieni się, gdy ma pocałować swoją matkę przy kolegach z podwórka.

– Ktoś ci już mówił, że kiedy się uśmiechasz, w kącikach ust robią ci się takie śmieszne dołeczki?

– Niestety…

– Niestety tak, czy niestety nie?

– Niestety słyszałem to już tysiące razy – westchnął ciężko, jakby powietrze wypełniające mieszkanie stało się w tym momencie bardzo gęste.

– Ładne były? Pociągające? Namiętne? Z iloma z nich uprawiałeś dziką wyuzdaną miłość?

Jej bezpośredniość nie zaskoczyła go nawet na chwilę, za to Ola poczuła, że temperatura jej twarzy zdecydowanie się podniosła i już na pewno przybrała barwę czerwieni.

– To były koleżanki mojej matki, a ja byłem małym bezbronnym dzieciakiem – sprawnie wybrnął z bokserskiego narożnika. – W dodatku za każdym razem, gdy któraś z nich przychodziła w odwiedziny, robiono ze mnie żywy eksponat z pokazem sztuczek w tle.

– Nie miałeś lekkiego dzieciństwa – stwierdziła.

– Nie miałem. Choć były i dobre strony tego medalu.

– Zaczyna zżerać mnie ciekawość…

– W gruncie rzeczy, dziś to żadna rewelacja, ale na tamte czasy lizak, czy batonik czekoladowy od jednej lub drugiej cioci za głupie uśmiechy do sera, stawał się rewelacyjną zapłatą.

– Byłeś przekupny – zmrużyła oczy. – W rzeczywistości wykorzystywałeś swój atrybut dla własnych, „majątkowych” korzyści. Powinieneś zostać politykiem.

– W dodatku, gdy już uświadomiłem sobie, jaki tkwi w tych przedstawieniach potencjał, sam wybiegałem za każdym razem, żeby tylko dostać jakieś słodkości.

– Szuja z ciebie – zganiła go.

– Ale za to jaka wyjątkowa szuja – zaśmiał się, a w kącikach ust znów pojawiły się charakterystyczne dołeczki, od których Ola nie potrafiła oderwać oczu.

Voila ! – powiedziała, podnosząc dwa talerze z mistrzowsko zgrillowanym łososiem, przybranym w liść świeżej sałaty i polanym miodowo-ziołowym sosem. – Mam nadzieję, że nadal jesteś przekupny.

– Jesteś boginią – oświadczył.

– Boginią, która rewelacyjnie gotuje, zapomniałeś dodać – znów go zaskoczyła.

Obstawała przy pewności siebie, nie mając zielonego pojęcia, jak wykonać kolejny ruch.

W trakcie trwania kolacji zapytał ją o rodzinę, ale nie chciała się tym z nim dzielić. On także nie pozostawał w tej kwestii wylewny.

Ku swemu zdziwieniu Ola nawet przez chwilę nie wspomniała o Maksie, zresztą rozmowa o innym mężczyźnie, nawet, jeżeli był to jedynie przyjaciel, w towarzystwie faceta, którego zaprosiła na kolację, mogłaby wywołać niestosowną ciszę. Nieświadomie tego uniknęła.

– Masz ochotę na deser? – zapytała i uświadomiwszy sobie seksualne znaczenie słowa „deser” w zaistniałej sytuacji, zaczęła się donośnie śmiać. – Chciałam zapytać czy masz ochotę na lody? – ponownie eksplodowała śmiechem. – Lody z bitą śmietaną?

Teraz już obydwoje mieli niezły ubaw z seksualnych skojarzeń kilku niewinnie brzmiących wyrazów.

– Może darujmy sobie „deser” i „lody”, i „bitą śmietanę”, i napijmy się lepiej wina – zaproponował, unosząc w górę butelkę wina. – A najlepiej… – spojrzał w stronę salonowej kanapy.

– Najlepiej, co? – spytała.

– Mam pewien pomysł…

Chwycił ją za rękę zaprowadził przed sofę, a odsunąwszy stolik, który przed nią stał, postawił na nim rubinowy trunek, bezustannie ściskając delikatne palce. Poduszki z oparcia kanapowego ułożył na dywanie i poprosił, by na nich usiadła.

Początkowo pozwalała mu na przejmowanie inicjatywy, ale kiedy przysiadł się obok próbując ją pocałować, najpierw się odsunęła, a potem zerwała na równe nogi.

– Coś się stało? Zrobiłem coś źle?

– Nie, to nie ty, to ja…, widzisz…, ach…

Chciała mu powiedzieć. Chciała, by wiedział. Prawie była pewna, że zrozumiałby. Ale chyba nie nadszedł właściwy moment. Poza tym to bardzo osobiste. Czy mógłby zapewnić jej praktyczne i emocjonalne wsparcie, czy może okazałby się kompletnie obojętnym? Może powinna się przed nim obnażyć? W końcu chciała zmian, potrzebowała kogoś, kto byłby przy niej w najtrudniejszych chwilach, kto by ją wspierał i śpieszył z pomocą w codziennych obowiązkach, kiedy już nie będzie potrafiła sama dać sobie rady. Potrzebowała partnera. Dlaczego to takie trudne?

Wieczór przebiegał znakomicie, pomimo drobnych potknięć, nawet łosoś smakował wyśmienicie. Wystarczyło jednak, że sprawy zaczęły nabierać poważniejszego biegu i… powróciło SM i wspomnienie o Maksie. Nie potrafiła na zawołanie wymazać swojej pamięci. W takich chwilach żałowała, że człowiek nie jest komputerem, nie może się zrestartować i zacząć wszystkiego od czystej kartki.

– Ola! – podniósł głos, widząc ją wpatrzoną w ślepy punkt pokoju.

Oprzytomniała po chwili, zwracając wzrokiem w jego stronę.

– Będzie lepiej, jeżeli już sobie pójdziesz – zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych.

– Ola, co się dzieje? – nie dawał za wygraną, a jednocześnie nie wiedział, co w zaistniałych okolicznościach powinien zrobić.

– Widzisz, ja nawet nie wiem, jakie masz imię – próbowała znaleźć jakikolwiek powód, by opuścił jej mieszkanie.

– Kamil! Mam na imię Kamil, ale jakie ma to teraz znaczenie? Nie powiesz mi chyba, że chcesz bym sobie poszedł, bo nie znałaś mojego imienia?

– To byłoby trochę niedorzeczne – oznajmiła.

– No właśnie. W takim razie może usiądź i porozmawiaj ze mną?

– Proszę cię, nie zmuszaj mnie do czegoś, czego nie chcę i na co nie jestem gotowa. To nie jest właściwa pora na taką rozmowę. Poza tym i tak wszystko już zepsułam, co można było zepsuć tego wieczoru, więc…

Uchyliła drzwi.

– Właściwa pora? Na co?

– Na nic, proszę idź już sobie!

Zbliżył się do niej jakby chciał ją pocałować.

Była bezbronnym dzieckiem pozostawionym na środku ulicy przez patologicznych rodziców.

Zbliżył swe usta tak, że poczuła jego oddech subtelnie muskający jej drżące wargi winnym aromatem. Prawie dała ponieść się wyobraźni i dać porwać do nierealnego świata, lecz niespodziewanie odsunął się od niej, przewiesił płaszcz przez ramię i pośpiesznie wsunął czarne mokasyny.

– Czasami człowiek tęskni za całkowitą odmianą, a jednocześnie chce, by wszystko pozostało takie, jak dawniej – odparł, patrząc w głąb jej oczu, jakby próbował odnaleźć źródło niechęci, którym do niego zapałała.

– Zadzwonię jutro – odezwała się, gdy Kamil stał już na klatce schodowej.

– Przecież nawet nie masz mojego numeru – rzucił, zostawiając Olę Gruszkę w jej mieszkaniu na drugim piętrze bloku numer piętnaście.

ROZDZIAŁ 19

Krzesło stało oparte o krawędź stołu w jadalni, gdy przekroczył próg mieszkania. Właściwie specjalnie go to nie zdziwiło, nie pamiętał jednak czy on je tak zostawił, czy może zrobiła to kobieta, sprzątając wszystkie apartamenty na najwyższym piętrze. Niewątpliwy zaszczyt, którym mogli pochwalić się nieliczni, niestety, nie zawsze zaspokajał jego potrzeby. Skrupulatność na pewnym etapie życia stała się utrapieniem, ale nie był w stanie funkcjonować w inny sposób.

W świetle wieczornych wydarzeń dębowe krzesło, jakoby nie stało, nie było jednak niczym szczególnym, w każdym razie niczym, co mogłoby nieporównywalnie pogorszyć stan jego umysłu.

Zwyczajnie zignorował ten obraz, odłożył płaszcz do szafy w przedpokoju i zrzuciwszy z siebie ciężar elegancji wszedł pod prysznic. Pokładał wiarę, że woda spływająca po skórze złagodzi kolejną gorycz osobistego niepowodzenia, niestety prawie godzinna kąpiel nie pomogła uspokoić rozwrzeszczanych myśli. Niedosyt, którego powtórnie doświadczył, nie pozwalał mu spokojnie zasnąć.

Przez pierwsze dwie godziny próbował z tym walczyć, lecz gdy ten czas upłynął chwycił po swój ulubiony alkoholowy trunek, z szuflady obok łóżka wydobył dwie żółte pigułki i szklankę z grubym dnem, do której wlał zwietrzałą whiskey. Przez moment patrzył na tabletki, zastanawiając się czy powinien poddać się ich działaniu, po czym z zamkniętymi oczami włożył je sobie do ust popijając mętnym procentowym napojem. Opróżnił szklankę, pozostawiając na dnie ostatni łyk.

Leżąc w bezruchu, wyczekując, aż specyfik zacznie działać, jeszcze raz przeanalizował każdą minutę spotkania z Olą i nie dopatrzył się niczego, co potwierdziłoby jego błąd, niezależnie od tego, upragnione zbawienie nie przychodziło i nadal nie potrafił zaznać spokoju. Coraz lżejsza głowa powodowała, że sen wydawał się jeszcze bardziej odległy niż kiedykolwiek wcześniej.

Zwlókł się z łóżka na podłogę i dopiero po kilku minutach obcowania z twardym i zimnym podłożem, zaczynał odczuwać zbliżające się ukojenie. Zapewne pigułki wymieszane z alkoholem odegrały znaczącą rolę w całym procesie, jednak dopiero, gdy z drewnianego kufra pod łóżkiem jego dłonie niezdarnie wydobyły koronkowe niebieskie stringi, skradzione parę dni wcześniej z sypialni Oli Gruszki, a ich delikatność i zapach spotęgowały doznania, przyszedł spokój, którego od dawna wyczekiwał. Nie zastanowiło go nawet, dlaczego w zamku znajdował się klucz, jeżeli za każdym razem dokładnie sprawdzał, czy aby znajduje się na swoim miejscu. Zapewne poprzedniego wieczoru, gdy zaglądał do niej jeszcze przed wyjściem, musiał przez roztargnienie go tam zostawić.

Jego powieki pod ciężarem zmęczenia zaczęły się mimowolnie zamykać. Smakując każdą sekundę przytomności, wpatrywał się w sufit, zamazany ciemnością nocy.

– Może nie wszystko poszło zgodnie z planem? – szeptał, jakby pośrodku mroku ukazała mu się czyjaś postać. – Może nie, ale nareszcie poznałaś moje imię, droga Aleksandro.

Zamykając oczy szczelnie zasłonił wstyd i pełen zakamarków strach, czyniąc siebie jeszcze większym niewolnikiem.

ROZDZIAŁ 20

Całkowite niepowodzenie nastrojowego wieczoru potwierdziło tylko jej teorię, że życie to jeden długi proces męczenia się.

Rezultat spontanicznej randki?

Jeden niebieskooki przystojniak z urażoną dumą i własne, niedopieszczone ego.

Odkryła, jak bardzo przeraża ją bliskość innego faceta. Innego niż Maks i własny ojciec, przy których czuła się niewątpliwie bezpiecznie i pewna siebie. Przekonanie, że jej lęki mają podłoże psychiczne, związane głęboko nie tylko z SM, ale i z brakiem zaufania, wcale nie pomagało zapanować nad huśtawką nastrojów. W tej kwestii zdecydowanie potrzebowała wsparcia. I znowu narodziła się potrzeba bycia z kimś, bo sama nie miała pojęcia, od czego zacząć.

Po przebudzeniu moralny kac przypomniał jej wieczorny przebieg zdarzeń i z wiadomych przyczyn popłakała się. Na szczęście, kiedy odsłoniła sypialnianą roletę, słońce oślepiło twarz i dobry nastrój z poprzedniego dnia powrócił prawie natychmiast. Mocna poranna kawa stała się wyłącznie dodatkiem.

Przypływ euforii plus ogromna dawka kofeiny spowodowały, że zapragnęła zobaczyć się z Maksem. Przecież nadal był jej przyjacielem, pisał prawie codziennie, martwił się o nią, chciał wiedzieć, czy sobie radzi, czy przypadkiem nie potrzebuje pomocy, ale nie przychodził już każdego ranka, nie dzwonił, chyba, że długo nie odpisywała na wiadomości. Stał się takim przyjacielem, jakiego chciała mieć. Dlaczego zatem odczuwała jego brak za każdym razem, gdy gasło światło, wypełniając całe mieszkanie głuchym powietrzem nocy.

Podobno przyjaźń pomiędzy kobietą, a mężczyzną zdarza się wyłącznie wtedy, gdy jedno kocha drugie, a drugie kocha trzecie, więc sama nie do końca wierzyła w swe uczucia. Przecież był jeszcze Kamil. Działał na nią niebezpiecznie przyciągająco i właśnie owego przyciągania znacznie się obawiała.

„Trzeba czasami podjąć ryzyko, żeby chwycić szczęście (czyt. byka) za rogi” – pomyślała, otwierając szeroko okno.

– Szkoda, że nie byłam taka mądra kilkanaście godzin wcześniej – powiedziała cicho do siebie.

Miała ochotę schować się na jakiś czas przed całym nienormalnym światem, ale promienie wpadające przez pożółkłą firanę nie pozwalały na to.

Kartka pomarańczowej papeterii, przypięta obok lodówki do zawieszonego tam kalendarza z poprzedniego roku, przykuwała jej uwagę za każdym razem, gdy tylko znalazła się w zasięgu wzroku, przypominając zawzięcie o spotkaniu z Agnieszką, zaaranżowanym kilka dni temu przez Maksa. Kolejna nokautowana cieniem codzienności sprawa, której musiała sprostać. A przecież nie powinna się stresować, bo każde zdenerwowanie mogłoby negatywnie na nią wpłynąć, a zaczęła się już przyzwyczajać do dobrego samopoczucia. Czasem tylko wieczorami odczuwała obecność SM, poprzez ogólne zmęczenie i częste skłonności do niewyjaśnionego bliżej płaczu. Starała się stosować wszelkie zalecenia przekazane przez doktor Dorotę Zagórską, lecz codzienność doświadczała ją w różnych sytuacjach zupełnie inaczej niż planowała. Wczorajszy nieudany wieczór i dzisiejsza schadzka z Agnieszką były tego znakomitym przykładem. Jednak chwytając za telefon i potwierdzając swoje przybycie zrzuciła ze swych pleców worek wypełniony kamieniami nienawiści i uśmiechnęła się w duchu.

Zza szafy wyjęła sztalugę i ramę ze śnieżnobiałym płótnem, bo od miesiąca nic nie namalowała, nie naszkicowała nawet, nie licząc pokreślonej mapki dla Kamila.

Na podłodze rozłożyła folię ochronną i ustawiła wszystko przy niewielkim stoliku, który dawniej służył, jako biurko, kolejno układając na nim: drewnianą paletę malarską, kilkanaście rodzajów pędzli, od szerokich do gruntowania, poprzez okrągłe do zupełnie cienkich z długim włosiem, dwunastokolorowy komplet farb olejnych, dodatkowo pojemnik z białą i czarną farbą, wiedząc, że najszybciej się kończą, butelkę z terpentyną i drugą z olejkiem lnianym do rozcieńczania farb. Prócz tego metalowe naczynie z benzyną lakową do czyszczenia pędzli. Sama wsunęła stare, niejednokrotnie poplamione farbą dżinsy i bawełnianą równie intensywnie zabrudzoną kremową bluzkę z prawie niewidocznym napisem: „Nie przeszkadzać”.

Pomimo doskonałej bieli płótna, chwyciła najszerszy pędzel i zagruntowała całą jego powierzchnię używając specjalnej farby. Doświadczenie i popełnione w przeszłości błędy nauczyły ją prawidłowego posługiwania się swoją wiedzą. Nie wierzyła nigdy, że zostanie wielką artystką, której dzieła będą wystawiane w największych galeriach świata, ale nie chciała też, by za jakiś czas farba na jej obrazach pękała. Podobno Rembrandt używał różnych gatunków oleju lnianego i podgrzewał go do sześćdziesięciu stopni, aby zmienić elastyczność farby i wytrzymałość koloru. Ola jednak nie traktowała malarstwa, jako formy swego życia, było to dla niej coś, co odciągało ją na jakiś czas od realnie brutalnego środowiska i pozwalało wyłączyć się na rzeczywistość. Nikomu nie pozwalała wejść do swego królestwa. Wyłączała telefon i dawała ponieść się artystycznym emocjom.

Upojona smakiem zaparzonej czarnej kawy odczekała, aż farba gruntująca wyschnie, tworząc jednolitą strukturę. Po czterdziestu minutach na przygotowanym podłożu naszkicowała nagą kobietę zakutą w łańcuchy przymocowane do kamiennej ściany, na paletę nałożyła kilka kolorów i wymieszała je ze sobą, otrzymując niebiesko-szarą barwę tła obrazu.

Po raz pierwszy zerwała z tradycyjną już Dianą Krall i zastąpiła ją koncertowym Stingiem, a piosenka „Message in a bottle” zagłuszyła głośne pukanie do drzwi. Ktoś koniecznie chciał się z nią zobaczyć.

ROZDZIAŁ 21

Po każdej wizycie w gabinecie ordynatora, doktor Dorota Zagórska odczuwała niekończące się dudnienie w uszach i długo nie potrafiła nad nim zapanować. Czasami zastanawiało ją, dlaczego profesor Zbigniew Preiss wpada w niekontrolowaną wściekłość za każdym razem, gdy ją widzi. Nigdy nie uległa sztucznej presji, którą próbował w niej wywołać, ale nieskończenie toczył swą grę, by cały szpital słyszał, jak ważną stał się osobistością na zajmowanym stanowisku i jak wiele za każdym razem ma do zakwestionowania. Wszelako żadnym stawianym argumentom nie był w stanie przedstawić racjonalnie brzmiącego sprzeciwu, dlatego i tym razem triumfowała. Poniekąd ich rozmowy miały podłoże zawodowe, lecz wchodząc do ogarniętego pochmurnym zimnem pokoju, odnosiła wrażenie, że profesor Preiss traktuje ją w sposób szczególny nawet, kiedy tak, jak dziś rano wrzeszczał w niebogłosy. Liczyło się, że pierwsza część jej planu się powiodła. Była z siebie zadowolona.

Teraz, stojąc przed niebieskimi drzwiami na drugim piętrze bloku numer piętnaście, wsłuchiwała się w muzykę dochodzącą z mieszkania Oli Gruszki, która odbijała się echem o betonowe ściany klatki schodowej.

W pewnej chwili odniosła wrażenie, że spomiędzy balustrady, piętro wyżej, ktoś ją obserwuje. Gdy ucichła muzyka, osoba się poruszyła. Wychylając się, zauważyła zarys postaci w cieniu rzuconym na ścianę. Zdecydowanie był to mężczyzna. Poczuła chłód przeszywający jej zziębnięte od pogodowych anomalii ciało i w tym samym momencie mężczyzna ruszył w dół. Eliptycznie zatoczył się na pół piętrze i tracąc równowagę upadł wprost obok niej.

Nie wiedziała, czy powinna się śmiać, czy uciekać? Z jakiego powodu, mężczyzna ją obserwował? I wtedy zdała sobie sprawę, że wcale nie patrzył na nią, tylko na drzwi do mieszkania Oli. Odruchowo nacisnęła na dzwonek i po kilku sekundach w wejściu pojawiła się Ola z twarzą zapaćkaną farbą i pędzlem w prawej dłoni.

– Kamil? – zapytała zdziwiona, jakby w ogóle nie zauważyła doktor Zagórskiej. – Co ty tu robisz?!

Była wyraźnie zaskoczona.

– Olu, znasz tego mężczyznę?

Mężczyzna pozbierał się niezdarnie z lastrykowej posadzki, popatrzył przez chwilę na Olę, potem jeszcze na doktor Dorotę. Twarz miał podrapaną od upadku.

– Ja… ja…, przepraszam… – wybełkotał niewyraźnie i odpychając się od balustrady, zbiegł po schodach niczym spłoszone zwierzę, pozostawiając za sobą, wraz z potężnym hukiem metalowych drzwi klatki schodowej, łomot uderzanych o betonową powierzchnię mokasynów.

– Znasz tego faceta? – powtórzyła.

– Wejdźmy lepiej do środka, nim sąsiedzi się zlecą – sprytnie uniknęła odpowiedzi na zadane przez nową przyjaciółkę pytanie, wpatrując się jeszcze przez chwilę w opanowany echowymi dźwiękami korytarz.

– Jakiś dziwny typ – zauważyła doktor Zagórska, rozsiadając się w pokrytym fioletową tkaniną fotelu.

– Znajomy z dawnych lat – Ola próbowała urwać temat i wyszła do łazienki, by obmyć twarz z zaschniętej farby.

– Nie wzbudza zaufania. Wręcz przestraszył mnie śmiertelnie.

– Możemy o nim nie rozmawiać? – poprosiła, lecz szum obijającej się o ścianki umywalki wody zagłuszył wypowiedziane słowa i nie dotarły do odbiorcy.

– Znałam kiedyś podobnego chłopaka, gdy miałam trochę mniej lat. Był tak samo diabelsko przystojny i równie niebezpieczny – dodała. – Ale na mnie zawsze działali tylko tacy faceci, którzy albo byli nieudacznikami, albo mieli zło w oczach. Nigdy nie potrafiłam oprzeć się pokusie.

Ola właśnie weszła do salonu osuszając twarz białym ręcznikiem, na którym pozostawiona farba utworzyła abstrakcyjny obraz.

– Mówiłaś coś? – zapytała wytrząsając resztki wody z małżowiny usznej.

– A nic ciekawego. Ty nawet myjąc twarz potrafisz stworzyć dzieło sztuki – zauważyła.

– Co masz na myśli?

– Spójrz na ręcznik. Pewnie kiedyś był biały, co?

– To ta nowa farba. Czułam, że kupując coś w takiej cenie, nie można spodziewać się cudów.

– Lepiej się w lustrze przejrzyj, bo chyba potrzebny będzie ci rozpuszczalnik.

Ola w pospiechu rzuciła okiem na swoją twarz w wielkim lustrze w przedpokoju i zniknęła za przeszklonymi drzwiami łazienki. Od czubka jej nosa, poprzez lewy policzek i część podbródka przechodziła, nakreślona zieloną barwą znacznych rozmiarów linia, podkreślająca wcześniejszą pracę twórczą. Szorstką gąbką zapienioną płynem do naczyń próbowała bezskutecznie pozbyć się „skazy”, lecz udało się jej usunąć wyłącznie niewielki obszar z brody i kawałka nosa, które niestety, choć nie rzucały się już tak mocno w oczy, nadal były widoczne. Potrzebowała czegoś ostrzejszego. Zagórska miała rację. Najlepszym środkiem będzie rozpuszczalnik. Niemniej jednak pamiętała negatywne działanie tego specyfiku z poprzedniego razu i późniejszy wygląd jej skóry. Obiecała sobie, że już nigdy nie doprowadzi swojej delikatnej cery do tak intensywnego stanu przebarwienia i wyprysków powstałych na skutek podrażnienia łatwopalnym produktem. „Przecież farba kiedyś w końcu sama zejdzie” – pomyślała. Nie. Przecież nie może pokazywać się w takim stanie ludziom na ulicy. A Kamil? Przecież był dziś pod jej drzwiami. Co prawda w dość dziwny sposób się zachował, ale gdyby jeszcze odwiedził ją tego wieczoru, nie powinna pokazać mu się z pomalowaną twarzą. A może właśnie ten widok, który straszy w odbiciu łazienkowego lustra, tak zdekoncentrował biedaka?

– Olu?! Czy wszystko w porządku? Nic ci nie jest? – nawoływała doktor Dorota z salonowego fotela.

– Wszystko pod kontrolą, Dorotko!

Gówno prawda! Nic nie było pod kontrolą!

Pomalowana twarz. Obrażony mężczyzna, z którym powinna spędzić wczoraj noc i obudzić się dziś rano szczęśliwa u jego boku, a tymczasem, jak zwykle sama, w pustym pokoju układała własne, nieogarnięte myśli. I Maks, przyjaciel, dla którego na własną prośbę, z dnia na dzień przestała być najważniejszą osobą na ziemi. Upadek. Droga, którą próbowała iść prowadziła ją na skraj przepaści.

Nachyliła głowę i podniosła ponownie, odgarniając dłońmi swe włosy. Odbicie w lustrze nie dawało jej spokoju. Sięgnęła do szafki pod zlewozmywakiem i zza pudełka z proszkiem do prania wyjęła półlitrową szklaną butelkę.

– Benzyna ekstrakcyjna – przeczytała na głos. – Tego jeszcze nie próbowałam – powiedziała do samej siebie. – Przecież nie jest tak szkodliwa, jak rozpuszczalnik. Nie zaszkodzi spróbować.

Nawinęła spory kawałek papieru toaletowego na rękę i polała go specyfikiem, którego zapach natychmiast wypełnił całe pomieszczenie. Ją samą na moment odrzuciło, ale chęć pozbycia się zieleni ze swojego policzka, nosa i części podbródka spowodowała, że po chwili nasączony benzyną papier przemywał skórę jej twarzy. Nie, żeby nie lubiła zielonego koloru, jednak wolała cieszyć się nim zupełnie gdzie indziej. Co dziwne, farba schodziła rewelacyjnie, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Nawet zapach benzyny prawie nie był odczuwalny, ale nie była pewna, czy aby na pewno, czy tylko się do niego przyzwyczaiła.

Wyglądała pięknie. Później namydliła jeszcze dokładnie twarz dwa razy i spłukała obfita ilością wody. Na sam koniec nałożyła sporą ilość kremu nawilżającego, by dokładnie odżywić wysuszoną cerę.

Kiedy przejrzała się w lustrze po raz kolejny, obraz przed oczami zamazał jej odbicie. Zamrugała kilka razy i przetarła je dłońmi, ale nie podziałało, a zarys sylwetki z każdą sekundą stawał się bardziej zamglony, w dodatku tracił kolory. Usiadła na brzegu wanny i pochylając głowę zamknęła oczy, w nadziei, że wdychane opary benzyny ekstrakcyjnej spowodowały chwilowe niedotlenienie mózgu, a gdy tylko je otworzy, wszystko wróci do normy. Trwała tak przez jakiś czas, po czym na ślepo złapała się zlewozmywaka i stanęła przed lustrem. Nie ujrzała jednak ostrych rysów swego ciała. Powoli zaczynała tracić wzrok.

– Dorrotaa… – ledwie wykrztusiła, chwytając po omacku za klamkę łazienkowych drzwi. – Dorota…, Dorota…, Doro… – język jakby ugrzązł jej w gardle, lecz nadal cichym nawoływaniem bezskutecznie próbowała przekrzyczeć odbiornik telewizyjny. Po chwili nie mogła już złapać oddechu, a serce waliło jak opętane, pragnąc wyskoczyć z piersi. Złapała dwa głębokie oddechy, mając nadzieję, że choć na minutę pozwoli to zapanować nad własnym ciałem. Kiedy wypuściła powietrze za drugim razem poczuła przeszywający ból w mięśniach nóg. Upadła i nie potrafiła się już podnieść. Była bezbronna, a świat dookoła niej kreował czarno – biały zamazany obraz.

***

Doktor Dorota wtapiała swój wzrok w parę obściskujących się w serialowej scenie małolatów i żałowała, że nie może być na ich miejscu. Mogłaby bardziej wykorzystać życie. Nigdy nie zmieniłaby niczego w swoim i pomimo wielu popełnionych błędów oraz nietrafnych decyzji potrafiła cieszyć się światłem poranka i ciemnością nocy, tylko, że zawsze na widok szczęśliwych zakochanych ciepło wypełniało jej wnętrze, nawet, jeżeli miłość działa się wyłącznie na ekranie monitora. Wyłączyła się na ten moment. Chciała być w tamtym świecie i zamiast tamtej dziewczyny znajdować się w objęciach chłopaka z ekranu. Ale przecież nie celem jej wizyty było fantazjowanie o nieosiągalnym celu.

„Zejdź na ziemię! Kobieto!” – wrzeszczało w jej głowie.

Podeszła bliżej odbiornika i wnikliwie spoglądała na dłonie młodego kochanka, błądzące intensywnie po orbitach cielesnych równie młodej, a zarazem przepięknej dziewczyny.

Poruszyła się i szelest folii ochronnej, rozłożonej wcześniej przez Olę zakłócił westchnienia serialowych zakochanych. Odwróciła się od ekranu dopiero wtedy, gdy miłosne zabiegi przerwał blok reklamowy.

– Cholera by to wzięła. Człowiek nie może nawet sobie jednej sceny spokojnie obejrzeć, bo już mu wciskają proszek do prania w rewelacyjnie promocyjnej cenie – powiedziała zwyczajnie wzburzona. – Przecież każdy zdrowy na umyśle człowiek nie potrzebuje informacji na temat produktów jednego producenta, które są zawsze znacznie lepsze niż drugiego. Potrzebuję proszek? Idę do sklepu i kupuję, sprawdzam go sama, albo pytam ekspedientkę o radę. Nigdy jeszcze nie wybrałam proszku po obejrzeniu super reklamy z Zygmuntem Chajzerem w roli głównej. Nawet faceta lubię, bo przyjemny i strasznie przystojny jak na swój wiek, ale żeby od razu proszek kupować, bo pojawił się w reklamie? Nie. Zdecydowanie telewizja mi nie służy. A ty kupiłabyś proszek, bo ci go znana postać proponuje? – zapytała na koniec swego wywodu.

Nie otrzymała odpowiedzi.

– Ola?! – prawie krzyknęła zaniepokojona głębokim milczeniem, a panująca nadal głucha cisza tylko wzmogła jej obawy.

W końcu ją zobaczyła. Pomiędzy stołem kuchennym, a jednym z krzeseł.

– O Boże!

Podbiegła do dziewczyny.

– Nic nie widzę – wyszeptała Ola. – Ja nic nie widzę.

Doktor Dorota Zagórska chwyciła telefon. Ola jak najszybciej musiała znaleźć się w rękach szpitalnych specjalistów.

ROZDZIAŁ 22

Maks pośpiesznie przeszedł przez szpitalny korytarz, minął przedsionek poczekalni i dotarł do drzwi oddziału neurologicznego. Zdziwił go spokój, panujący w całym budynku. Przecież jeszcze przed chwilą czerwony Peugeot doktor Doroty Zagórskiej pędził przez ulice miasta przecinając nieprzepisowo każde skrzyżowanie, by możliwie jak najszybciej dotrzeć z Olą do szpitala. Do jego uszu dochodziły tylko dyskretne rozmowy z pokoju dla pielęgniarek, niosące się nieczytelnym echem przez opustoszały korytarz.

Szarpnął za drzwi prowadzące na oddział, lecz te ani nie myślały zaprosić go do środka. Wokół nie było nikogo, kto mógłby cokolwiek mu wytłumaczyć, a telefoniczna, nerwowa rozmowa sprzed kilku minut z doktor Dorotą Zagórską niewiele wyjaśniała, poza tym, że z Olą nie jest najlepiej.

Bezsilność go zabijała. Bezsilność i brak jakichkolwiek informacji. Wściekał się na samego siebie. Nie powinien był pozwolić Oli na odizolowanie się od wcześniejszego życia, nawet, jeżeli tego właśnie pragnęła. Ściana płaczu przeszła przez jego kości policzkowe, ale nie uronił nawet kropli łzy.

„Gdy ją w końcu zobaczy, musi być twardy. Nie może pozwolić, by wyczytała z jego oczu strach, a co najgorsze – smutek” – pomyślał.

Przysiadł na drewnianym krześle przy ścianie i schował twarz za odwieczną maską dłoni, rozmyślając, co jeszcze zrobił źle. Jak uniknąć ponownych błędów, by już więcej nie czuć się tak prowizorycznie.

Minęło kilka minut i próbując opanować swe umęczone myśli, podniósł się. Wtedy jakby spod ziemi, wyłonił się postawny mężczyzna w białym lekarskim fartuchu i stanął na wprost niego.

– Ty jesteś przyjacielem Oli, prawda? – zapytał.

– Ta…aak – wykrztusił zaskoczony Maks – Doktorze, czy ona…

– Spokojnie, nie jestem lekarzem – przerwał mu nieznajomy i chyba nawet jakby się uśmiechnął w jego stronę.

– W takim razie kim pan jest?

– Mam na imię Kamil. Jakby to powiedzieć? Jestem chłopakiem Oli – skłamał.

– Chłopakiem? Ola ma chłopaka?

„A więc ślepy traf okazał się strzałem w dziesiątkę? Kiedy widziałem ich razem, wyglądali, jakby byli parą. Z drugiej zaś strony, czy Ola mogłaby prowadzać się z kimś, kto zupełnie nie ma gustu, w dodatku ciało spasione, jak u jakiegoś dorodnego knura?” – Kamil zamyślił się przez moment i poczuł nieodkrytą nigdy wcześniej słodycz zadowolenia.

– Widzisz, nie chcieliśmy ci mówić. Znamy się już od dawna i kilka dni temu ponownie coś zaiskrzyło. Wiesz, jak jest? Stara miłość nie rdzewieje – próbował być zabawny, choć w zaistniałej sytuacji nawet najlepszy dowcip na świecie, nie wywołałby jednej nutki uśmiechu na grobowo zasadniczej twarzy Maksa. – Właśnie miałem wejść się z nią zobaczyć – ruchem ręki wskazał na napis nad drzwiami. „Neurologia”.

– Zamknięte. Drzwi na oddział są zamknięte.

– Widziałeś ją? Jak się czuje?

– Drzwi na oddział są zamknięte – pochmurnie się powtórzył.

Nie przemawiał do niego nowy znajomy Oli. Nie wzbudzał zaufania.

– Ty mnie chyba nie lubisz, co?

Maks spojrzał na niego mętnym wzrokiem i nic nie powiedział. Nowy i od pierwszej chwili niechciany znajomy, czytał w jego myślach.

– Nie będę ci dłużej przeszkadzał. Postaram się czegoś dowiedzieć i dam ci znać, jeżeli nadal będziesz tu siedział. Jakby coś się działo, będę kręcił się po szpitalu – dodał na sam koniec i nie oczekując odpowiedzi pomaszerował wojskowym krokiem wzdłuż korytarza.

Gdy zniknął za rogiem, z oddziału neurologicznego wynurzyła się doktor Dorota Zagórska w rozpiętym kitlu i ogólnym nieładzie. Przeszła obok Maksa, jakby go zupełnie nie zauważyła.

– Pani Doroto… – poderwał się z krzesła.

– O, pan Maksymilian.

– Co z Olą? Czy to…?

– Panie Maksymilianie – przerwała mu, unikając zbędnych pytań. – U Oli najprawdopodobniej wystąpiło zaatakowanie nerwu wzrokowego, dodatkowo pojawiły się objawy, jak za pierwszym razem…

– Za pierwszym razem? Czyli to stwardnienie rozsiane, pani doktor?!

– Nie jesteśmy pewni, ale najprawdopodobniej to kolejny rzut – z ciężkim bólem serca wypowiadała ostatnie wyrazy. – Obawiam się, że pojawiły się nowe ogniska zapalne.

– Co teraz będzie?

– Podaliśmy sterydy. Musimy czekać.

– Czekać?! Na co?! Przecież tutaj trzeba działać! Nie możemy czekać! Sama pani mówiła, że…

– Wiem, co mówiłam, ale istnieje większy problem.

– Jaki problem? Może być jeszcze coś gorszego?

– W chwili obecnej Ola ma zawężony wzrok. Widzi jedynie zarysy postaci w czarno-białym kolorze, w dodatku, jak wspomniałam wcześniej powróciły objawy z poprzedniego razu, pojawiło się drętwienie twarzy i ból w nogach.

– Ale da się to jakoś podleczyć, znaczy się, Ola odzyska wzrok i będzie mogła normalnie chodzić po tych sterydach, tak?!

Jego oczy przeszyło przerażenie. Już nie chciał znać odpowiedzi w tej kwestii. Niemniej wyraz twarzy doktor Zagórskiej przemawiał bardziej wyraźnie niż jakakolwiek wypowiedź.

– Robimy, co w naszej mocy, żeby się udało. Ola już prawie została włączona do programu leczenia interferonem beta-1b, od przyszłego tygodnia miałaby zacząć też pracę w tym szpitalu, abyśmy mieli ją cały czas pod stałą opieką…

– To o tym planie rozmawialiśmy parę dni temu? – przerwał jej na chwilę.

– Tak, właściwie tak. Potrzebowałam trochę czasu, żeby ubłagać ordynatora. W końcu się udało…

Wzięła głęboki haust szpitalnego powietrza.

– W takim razie gdzie jest problem, o którym pani wspomniała?

– Problemu jeszcze nie ma i mam nadzieję, że się w ogóle nie pojawi.

– A co oznacza termin, że Ola prawie, z naciskiem na „prawie”, została włączona do programu leczenia? Czy jest coś, o czym mi pani nie mówi, czy też nie może powiedzieć?

– Jeżeli wszystkie funkcje sprawnościowo-życiowe pacjentki wrócą do normy, rozpoczniemy leczenie interferonem i będziemy mogli mieć ją pod stałą opieką, tym bardziej, że prócz pracy w recepcji, co drugi dzień będzie musiała pojawić się w szpitalu, żeby otrzymać zastrzyk. W każdym razie na początku leczenia, bo po jakimś czasie powinna stać się samodzielna.

– Funkcje sprawnościowo-życiowe pacjentki?! – wyraźnie podkreślił słowo „pacjentka”.

– Jeżeli jednak cokolwiek – nie zareagowała na jego wzburzenie – poszłoby nie po naszej optymistycznej myśli…

Nie potrafiła dokończyć. Nie musiała. Maks doskonale dopowiedział sobie całą resztę.

– Znaczy się, że jeśli Ola nie odzyska wzroku będzie musiała radzić sobie sama?

– To nie jest takie proste, panie Maksymilianie. Gdyby to ode mnie zależało…

– A nie zależy?! Mnie się jednak wydaje, że to jest bardzo proste! W taki sposób działa nasza służba zdrowia! Jak trzeba trochę się postarać, umywacie ręce! Naprawdę myślałem, że pani jest inna niż wszyscy lekarze, że można pani zaufać!

– Panie Maksymilianie, ja naprawdę traktuję przypadek Oli zupełnie inaczej, niech mi pan wierzy…

– Wierzyć?! Za jakiś czas powie mi pani, że mam się modlić, bo tylko to mi pozostało?! A może w tym szpitalu nie ma prawidłowo wyszkolonego personelu?!

– Nie musi pan nikomu ubliżać.

– Nikomu nie ubliżam, daleko mi do tego – zniżył ton głosu o kilka decybeli. – Jeżeli się mylę, to nikogo przecież nie powinienem obrazić, tak?!

Doktor Zagórska nie odpowiedziała. Wiedziała, że przekonywanie Maksa, że służba zdrowia istnieje dla pacjenta i nigdy nie działa na jego niekorzyść, właśnie teraz, gdy Ola znajdowała się ponownie w szpitalu, było bezcelowe.

Krzyki Maksa roznosiły się po całym szpitalu i nie sposób było nie zwrócić uwagi na potężnie wyglądającego mężczyznę w kraciastej koszuli i niebieskich przybrudzonych dżinsach. Na korytarz z pomieszczenia socjalnego wyszły dwie pielęgniarki i sanitariuszki, które jeszcze przed sekundą popijały herbatę, delektując się słodyczą biszkoptowego jabłecznika z cukierni za rogiem.

Z powszechną ludzką ciekawością, z drugiego końca korytarza wszystkiemu przyglądał się Kamil. Zauważył przy okazji kobietę w białym lekarskim fartuchu i zdał sobie sprawę, że to ta sama osoba, którą widział na klatce schodowej bloku numer piętnaście, i która później z Olą mknęła czerwonym Peugeotem szosami miasta. Lekarz?

Gdyby wtedy nie próbował dostać się do mieszkania Oli, waląc w drzwi niczym opętany, gdyby nie spłoszył się, uciekając na półpiętro, mógłby teraz podejść i dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się jego ukochanej Aleksandrze. Tymczasem był zmuszony ukrywać się za żeńską grupą personelu szpitalnego, by nie zostać rozpoznanym przez kobietę w rozpiętym fartuchu. O ile prostsze byłoby życie, gdyby człowiek nie popełniał w kółko tych samych błędów.

– Co ten facet się tak awanturuje? – zapytał niepostrzeżenie.

– Panie – odezwała się jedna z sanitariuszek w podeszłym wieku. – Żona mu panie zachorowała, a to taka młoda kobieta.

– Żona? – zdziwił się.

– No tak gadają, panie. Była tu niedawno, biedaczka. On panie codziennie przychodził, jedzenie przynosił, owoce. Bogu ducha winna. Takie nieszczęście.

– A co jej właściwie dolega?

– Panie, stwardnienia rozsianego wykryli, ogniska zapalne w mózgu znaleźli, że panie, szkoda gadać.

– To ona drugi raz już tutaj jest?

– Kochaniutki. Za pierwszym razem testy porobili, bo twarz jej drętwiała i chodzić nie mogła, a teraz na oczy jej padło.

– To znaczy, że jest niewidoma?

– Gdzie tam, panie. Widzi, tyle, że w czarnym i białym, w dodatku nie wszystko, jakieś zamazane ludziska tylko przed oczami się pojawiają. Nie rozpoznałaby nawet Ojca Świętego, gdyby z martwych wstał i stanął obok niej.

– Co dalej z nią będzie?

– Tego nikt panu nie powie. Taka choroba. Czekać trzeba. Sterydami ją nakarmili, więc pewnie chodzić zacznie, ale co z resztą? Bóg Przenajświętszy może tylko wiedzieć. A pan ma tu kogoś?

– Co? Ja?

– Ano pan. Ktoś z rodziny? Narzeczona?

– Ach, nie, nie. Kolegę na badania przywiozłem tylko. Wracam za chwilę, tylko jeszcze popatrzę… – powiedział zwyczajnie, po czym przyciszył głos, odsuwając się od grupy kobiet:

-Jak człowiek nisko potrafi upaść – wyszeptał sam do siebie.

ROZDZIAŁ 23

Wchodząc po schodach na ostatnie piętro, czteropiętrowego budynku, Maks przystawał co jakiś czas, by uspakajać mimowolnie wzbierającą w nim złość. Nie chciał skumulowanego gniewu rozładować na Agnieszce, a był przekonany, że jeśli w porę nad sobą nie zapanuje, tak właśnie się stanie. Przekonany, że nie powinien na szpitalnym korytarzu wszczynać awantury z doktor Dorotą Zagórską, przestąpił pięć stopni i przystanął na półpiętrze. Stąd z okna rozciągał się widok na supermarket i wysoką brzozę, wrastającą korzeniem w kawałek chodnika.

Drzewo kołysane na wietrze wydawało kojący dla jego uszu dźwięk, porównywalny z szumem fal na wzburzonym morzu. Zamknął oczy i przez moment wydawało mu się, że nawet czuje zapach słonej wody. Pamiętał go doskonale z dzieciństwa. To było coś, co uspakajało wewnętrznie często umęczone myśli i powodowało, że choć na krótko chciał się znów poczuć, jak pięcioletnie dziecko z plastikową łopatką i wiaderkiem plażowego piasku.

Dawniej z Olą chowali się przed słońcem pod tym drzewem i wsłuchując się w szelest liści, popijali czerwone, wytrawne wino prosto z butelki, owiniętej ciemnym śniadaniowym papierem. A milczenie wydawało im się znaczniej wymowne, niż niektóre rozmowy i uwagi mijających ich przechodniów.

Wszedł na kolejne półpiętro. Od drzwi do mieszkania dzieliło go jedynie kilka stopni, ale nie był jeszcze gotowy. Nadal pokłady gniewu rządziły jego układem nerwowym.

Rękawem kurtki przetarł zaparowaną od swego oddechu szybę i wtedy spostrzegł mężczyznę wysiadającego ze srebrnego Volvo. Jeszcze raz przetarł szybę, tym razem dokładniej, by mieć pewność, że wzrok go nie zawodzi. Pomyłka była niemożliwa. Facet, który zaczepił go na szpitalnym korytarzu, podając się za chłopaka Oli, wchodził właśnie do tego samego budynku, w którym Maks się aktualnie znajdował.

„Bezczelność nie zna granic” – pomyślał, słysząc jak Kamil szybkimi krokami wspina się na górę. Wychylił się za balustradę, ale nie dostrzegł jego postaci, tylko zarzucane na zakrętach poły czarnego płaszcza.

Pierwsze piętro…

Drugie…

Na drugim Kamil zatrzymał się, by złapać oddech, po czym ruszył znów, jakby ze zdwojoną siłą, sprawniejszy i mniej wyczerpany niż przed chwilą.

Trzecie piętro…

– Dokąd Ci tak śpieszno? – zapytał Maks zatrzymując go tym samym na trzecim piętrze.

– Zauważyłem cię w oknie i chciałem zamienić z tobą kilka słów – powiedział pełnym zdecydowania i determinacji tonem.

– A skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? – zapytał oskarżająco.

Maks nadal stał pół piętra wyżej niż Kamil i odnosił wrażenie, że ma to wpływ na sytuację. Czuł się niewątpliwie bardziej pewny siebie i mógł skrupulatniej odczytywać każde posunięcie „nieprzyjaciela”. To była wojna na jego terenie i miał obowiązek tę wojnę wygrać.

– Zwyczajnie cię śledziłem – odpowiedział bez zająknięcia.

– Śledziłeś mnie?!

– Spokojnie. To nie dokładnie tak, jak ci się wydaje.

– Stary, śledziłeś mnie, zamiast zwyczajnie zapytać. I ja mam być spokojny?!

– Wierz mi, że chciałem, ale zrobiłeś tam takie zamieszanie, że musiałem się ewakuować, zanim wkroczyli pielęgniarze, żeby cię wyprowadzić. Nie miałem ochoty być częścią twojego przedstawienia.

Przesunął się w kierunku Kamila, który odruchowo zrobił krok w tył. Maks zaśmiał się w duchu i spytał obojętnie:

– Czego chcesz?

– Już mówiłem, pogadać.

– Chyba nie mamy o czym.

– A Ola? – zachwiany, niepewny głos ugrzązł Kamilowi w gardle.

– Ola jest w szpitalu – westchnął.

Odwrócił się w stronę okna i szumu liści majestatycznej brzozy.

– Wiem, że jest w szpitalu. Byłem tam, pamiętasz? – zdobył się na odwagę, wspinając się kilka stopni wyżej. Maks nawet tego nie zauważył, tylko bez końca wpatrywał się w konary drzewa.

– Czy zdiagnozowano u niej stwardnienie rozsiane?

– Przecież to ty jesteś jej facetem. Powinieneś doskonale o tym wiedzieć.

– Widzieliśmy się zaledwie dwa, albo trzy razy. Niczego mi nie powiedziała, przysięgam. Nic nie wiedziałem – zapewnił.

Po raz pierwszy, odkąd znów zobaczył Olę na ulicy, był wobec siebie i otoczenia uczciwy. Jednocześnie próbował wykorzystać chwilową słabość Maksa i dowiedzieć się możliwie jak najwięcej na temat Oli i SM.

– Możesz mnie nie lubić, ale Ola chyba znaczy dla ciebie o wiele więcej niż głupia niechęć do jej nowego faceta.

Maks odwrócił się ponownie w jego stronę. Wymienili spojrzenia.

– To jak będzie? – zapytał Kamil wspinając się powoli i subtelnie na czwarte półpiętro.

– Co proponujesz?

– Może weszlibyśmy najpierw do twojego mieszkania. Chyba nie chcesz rozmawiać przy sąsiadach? Choć niewątpliwie już nas usłyszeli.

Nie ruszyli się z miejsca jeszcze przez jakiś czas, trwając w bezczynnej ciszy i gapiąc się jeden na drugiego.

– Powiesz coś, czy będziemy tak stać?

Maks odsunął się od okna, złapał poręcz i począł wciągać swe ogromne stukilogramowe ciało na ostanie stopnie klatki schodowej. Gdy był na samym szczycie, odwrócił się w kierunku przyglądającego się mu Kamila.

– Wskakuj na górę – rzucił. – Agnieszka dziś rano wspominała, że upiecze ciasto. Może załapiemy się na kawałek szarlotki.

ROZDZIAŁ 24

– Przyjemniaczek z tego Kamila – zauważyła Agnieszka, spoglądając na Maksa siedzącego na skórzanej kanapie i ponuro wbijającego wzrok w widok za oknem.

Dopiero, co „nieproszony gość” opuścił ich mieszkanie, a nutka sympatii, którą Maks zaczynał darzyć go po rozmowie na klatce schodowej, przerodziła się w całą symfonię gniewu i nienawiści do tego człowieka.

– Co w nim takiego przyjemnego? – odburknął.

Agnieszka wiedziała, że nie powinna była zaczynać tej rozmowy, a już na pewno nie powinna jej kontynuować, lecz od jakiegoś czasu na ich spokojnym oceanie uczuć pojawiły się chmury, ogłaszające zbliżający się sztorm.

– Przecież miły był i taki, taki…

Brnęła w dziurawej tratwie bez koła ratunkowego prosto na wzburzoną fale.

– Co on sobie w ogóle wyobraża?! – przerwał jej wywód, jakby tak naprawdę wcale nie słuchał, co ma do powiedzenia.

„Zaczęło się” – pomyślała w chwili, gdy skończył zadawać pytanie.

– Myślałam, że go lubisz? – zaryzykowała.

– Lubię?! Skarbie, proszę cię… On wyzwala we mnie takie pokłady złości, że… Cholera jasna! – walnął zaciśniętą pięścią w boczne oparcie kanapy, ale nawet na moment nie rozładowało to skumulowanego w nim napięcia.

– Skąd w tobie taka wrogość. Zupełnie cię nie poznaję. Jeszcze niecały kwadrans temu częstowałeś go szarlotką, a teraz jakby jakiś demon w ciebie wstąpił – podniosła głos, czego od dłuższego czasu starała się unikać, z oszałamiającym zresztą skutkiem.

– A ty słyszałaś, co on chce zrobić? Słyszałaś?

– Według mnie to niezły pomysł.

– Niezły pomysł? Kobieto, czy ty się słyszysz?! Jeżeli tak, to chyba sama nie wiesz, o czym mówisz! Byłaś tutaj, gdy opowiadał o tym „cudotwórcy”, czy może odpłynęłaś razem z nim do świata fantazji?!

– Nie musisz się na mnie wyżywać, a już na pewno nie będę tolerowała poniżania mnie w taki sposób! Chyba się trochę zapominasz, mój drogi! – Zaatakowała go, co sprawiło, że ton głosu Maksa natychmiast złagodniał, jakby otrząsnął się na ułamek sekundy z szaleńczego pędu nienawiści.

– Przepraszam kochana, nie chciałem być niemiły, ale ten facet działa mi na nerwy, a ty go w dodatku bronisz.

– Wcale go nie bronię, tylko myślę, że w obecnej sytuacji warto wszystkiego spróbować, czy chociaż zastanowić się nad istniejącymi opcjami.

– Znasz Olę i powinnaś wiedzieć, jak ona na to zareaguje, a ten kretyn chce, żebym pomógł mu ją do tej farsy przekonać.

– Zgodziłeś się. O ile dobrze pamiętam?

– Nie zgodziłem się, tylko powiedziałem, że muszę się nad tym zastanowić.

– To tak, jakbyś się zgodził. Poza tym do wieczora masz mu dać odpowiedź i mocno jestem przekonana, że nie dasz rady wymyślić żadnej sensownej wymówki. W dodatku cały czas byłeś dla niego nad wyraz miły, dopiero, kiedy zatrzasnął za sobą drzwi, wpadłeś w furię.

– Nie ufam mu – powiedział krótko i bez wyrazu.

– I dlatego nadskakiwałeś mu przez całe dwie godziny?

– Przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów… I tak dalej. I tak dalej.

– Maks, jakim on jest dla ciebie wrogiem? Chce pomóc i tyle. Dobra. Może ma nijakie pojęcie o SM, ale za to forsy jak lodu, a ta z kolei w przyszłości może przydać się na leczenie i rehabilitację.

– W przyszłości?

– Z tego, co mówił wynikało, że zależy mu na Oli i chciałby spędzić z nią resztę życia.

– Nie wierzę. Przecież on jej wcale nie zna. Dla niego to zapewne coś nowego, może kolejna miłosna przygoda, a ty już widzisz ich razem na ślubnym kobiercu.

– A dlaczego nie? Poznali się dawno temu. Może rzeczywiście ich pierwsze zbliżenie nie było najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale chłopak od tamtego czasu się w niej podkochuje. Szukał jej, aż w końcu znalazł. Czy nie wydaje ci się, że to jedna z najbardziej romantycznych opowieści? W dodatku człowiek zjawia się w jej życiu, kiedy ona właśnie potrzebuje wsparcia, gotowy podjąć wyzwanie walki z groźną chorobą. Prawie jak z filmu.

– A za chwilę wyskoczy doktor House i okaże się, że Ola nie ma SM, tylko zaraziła się jakimś szczepem afrykańskich bakterii, które bez problemu da się wyleczyć aspiryną? Daj spokój.

– Twój sarkazm mnie dobija. Nie masz w sobie nawet jednej nuty romantyzmu. Dlaczego nie dasz się przekonać, że Kamil, czy jak mu tam na imię, pragnie jedynie pomóc, że jemu także zależy, by Ola mogła normalnie funkcjonować?

– Bo nie wierzę w „cudotwórców”, a pomysł, który urodził się w głowie tego faceta jest naprawdę niedorzeczny.

– W niektórych przypadkach właśnie ta niedorzeczność okazuje się właściwym rozwiązaniem. Niekiedy jedynym. Nie pomyślałeś o tym?

– Pomyślałem. Po raz kolejny ktoś napełni jej serce nadzieją.

– To chyba dobrze, co? Nadzieja umiera ostatnia.

– A jeżeli się nie powiedzie? Jeżeli mam rację, a prawie jestem pewien, że ją mam, co wtedy? Nie wiemy, ani ty, ani ja, ile Ola ma w sobie siły, by przetrzymać kolejne rozczarowania.

– To wyjątkowo silna kobieta. Poradzi sobie. I nie możesz z góry zakładać, że wszystko pójdzie źle. Ten człowiek, to światowej sławy specjalista.

– Specjalista mówisz? Bioenergoterapeuta, a nie specjalista!

– Ale wyleczył już wielu ludzi.

-Co nie oznacza, że pomoże Oli. Znasz się trochę na tym? Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?

Maks popatrzył na Agnieszkę, która zdecydowanie nie wyglądała, jakby posiadała wnikliwą wiedzę na temat bioenergoterapii.

– To czary-mary, hokus-pokus, a nie medycyna. Ten twój „specjalista” odblokowuje jakieś kanały energetyczne w ludzkim organizmie i podobno wtedy choroba sama się zwalcza.

– Brzmi sensownie, a jeżeli i tak w to nie wierzysz, to dlaczego nie spróbować? Najwyżej nic specjalnego się nie wydarzy i pozwolimy lekarzom dalej robić swoje.

– Agnieszka, do jasnej cholery! Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? SM to nawet nie choroba, a raczej „styl życia”. Tego się nie da wyleczyć. Dostajesz i musisz się nauczyć żyć inaczej. Im bardziej uświadamiasz sobie, że jest częścią ciebie, tym łatwiej jest ci zrozumieć.

– Wcale nie chodzi o tego bioenergoterapeutę, prawda? Ty uważasz, że jesteś jedyną osobą, która ma prawo decydować o losie Oli?

– Na pewno mam większe prawo, niż ten pieprzony debil!

– Jeżeli jesteś wstanie wymyślić tak na poczekaniu coś bardziej sensownego, to próbuj. Może ci się uda do wieczora.

Maks zerwał się ze skórzanej sofy i podszedł do okna. Odsłonił przezroczystą zasłonę i oparł dłonie o ciepły od słonecznych promieni, plastikowy parapet. Przez minutę milczał, próbował myśleć trzeźwo, nie dopuszczając jakichkolwiek uczuć i na jakąś chwilę udało mu się wyłączyć. Przypomniał sobie pewien wieczór, kiedy razem z Olą siedzieli pod drzewem popijając czerwone wytrawne wino z butelki owiniętej poranną gazetą. Po godzinie butelka była pusta, a w ich głowach procenty sterowały umysłem. Przytuliła się do niego i wtedy po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że ją kocha. Chciał jej o tym powiedzieć, ale przestraszył się. Bo gdyby wyznał jej miłość, a ona nie poczułaby tego samego, stałby się jak ten wyschnięty kwiat, którego nie podlewał już od dawna, a w którego bez konkretnej przyczyny wpatrywał się od kilku minut.

– Boże! Jaka ja byłam ślepa! Dopiero teraz wszystko zaczyna mi się układać w jedną całość!

– Co takiego?

Maks odwrócił się od okna. Usta Agnieszki jakby chciały się uśmiechnąć w jego kierunku, lecz oczy zasłoniła ściana łez.

– Powinnam była zauważyć to od samego początku, wszystko przez te twoje cholernie dobre serce.

Uzmysłowiła sobie, że chęć bycia z mężczyzną, spowodowała w niej brak jakiejkolwiek racjonalnej oceny otaczającego świata.

– O czym ty mówisz?

– O nas, mój drogi. A raczej o tym, czego nigdy nie było. Od pierwszej chwili, wtedy w kawiarni, potem w muzeum, gdy zadzwonił telefon ze szpitala w sprawie Oli, wmawiałam sobie, że jesteś mój. A tak naprawdę, nigdy nie byłeś.

– To niedorzeczne. Przecież jestem tutaj. Mieszkamy razem. Śpimy ze sobą. Jak to nazwiesz? Czego jeszcze potrzebujesz?

– W tych wszystkich rzeczach, które wymieniłeś jesteś tylko ciałem. Niestety twoje serce jest gdzie indziej.

– Bredzisz. A niby gdzie miałoby być moje serce.

– Tobie nie chodzi o tego bioenergoterapeutę, o pomoc, którą zaoferował Kamil, nawet o samego Kamila też ci nie chodzi. Tobie chodzi o ciebie i Olę.

– Mnie i Olę? Niby w jakim sensie?

– W takim mój drogi, że ty ją kochasz.

– Co takiego? – wybuchnął śmiechem.

– Kochasz ją i jest dla ciebie najważniejszą istotą na ziemi. Dlatego nie pozwalasz nikomu się do niej zbliżyć, i dlatego nie chcesz, by cierpiała.

– Agnieszka, daj spokój – spoważniał. – To nie jest śmieszne.

– Maks, musiałbyś widzieć siebie, kiedy Ola zadecydowała, że nie powinniście się tak często widywać jak dawniej. Obijałeś się o ściany, nie potrafiłeś znaleźć sobie miejsca, nadal nie potrafisz, a każde moje pytanie o nią, wywoływało w tobie złość.

– Przestań, proszę cię. Znamy się z Olą prawie od dziecka, dużo razem przeszliśmy, wiemy o sobie bardzo dużo, to chyba naturalne, że się o nią martwię, a kiedy mnie odtrąca, tracę głowę, co?

– Spójrz na mnie, Maks! Spójrz na mnie i powiedz mi z ręką na sercu, czy jesteś w stu procentach pewny, że nie czujesz niczego więcej. Bądź szczery także w stosunku do siebie. Szczególnie w stosunku do siebie.

Maks odruchowo przyłożył prawą rękę do lewej piersi, lecz po chwili zastanowienia opuścił ją wzdłuż tułowia.

– Widzisz? Miałam rację.

– Agnieszka, ja… Ja nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy.

– Wiem kochany, wiem o tym doskonale.

Podeszła do niego i pocałowała go w policzek. W dalszym ciągu była dla niego wrażliwa i subtelna. Zachowywała się jakby miała tylko na jakiś czas go opuścić i wrócić, gdy wszystko wróci do normy, choć wiedziała, że tak się nie wydarzy.

– Dziękuję, że byłeś choć przez chwilę w moim świecie. Sprawiłeś, że przestałam czuć się samotna. Cóż, czasami człowiek jest szczęśliwy, a czasami…

Nie dokończyła.

– Spakuję swoje rzeczy i przyjdę się pożegnać – powiedziała ocierając łzy rękawem kremowej bluzki.

– Zostań jeszcze tę jedną noc – poprosił.

Słysząc swe słowa prawie złapał się za głowę.

„Nic gorszego nie mogłeś wymyślić? Zostań jeszcze na tę jedną noc? Zidiociałeś do reszty? Głupek!”

– To byłoby nie fair. Poza tym, niczego by nie zmieniło. Najlepiej będzie, jeżeli od razu się stąd wyniosę… i proszę, nie proponuj mi czegoś takiego jak przyjaźń, bo to trochę jakby powiedzieć komuś: ”Zdechł ci kanarek, ale możesz go zatrzymać”.

Uśmiechnęła się sztucznie przez zamazaną łzami twarz i wyszła do pokoju obok. Godzinę później wywlokła z niego ogromną walizkę i wypchaną po brzegi sportową torbę.

– Na mnie już czas – powiedziała do Maksa, opartego od godziny o okienny parapet.

– Zawiozę cię – zasugerował, choć coś, co miało być propozycją zabrzmiało niczym stwierdzenie.

– Nie trzeba. Taksówka czeka na mnie na dole.

Pomógł jej znieść bagaże, a całując na koniec jeszcze raz przeprosił, jakby miała przez to poczuć się lepiej. Na to ona odpowiedziała nieszczerym grymasem przeplatanej ze smutkiem radości i zamknęła za sobą drzwi starego, niebieskiego mercedesa.

Uznał, że powinien jeszcze coś powiedzieć, ale żyjąc z przekonaniem, iż słowa tylko potrafią ranić, ugryzł się w język i pozwolił odjechać taksówce bez wielkich, filmowych scen.

Wracając do swego mieszkania, znów zatrzymał się na półpiętrze, skąd wcześniej obserwował ludzi, wychodzących z osiedlowego supermarketu. Wsłuchał się w szum liści rozłożystej brzozy.

Jakaś dziewczyna zwróciła na niego uwagę i odruchowo pomachała do niego. Znał ją, sąsiadka z pierwszego piętra. Niedawno się wprowadziła i od razu jakoś szczególnie zwróciła ku niemu swe zainteresowanie. Młoda i urodziwa. Za młoda. Pokiwał porozumiewawczo i odsunął się od okna, chwytając balustrady.

Naprawdę ją kochał. Agnieszka miała rację. Od samego początku, gdy ją tylko zobaczył. Ta świadomość zawsze w nim była. Dlaczego nie dostrzegał jej tak silnie, jak teraz? Poczuł ogarniającą go promienność. Jeszcze dziś wieczorem pójdzie do szpitala i jej o tym powie, bez względu na wszystko, bo to właśnie jest kobieta, w której zakochał się zanim jeszcze pojawiła się w jego życiu.

Jak oszalały wbiegł do mieszkania, pokonując ostatnie kilka stopni. Zapomniał o Agnieszce, o Kamilu i bioenergoterapeucie światowej sławy, a także o awanturze na szpitalnym korytarzu. Zapomniał o swoim stukilogramowym ciele, na które dziś rano nie mógł naciągnąć swoich ulubionych jeansów, i które w rezultacie okazało się o pięć kilogramów cięższe.

Zapomniał też o SM Oli, ale tylko na chwilę, bo z nagłego przypływu euforii wyrwał go telefon. Po drugiej stronie słuchawki stanowczy głos doktor Doroty Zagórskiej z każdą sekundą stawał się coraz bardziej zrezygnowany.

CZĘŚĆ III

„STRACH PRZED LATANIEM”

ROZDZIAŁ 25

Z zielonym, podręcznym notatnikiem na kolanach Ola Gruszka próbowała nie myśleć o cyklicznie powtarzających się bolesnych skurczach swoich nóg i o świecie przedstawiającym przed jej oczami barwy czerni i bieli. Na szczęście wyostrzenie wzroku, które nastąpiło w kilka godzin po przyjęciu jej na oddział neurologiczny powodowało, że mogła widzieć, z kim rozmawia i co szkicuje na gładkiej karcie podręcznego notatnika.

Tym razem były to ciała kobiety i mężczyzny w miłosnym zespoleniu. Płeć piękna opierała swą głowę na wyrzeźbionej klatce piersiowej młodego „herosa”, a otwartymi dłońmi przytrzymywała jego twarz. Patrzyła mu w oczy, jakby za sekundę miała go stracić, jednocześnie zaciskała uda na wysokości lędźwi kochanka. Była zdecydowanie od niego niższa, a oblicze jej twarzy przepełnione było strachem. Mężczyzna miał przedstawiać ogrom siły i potęgi, w którego świetle kochanka jest tylko drobnym ogniwem, pragnącym przez jakiś czas pobyć w cieniu idealnego majestatu. Mała, krucha istota w ramionach wszechświata. Szkic mógł także obrazować tęsknotę za zbliżeniem, złączeniem się z płcią przeciwną. Nie była przekonana, która z wersji jest bliższa jej sercu.

Ola nie chciała się czuć w żaden z tych sposobów, lecz inaczej od jakiegoś czasu nie potrafiła. Straciła pewność siebie, która od zawsze była jej domeną.

Oddawała się swemu artystycznemu natchnieniu wtedy, gdy tego potrzebowała i to pomagało jej dzień za dniem walczyć z niesprawiedliwością, jaka ją dotknęła, nawet, jeśli za sprawą SM, po nocy spędzonej na wypoczynku i relaksującym śnie, budziła się totalnie zmęczona, jakby wcale nie spała, przepełniona obawą i wewnętrznym smutkiem.

Dawniej nie zastanawiała się nad przyszłością, łapała wiatr i szybowała najwyżej, jak tylko się dało, a gdy czasami spadała, równie szybko się podnosiła.

„Ech, jakoś się wszystko ułoży” – powtarzała. Teraz chciałaby wiedzieć dokładnie, co los dla niej zaplanował. Wiatr już nie gościł na jej twarzy. Odczuwała strach przed lataniem.

Przewróciła kartkę notatnika i używając gotyckiej czcionki nakreśliła imię swojego przyjaciela. Maks. Właśnie o nim myślała. Jego obraz często pojawiał się nagle, znienacka, ot tak, skutecznie odganiał złe myśli o chorobie i pomagał przetrzymać najgorsze. Wiedziała, że wkrótce go zobaczy. Niemożliwe, by mogło być inaczej, nie po rozmowie z Kamilem i podjęciu przez nią decyzji, na którą Maks nigdy by nie przystał.

Nim zdążyła zastanowić się, w jaki sposób go przekonać, jakich argumentów użyć, pojawił się w szpitalnym okryciu ochronnym, spod którego wybijały jasnoniebieskie jeansy i niebiesko-szara kraciasta koszula.

– Jak się czujesz? – spytał łagodnym tonem, działającym w tym momencie uśmierzająco niczym morfina.

– Skąd się tutaj wziąłeś? – wykręciła się pytaniem, udając jednocześnie bardzo zaskoczoną.

– Zagórska do mnie telefonowała.

– Podobno ostatnio narobiłeś trochę szumu na oddziale? – jej usta wygięły się w złudnym uśmiechu.

– Widocznie nie było aż tak źle, jeżeli mnie jeszcze do ciebie wpuścili.

– Cieszę się, że jesteś, choć osobiście wolałabym oglądać cię w kolorach tęczy i bardziej wyraźnie… – zamyśliła się. – Ale za mgłą i w odcieniach szarości też nienajgorzej wyglądasz – dodała.

– Doktor zapewniła mnie, że wkrótce wszystko wróci do normy.

– Nie potrafisz kłamać. Niejednokrotnie, kiedy to robisz, spuszczasz na ułamek sekundy wzrok, jakbyś się nad czymś zastanawiał. Kogoś obcego może byś oszukał, ale ja znam cię zbyt długo.

Poczuł się głupio. Już wcześniej kilka razy dał się złapać i tym razem powinien być lepiej przygotowany.

– Szkicowałaś coś?

Chwycił oprawiony na zielono notatnik leżący na jej kolanach, ale Ola wyrwała mu go z rąk.

– Nie twoja sprawa, co rysuję – obrzuciła go srogim spojrzeniem, mimo że w rzeczywistości nie chciała jedynie, by zobaczył swe imię, wpisane na ostatniej wolnej kartce, której róg delikatnie zagięła.

– Coś się stało? Nigdy się tak nie zachowywałaś.

– A co się miało stać? I jak się niby nie zachowywałam?

– Jesteś jakaś rozdrażniona, no i zawsze pokazywałaś mi swoje rysunki, wręcz zmuszałaś mnie, bym je oglądał.

– Widocznie się zmieniłam.

– Ale chyba nie aż tak bardzo, by nie zgodzić się na program leczenia interferonem?

Zaskoczył ją.

– Skąd wiesz? –zapytała, dodając po chwili:

– Dorota cię napuściła?

– Nikt mnie na nikogo nie napuszczał, zwyczajnie uważam, że to najgorsze, co możesz w obecnej sytuacji zrobić.

– Więc najwidoczniej jestem bardzo nieodpowiedzialna osobą – oburzyła się.

– Dlaczego nie chcesz się zgodzić na program?

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Do sali, w której odbywała się rozmowa, wszedł Kamil z butelką wody mineralnej i siatką owoców. Na widok Maksa cyniczny grymas rozpromienił jego usta.

– Nie było pomarańczy – powiedział, układając pojedynczo wyjmowane z reklamówki kolejno: jabłka, banany, kiwi oraz brzoskwinie i nektarynki, na stoliku obok łóżka. Robił to starannie. Wręcz z wyszukaną dbałością i wyrafinowaniem, sprawdzając szczegółowo każdy owoc, jak gdyby były bezcennymi eksponatami w muzeum.

Maks z trudnością powstrzymywał się przed niekontrolowanym wybuchem agresji, patrząc na trwające od dobrych paru minut, teatralne przedstawienie. Kamil jednak nie przerywał. Zdawało się nawet, że owoce nigdy się nie skończą, a wyczuwając zdenerwowanie swego konkurenta, wkładał w rozpoczęte czynności więcej skupienia.

Napięcie między dwoma mężczyznami wzrastało wprost proporcjonalnie do ilości ułożonych owoców. Panowie zachowywali się jak dwaj królowie, a każdy z nich miał bardziej urażoną dumę.

Choć nie trwało to zbyt długo, Ola i tak miała dość zamieszania wokół jej łóżka, bo choć żaden z nich nie wypowiedział ani jednego słowa, ich spojrzenia były nie do zniesienia. Zwyczajnie nie wytrzymała i poprosiła Kamila, by zostawił ją sam na sam z Maksem, co z ogromnym żalem na piersi bezzwłocznie uczynił, ściskając zajadle jednorazową foliową torbę po owocach w zaciśniętej dłoni.

– Od czego chcesz zacząć? – zapytała Ola, gdy „owocowy” facet z wielkim hukiem zamknął za sobą drzwi oddziału neurologicznego, pozostawiając echo, niosące się szpitalnym korytarzem jeszcze jakiś czas.

– Sam nie wiem – odpowiedział pochmurnie. – Nie tego się spodziewałem po tej wizycie. Oczekiwałem trochę innego obrotu sprawy.

– Czego się spodziewałeś?

Delikatność jej głosu w połączeniu z subtelną barwą spowodowały, że po skórze Maksa przeszedł elektryczny dreszcz, pokrywając ją małymi wypryskami drżenia.

– Chciałem ci coś powiedzieć. Coś ważnego. Może nawet coś najważniejszego w moim życiu, ale po tym, co zobaczyłem przed chwilą, chyba tylko bym się ośmieszył, więc raczej daruję sobie.

– Maks, jeśli jest to naprawdę ważne, to zawsze możesz mi powiedzieć. Między nami nic się nie zmieniło, prawda?

– No właśnie – rzucił obojętnie.

– Co oznacza zwrot „no właśnie”? Nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej?

– Chyba już ktoś inny sukcesywnie stara się zająć moje miejsce – spróbował się uśmiechnąć, ale Ola nawet tego nie zauważyła.

– Chodzi ci o Kamila?

– Przecież, że nie o Marka z „M jak miłość”.

– Chyba dobrze, że mam kogoś obok siebie, zwłaszcza teraz?

– Ale czy jesteś w pełni świadoma i całkowicie pewna swego wyboru? – jego pytanie zabrzmiało bardzo oficjalnie.

– A czy ty w mojej sytuacji postąpiłbyś inaczej?

– Przynajmniej bym próbował.

– Próbowałam i nic to nie zmieniło. Zaufałam Dorocie, a teraz leżę z czarno-białym obrazem przed oczami i potwornym bólem w nogach.

– Wiesz dobrze, że to nie jej wina, że jesteś chora.

– Wiem, ale jak dotąd nic, co miało mi pomóc, nie skutkowało. Ile jeszcze razy mogę jej słuchać? Aż SM pojawi się po raz kolejny? Następnego razu nie udźwignę.

– Olka, jeżeli zrezygnujesz z leczenia możesz tylko pogorszyć swoją sytuację.

– Ale ja wcale nie chcę zrezygnować z leczenia.

– W takim razie ja już niczego nie rozumiem.

– Kamil znalazł światowej sławy specjalistę bioenergoterapii.

– Sama nie słyszysz, o czym mówisz i pewnie nawet w to nie wierzysz. Przecież ten człowiek nie jest lekarzem.

– Skąd ty możesz wiedzieć, w co ja wierzę, a w co nie?! Nie czytasz chyba w moich myślach?

– Trochę cię znam i nie wierzę, że z własnej, nieprzymuszonej woli zamieniłabyś profesjonalnego lekarza na jakiegoś energetycznego cudotwórcę. Coś mi podpowiada, że w tej sprawie motorem napędowym jest mój nowo poznany „przyjaciel”, prawda?

– Jesteś zazdrosny o Kamila?!

– Ja? Zazdrosny?

– Chyba mogę ułożyć sobie życie po swojemu?! Ty już masz swoją…

– Zerwaliśmy! – przerwał jej brutalnie. Rany jeszcze nie zdążyły się zabliźnić i choć nie krwawiły, odczuwał brak Agnieszki.

Ola zaniemówiła na krótką chwilę, po czym zaczęła spokojnie:

– Nic nie wiedziałam. To o tym chciałeś mi powiedzieć? O tym chciałeś pogadać? Słucham, co się tak naprawdę stało? – opiekuńczo – łagodny głos przeszył ponownie ciało Maksa.

– Nie Olka, nie o tym. To jest akurat najmniej ważne w obecnej sytuacji. Wróćmy raczej do twojego nowego przyjaciela.

– Maks ty nic nie rozumiesz. Ja nie mogę być już dłużej sama. Tym razem była ze mną Dorota, ale gdyby nie ona, nie wiadomo, co by się stało. Jeśli podobna sytuacja się powtórzy, ktoś musi być przy mnie.

– I tym kimś ma być Kamil? – zapytał z powątpiewaniem.

– Nie wiem, ale chcę nam dać szansę.

– A gdybyś nie miała SM, postąpiłabyś tak samo?

– W niektórych okolicznościach życiowych łatwiej nam podejmować trudne decyzje.

– To nie jest odpowiedź.

– Ale możesz to w ten sposób potraktować.

– Oj, Olka, Olka…

– Co: Olka, Olka?

– Naprawdę tego chcesz?

– Chcę faceta, który… trzymałby moją rękę bez przerwy, nie pozwoliłby mnie skrzywdzić, rzuciłby we mnie pluszowym misiem, gdybym zachowywała się idiotycznie, a potem obdarowałby mnie milionem całusów. Robiłby z siebie idiotę, tylko po to, bym się uśmiechnęła i opowiadałby o mnie swoim przyjaciołom ze szczęściem na ustach. Kłóciłby się ze mną o głupie rzeczy, a potem przepraszał mnie, kupując Kinder Niespodzianki. Ale najważniejsze, żeby liczył ze mną gwiazdy, był moim najlepszym przyjacielem, i by nigdy, przenigdy nie złamał mi serca.

– Książę z bajki, zasługujesz na kogoś takiego.

– Jednego znam.

– I jesteś pewna, że Kamil właśnie taki jest?

– Nigdy nie może być się tego pewnym.

– I chcesz dać mu szansę?

– Chcę.

– Obiecaj mi tylko jedno…

– To zależy od obietnicy.

– Obiecaj, że jeśli będzie ci źle, zadzwonisz.

Sam nie wierzył w swoje słowa, które brzmiały jak błogosławieństwo.

– Obiecuję.

Ola wyciągnęła ręce, żeby go przytulić i rozpłakała się.

– Czego płaczesz głupia?

Przywarł do niej. Trzymając ją w ramionach, jego serce pękało z każdą kroplą jej łez opadających na szpitalną pościel. Zamknęła oczy, by stłumić potok słonych kropli. Nie chciała, by Kamil, gdy wróci zobaczył ją rozmazaną.

Wysunęła się z objęć Maksa, chcąc mu jeszcze coś powiedzieć, zanim sobie pójdzie. Otworzyła oczy i z niedowierzaniem dotknęła skóry jego twarzy. Myślała, że to tylko złudzenie i nagły przypływ emocji spowodował chwilową niepoczytalność. Mrugnęła parokrotnie, obejmując otwartymi dłońmi policzki Maksa.

– Olka, wszystko w porządku? – zapytał zaniepokojony.

– Tak… chyba tak…

Poruszała jeszcze kilka razy powiekami, otworzyła oczy najszerzej, jak tylko potrafiła, rozglądając się po pustej sali.

Liście drzewa za oknem odzyskały swój kolor.

– Maks, ja znów widzę normalnie. I uwielbiam zielony kolor, wszystkie kolory, ale najbardziej zielony.

ROZDZIAŁ 26

Ola, mając ponownie wszystkie kolory tęczy przed oczami, nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że teraz niewątpliwie jej życie nabierze rozpędu i wyprowadzi ją na właściwą drogę, oszczędzając zakrętów.

Jeszcze tego samego dnia na własną prośbę wypisała się ze szpitala. Nie ucieszyło to ani doktor Zagórskiej, ani Maksa, za to Kamil stał się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo to właśnie u niego Ola postanowiła zatrzymać się do czasu, aż zupełnie dojdzie do siebie i będzie mogła wrócić do swoich czterech kątów.

Pomimo jego troskliwości, myślami nadal tkwiła w szpitalu, blisko Maksa, a ilekroć powracała do sytuacji sprzed paru godzin, tylekroć doświadczała radości. Nie pomagało jej to niestety zasnąć tej nocy. Sama w wielkim sypialnianym łóżku walczyła z bezsennością, przerzucając się z jednego boku na drugi. Najbardziej przeszkadzał tykający zegar ścienny i grający telewizor w pokoju gościnnym, w którym Kamil ułożył sobie posłanie na jednoosobowej twardej amerykańskiej sofie. Gdy stwierdziła, że zdecydowanie trafili w nieodpowiedni czas, i że nie jest jeszcze gotowa, by był przy niej, zaoferował swój pokój. Potem zwróciła się z prośbą, by na jakiś czas zadowolił się jej duchową obecnością.

„Tik, tak, tik, tak, tik, tak, tik, tak” – rozchodziło się po otwartej przestrzeni korytarza, przedzierając się przez drzwi głównej sypialni niczym młot pneumatyczny, pracujący na wysokich obrotach. Telewizor zamilkł. Kamil powoli zapadał w sen.

***

Po drugiej stronie miasta Maks spacerował po mrocznych zaułkach miejskiego parku, gdzie nawet cmentarny bezgłos nie pomagał mu zapanować nad pobudzonymi myślami, pchając go w paszczę szaleństwa. Wieczór stawał się coraz mroźniejszy. Skręcił w małą uliczkę, prowadzącą do długiej alei, ogrzewanej po obu stronach światłem ulicznych latarni. Z daleka, okna w osiedlowych blokach życzyły mu dobrej nocy.

Tymczasem w mieszkaniu niedaleko szpitala doktor Dorota Zagórska, chcąc zapomnieć o ciężkim dniu pełnym nieoczekiwanych wrażeń, brała relaksującą kąpiel w przepełnionej solami leczniczymi, wannie. Wpatrując się w rozstawione po bokach świeczki, rozjaśniające zaciemnioną łazienkę, nastrajała swą utraconą kobiecość na powrót męża z popołudniowej zmiany. Po raz pierwszy odkąd zajęła się przypadkiem Aleksandry Gruszki, zatęskniła za kontaktem fizycznym z osobnikiem płci przeciwnej.

Nie pamiętała już zapachu jego perfum i odczuwała nieobecność dotyku, rozpalającego dawniej jej zmysły. Myśl o nim sprawiała, iż odczuwała elektryzujący dreszcz i ciepło oplatające pokrytą kroplami skórę, mimo, że woda w wannie od jakiegoś czasu była już zimna.

Dźwięk kluczy rzuconych obojętnie na szafkę w przedpokoju oznaczał, że wrócił. Nie pozwoliła mu długo czekać na niespodziankę. Wyskoczyła z łazienki i zostawiając za sobą niedomknięte drzwi, rzuciła się na swego ślubnego. Kąpielowy ręcznik zsunął się prawie natychmiast na podłogę odkrywając jej krągłości. Po oficjalnej części powitalnej przez ponad dwie godziny odbudowywali ruiny swego związku, mając na względzie obustronny szacunek i obustronną satysfakcję. W ciałach pulsowało przyspieszone tętno doprowadzając ich do drzwi, których od dawna nie otwierali.

– Chcę mieć dziecko – powiedziała w końcu, wsłuchując się w rytm serca z uchem przyciśniętym do jego klatki piersiowej. – Chcę znów spróbować.

Nie odpowiedział nic, ale wiedziała, że na ten moment czekał od dawna. Chwilę później oboje zasnęli, by obudzić się o poranku i przywitać zapomniany świt z widokiem na przyszłość.

Natomiast Ola nadal nie potrafiła zasnąć. Wydawało się jej, że gdy tylko zmruży oczy znów pojawi się świat czerni, bieli i dobijającej szarości.

Może gdyby Maks był przy niej, czułaby się bardziej bezpiecznie, może zamknęłaby oczy bez żadnej obawy i strachu?

Na chwilę uspokoiła się i ten moment wystarczył, żeby gwiazdy wpadające przez odsłonięte okno, wprowadziły ją łagodnie do krainy nocy.

Maks także w tym samym czasie z okna własnego mieszkania wypatrywał gwiazd migających na czarnym jak smoła sklepieniu. Kilka z nich spadło, lecz nie wypowiedział życzenia, chociaż robili to dawniej z Olą nagminnie. Ale wtedy było inaczej. Sam nie potrafił.

Kiedyś Ola, podczas jednej takiej gwiaździstej nocy zapytała go, jak wyobraża sobie swój idealny świat. Poczuł się zażenowany, bo zwyczajnie nie umiał jej odpowiedzieć. Nie zareagowała wtedy specjalnie na jego milczenie, tylko przerywając ciszę zaczęła opowiadać.

– Któregoś dnia spacerowałam po parku. Przechodziłam właśnie obok stawu z kaczkami, więc zatrzymałam się przed mostem, a na jego szczycie starsza kobieta przed obiektywem swego męża, niczym modelka z pierwszych stron gazet, pozowała do zdjęć. Przyglądałam się im i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można czuć się tak szczęśliwym. Pomyśl sobie, że mężczyzna w wieku mojego dziadka pstryka kilka zdjęć cyfrową lustrzanką, na wyświetlaczu z tyłu aparatu sprawdza jakość wykonanego ujęcia i daje znać kobiecie, że wyszły rewelacyjnie. Uwiecznili kolejną chwilę swego życia, pełną radości. Uśmiecham się w jej kierunku, ona czyni to samo w stosunku do mnie. Schodzi z mostu, jakby chciała mi ustąpić miejsca, podchodzi do mężczyzny i całuje go w usta, jak nastolatka z liceum, która wyszła na randkę ze swoim chłopakiem. Potem skupiłam się na szkicowaniu i chłodnym powiewie wiatru, który ziębił prawą część mojej twarzy. Na szczęście, gdy wracałam, ta sama para staruszków wylegiwała się w najlepsze na słonecznej trawie. On pochylał się nad jej twarzą. Mówił do niej, od czasu do czasu całując pokryte zmarszczkami dłonie. Tak wyobrażałabym sobie mój idealny świat. Dla takiej miłości warto wszystko poświęcić.

Kończąc ostatnim zdaniem swoją historię poderwała się spod drzewa, o które oboje opierali się plecami w noc spadających gwiazd i pobiegła przed siebie bez słowa pożegnania. Nigdy nie dowiedział się, co spowodowało tak nietypowe zachowanie, nigdy też nie pytał.

Dochodziła druga w nocy. Cisza zakradała się z ulic do jego mieszkania przez okno sypialni, a pełnia księżyca wskazywała jej drogę. Chwilami stawała się naprawdę przygnębiająca i nie do zniesienia. W dodatku od paru godzin Maks miał przed oczami wizję, w której Ola całuje Kamila. Całkowicie nie mógł się wyzbyć tego wyobrażenia.

I nagle wszystko stało się proste.

Zza szafy z lewej strony okna wydobył prawie w ogóle nieużywaną torbę podróżną, a myśl z nią związana okazała się jedynym racjonalnym wyjściem.

Gdy Ola po drugiej stronie miasta śniła o domu na wsi wśród zieleni drzew i śpiewu leśnych ptaków, Maks spakował większość swoich ulubionych rzeczy: niebieskie ciasne jeansy, bluzki ze śmiesznymi nadrukami, bieliznę z bohaterami komiksów i kilka koszul w kratkę, będących nieodzownie częścią jego osobowości.

Czekała go długa podróż i nie był pewny, czy kiedykolwiek wróci.

ROZDZIAŁ 27

Jeszcze niejednokrotnie przebudziła się w nocy, za każdym razem zapalając światło i upewniając się, czy kolory nie zniknęły, po czym kładła się z powrotem do łóżka i zasypiała niczym nowonarodzone dziecko. Zawsze miała ten sam sen:

„Dom pod lasem przy wiejskiej drodze, chłopczyk z kręconą czupryną, goniący za piłką po ogrodzie, stolik pod drzewem, przy którym ona oddawała się lekturze swojej ulubionej książki i mężczyzna czyszczący auto na podjeździe przed domem”.

Nigdy nie widziała jego twarzy, ale kiedy budziła się, miała wrażenie, że ów mężczyzną był nie kto inny, tylko Maks. Zastanawiało ją, czy nieświadomie wypowiadała jego imię przez sen i czy Kamil ją mógł usłyszeć. Raz nawet poszła sprawdzić do sąsiadującego z sypialnią pokoju. Obawy zostały szybko rozwiane, bowiem Kamil drzemał w najlepsze i nie wydawało się, by cokolwiek mogło go z tej drzemki wyrwać.

Kilka minut po ósmej podniosła głowę. Nie było jednak mowy o opuszczeniu łóżka. Przyjemne ciepło i wpadające przez okno promienie słoneczne nie miały zamiaru odbierać jej przyjemności leniuchowania. Brak świadomości, że dla Kamila ósma rano to tak, jak dla większości ludzi środek nocy, wzbudził w niej przeświadczenie, że gospodarz domu już wkrótce może przerwać poranne wylegiwanie, dlatego czym prędzej wykradła się do kuchni i już za moment w jej posiadaniu znajdował się kubek mocnej, choć mało wyrazistej kawy, od której była kompletnie uzależniona, a której od dawna nie smakowała. Niestety znalazła tylko rozpuszczalną Nescafe i choć osobiście przyzwyczaiła się do tradycyjnie tureckiego parzenia naturalnej kawy, po tak długim czasie nieobecności, kofeina w każdym wydaniu wydawała się odpowiednia i na miejscu.

Cichutko niczym mysz wróciła do sypialni, pod okno przysunęła rzeźbione w masywnym drewnie krzesło, stojące dotychczas obok regału z książkami i otworzyła okiennice, wpuszczając mroźne powietrze do środka, a wraz z nim dźwięki miasta, rozpoczynającego kolejny dzień.

Właśnie upajała się nieprzejrzystym smakiem rozpuszczalnej „małej czarnej”, ogarniając sypialnię wzrokiem, gdy zauważyła coś, co zupełnie odbiegało od reszty znajdujących się w pomieszczeniu przedmiotów. Niewielka drewniana skrzynia zalegająca pod łóżkiem. Nie była typem osoby, która szpera w czyichś rzeczach, lecz postępująca w niej ciekawość powoli zaczęła wygrywać ze zdrowym rozsądkiem. Kamil od początku coś ukrywał, a jego potworna tajemniczość chwilami balansowała na granicy obłędu. Miała ochotę dowiedzieć się więcej o mężczyźnie, z którym planowała stworzyć, oparty na obustronnym zaufaniu, związek partnerski.

Odłożyła kubek z kawą na parapecie i chwyciła za dwie metalowe, chromowane łapy z przodu skrzyni. Mimo małych rozmiarów, skrzynia nie dała się łatwo wysunąć. Była ciężka, jakby ktoś napakował do środka kamieni. W końcu po kilkuminutowym mocowaniu się ze „znaleziskiem” i poczuciu pewności, że wreszcie dowie czegoś więcej o swoim zagadkowym partnerze, „skarb” znalazł się na okrągłym dywaniku przed łóżkiem. Z żalem zauważyła, że skrzynia od drugiej strony posiada zamek i nie da rady jej zwyczajnie otworzyć. Przeszukała cały pokój, lecz nigdzie nie mogła odnaleźć pasującego klucza. Z jeszcze większym trudem niż wcześniej, wsunęła skrzynię na powrót pod łóżko i wróciła do delektowania się aromatem porannej, zwietrzałej kawy, która już nieco zdążyła przestygnąć.

Trwała przez krótki moment w zamyśleniu, zastanawiając się, gdzie mógłby znajdować się odpowiedni klucz pasujący do zamka w skrzyni i obserwowała dwa gołębie walczące o kawałek mokrej kromki chleba na balkonie z przeciwka.

„Może trzyma go w jakimś specjalnym miejscu lub nosi cały czas przy sobie?” – zastanawiała się przebiegle. Nawet wyraz jej twarzy zdawał się być chytrze zastanawiający. Odkryła swoją ciemną stronę, choć była przekonana, że jej nie posiada.

„Na pewno gdzieś tu musi być”. Zaczęła błądzić po pokoju, sprawdzając najpierw regał z książkami, potem półkę z gipsowymi figurkami, aż zrezygnowana i nieusatysfakcjonowana usiadła ponownie przy oknie. Gołębie odleciały, zabierając ze sobą kawałek chleba i jedyną atrakcją w obecnej chwili okazała się zabawa stołową łyżeczką, która zresztą już po minucie wyślizgnęła się Oli z dłoni i upadła na drewnianą podłogę, niosąc za sobą konsekwentnie hałaśliwe brzdęki.

– Dzięki serdeczne, przeuroczy odpadku metalu za pobudkę tego faceta za ścianą – powiedziała nieuprzejmie w kierunku błyszczącej łyżeczki, w głębi duszy obwiniając swoją niezdarność.

Przykucnęła, żeby ją podnieść i podnosząc się z nieprzyjemnej pozycji, którą sama nieświadomie wybrała, zauważyła jeszcze jeden błyszczący metalowy przedmiot. Pomiędzy starym żeliwnym grzejnikiem, a betonowym grubym parapetem, w małą trudno zauważalną szczelinę wsunięty był płaski miedziany klucz. Absolutnie miała pewność do czego on pasuje. Do tajemniczej skrzyni spod sypialnianego łóżka.

ROZDZIAŁ 28

Gdy miała już w sobie wystarczająco odwagi i była w posiadaniu tajemniczego klucza, a jej sumienie uśpiło naturalne, ludzkie odruchy i głos podpowiadający, że nie powinna otwierać skrzyni spod łóżka przestał dokuczać, do pokoju zapukał Kamil.

Otworzyła mu prawie natychmiast, jakby czuła się winna, że chciała coś sprawdzić bez jego wiedzy. Modliła się w duchu, by nie zapytał, co robiła wcześniej, bo zapewne jej twarz by poczerwieniała ze wstydu i przypuszczalnie skłamałaby, wymyślając coś głupiego na poczekaniu. A on wiedziałby, że kłamie, z łatwością wyczytałby to z gestów ciała i spuszczanego wzroku, co pięć sekund.

Czasami nie mogła uwierzyć, w jaki sposób ludzie bez żadnych skrupułów oszukują inne osoby w konsekwentnym, wręcz perfekcyjnym opanowaniem i z jaka łatwością dopasowują wymyślne historyjki do powstałych sytuacji. Stwierdziła, że zapewne ktoś ich do tego przygotowuje, bo jak z czystym sumieniem powiedzieć komukolwiek, prosto w oczy, zmyśloną fantazję.

Może zwyczajnie powinna o tę skrzynię zapytać? Zapewne znajdują się tam jakieś stare zdjęcia z dzieciństwa i od dawna nieużywane zabawki, które Kamil wyjmuje od czasu do czasu, by poczuć się znów jak mały chłopiec.

Każdy ma jakieś tajemnice i wcale nie dziwiło jej, że on nie jest inny.

– Wcześnie wstałaś – zaskoczył ją trafnym spostrzeżeniem.

Czyżby wiedział, że obudziła się na długo przed nim? Oznaczałoby to, że kiedy skradała się do jego pokoju, on już nie spał i tylko doskonale udawał.

– Ja? Wcześnie? – Wypowiedziała niezdecydowanie.

– Zauważyłem kubek na parapecie, w kuchni rozsypałaś kawę, a czajnik, w którym gotowałaś wodę jest prawie zimny. To samo zapewne stało się z twoim napojem w kubku, bo w pokoju od porannego powietrza też się już co nieco ochłodziło.

Faktycznie. Temperatura na ściennym termometrze spadła do siedemnastu stopni.

Zapewne przez nieodpartą żądzę sprawdzenia zawartości tajemniczego skarbu spod łóżka, która przyspieszyła bicie jej serca, nie czuła panującego chłodu.

– Co robiłaś? – zadał najbardziej nieodpowiednie pytanie.

– Obserwowałam gołębie za oknem – odpowiedziała szybko i przejrzyście. Zbyt szybko i zbyt przejrzyście, bo odniosła wrażenie, że skóra twarzy pokryła się rumieńcami.

„Opanuj się kobieto! Nie było wcale tak źle, nie skłamałaś, po prostu nie dopowiedziałaś całej prawdy” – uspakajała własne sumienie. – „Z drugiej zaś strony, jeżeli przespałabyś się z obcym facetem poznanym w kawiarni, a mężowi po powrocie do domu powiedziałabyś, że byłaś jedynie tam na kawie ze znajomym, to mimo wszystko zdradziłabyś małżeńskie przyrzeczenie. Kłamstwo, to kłamstwo. Niezależne od okoliczności.”

Kamil był jednym z tych osób, których spojrzenia prześwietlają cię jak promienie Roentgena, rozszyfrowując każdy fałszywy ruch.

– Dzwoniłem do profesora Czesława Minge – rzucił, wpraszając się do środka i zatrzaskując ramę okienną. – Jutro może nas przyjąć, jeśli nie zmieniłaś zdania i w dalszym ciągu chcesz spróbować.

– Wiesz, zastanawiałam się nad tym. W zasadzie przez całą noc nie mogłam oka zmrużyć, bo chodziło mi to po głowie i doszłam do wniosku, że powinnam rozpocząć kurację interferonem.

– To znaczy, że chcesz wszystko odwołać? – Jego głos z męskiego i opiekuńczego, zmienił się w pretensjonalnie złośliwy. – Żeby umówić cię na wizytę z profesorem, musiałem uruchomić trochę kontaktów. To nie jest człowiek, do którego może przyjść ktoś prosto z ulicy. Nie było łatwo, ale dzięki paru osobom się udało. Chyba nie zamierzasz mi powiedzieć, że chcesz zaprzepaścić cały włożony w to wysiłek?

– Nie chciałam cię zdenerwować i jak najbardziej mam plan spotkać się z profesorem, ale nie chciałabym rezygnować tak szybko z medycznej pomocy. Ostatnio przeczytałam…

– Tak, podejrzewam, o czym czytałaś – przechwycił myśl urywając jej wypowiedź w połowie. – Sam trochę błądziłem po internecie. Zapewne chodzi ci o Fingolimod?

– Wstępne rokowania są podobno obiecujące.

– A czytałaś komentarze ludzi, którzy go zażywali? Lek nie jest do końca sprawdzony i ma wiele efektów ubocznych. Podobno u wielu, stosujących ten „cudowny” preparat wykryto nowotwór.

Jej usta posmutniały.

– Nawet nie wiesz –ciągnął dalej – jakbym chciał, by te wszystkie cudowne leki pomagały. Profesor wcześniej też wierzył, tak długo, aż nie wykryto u jego córki nowotworu. Miał postać złośliwą. Umierała w ogromnych męczarniach, żadne specyfiki nie pomogły, a on przyrzekł sobie, że już nigdy nie będzie leczył. Brzmi jak kolejna smutna historyjka z nisko budżetowego serialu, lecz ta wydarzyła się naprawdę. Jakiś czas po tym zdarzeniu rozwiódł się z żoną, bo codziennie widział w niej obraz swego dziecka i nie potrafił tego znieść. Bardzo się zmienił. Zaczął pić, przepuszczał każdy pieniądz w sklepie monopolowym, albo w pubie. W końcu, gdy stracił oszczędności i sprzedał wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, spakował kilka najpotrzebniejszych rzeczy i ślad po nim zaginął. Nikomu nie powiedział, dokąd jedzie i w jakim celu. Gdy wrócił, nikomu też nie powiedział gdzie był. Ludzie snuli domysły, że na dalekim wschodzie posiadł sztukę bioenergoterapii i nauczył się nią posługiwać. Prawdą jest tylko to, że od ponad dziesięciu lat jeździ po świecie i daje ludziom nadzieję.

– Niczym Jezus z Nazaretu – dodała nieśmiało Ola i zrobiło jej się głupio, bo wypowiedziane przez nią zdanie zabrzmiało, jakby nie uwierzyła w jego opowieść. – Skąd tyle o nim wiesz? – Spytała w nadziei, że nie zwrócił uwagi na jej nieprzemyślaną uszczypliwość.

– Moja matka go znała – odparł i wyszedł, pozostawiając za sobą kolejną zagadkę.

„Jego matka znała profesora Minge? W jakich okolicznościach się poznali? I dlaczego powiedział o niej w czasie przeszłym? Czy to może oznaczać, że nie żyje? Jak powinna sobie na te pytania odpowiedzieć? I wreszcie, w jaki sposób zapytać zamkniętego w sobie faceta o życie osobiste, nie drażniąc jego uczuć?”

– Cholerne sekrety. Nienawidzę sekretów – powiedziała na głos i ruszyła za nim.

Zdążył rozsiąść się wygodnie przy stole i rozłożyć wczorajszą gazetę.

– Dlaczego nic o tobie nie wiem?! – zaatakowała agresywnie, opierając dłonie o stół, by zwiększyć siłę ekspresji.

Podniósł głowę znad gazety.

– Dlaczego nic mi o sobie nie mówisz? – Zachowała sens zadanego wcześniej pytania.

– Dopiero, co się wprowadziłaś. Daj mi trochę czasu. Widzieliśmy się zaledwie kilka razy, z czego w większości w szpitalu.

– Wprowadziłam się do ciebie. To fakt, który prawdopodobnie oznacza, że zaufałam ci na tyle, by poświęcić swoją osobę. Nie mógłbyś, choć trochę się postarać i dać mi szansę na poznanie cię?

– Dobrze. W takim razie, co chciałabyś o mnie wiedzieć?

Powinna była to dobrze rozegrać, lecz ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem.

– Co trzymasz w skrzyni pod łóżkiem i dlaczego jest zamknięta na klucz? – Zapytała bezpośrednio i ugryzła się w język.

– Szperałaś w moich prywatnych rzeczach?

Tego nie przewidziała. Miała wrażenie, że inteligentnie rozplanowane pytania doprowadzą do rozwiązania zagadki tajemniczego kufra, tymczasem sprawy nie potoczyły się po jej myśli. Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Poczuła się, jak dziecko przyłapane w sklepie spożywczym na kradzieży batonika czekoladowego. Niby nic wielkiego, ale nie wiadomo, jakie mogą czekać cię konsekwencje.

– Myślałam, że wprowadzając się tutaj, stałam się jednocześnie częścią tego domu, a także twojego życia – sprytnie wybrnęła i przysiadła na krześle tuż obok.

– W takim razie chodźmy to sprawdzić.

Wstając od stołu, zamknął gazetę. Po chwili znaleźli się ponownie w sypialni. Kamil podszedł do okna i niepostrzeżenie (tak mu się w każdym razie wydawało), uchylając jedną ręką skrzydło okna, drugą wysunął miedziany klucz spod parapetu. Ola udawała, że tego nie zauważyła i pokornie przysiadła na niezasłanym po nocy tapczanie.

– Zanim pokażę ci zawartość tego drewnianego pudła, musisz mi coś obiecać.

Pochwycił dwie niklowane rączki i bez żadnego trudu, jednym, prostym ruchem wysunął skrzynię spod łóżka.

– Dobrze – przystała skromnie na jego warunki. – Co takiego mam ci obiecać?

– Tutaj znajdują się bardzo ważne dla mnie rzeczy. Można śmiało powiedzieć, że niejednokrotnie zostały zdobyte wbrew jakimkolwiek zasadom. Obiecaj mi tylko, ze postarasz się zrozumieć.

Spojrzała na niego z malującym się na twarzy zdziwieniem, nie do końca będąc pewną, co miał tak naprawdę na myśli.

Umieścił klucz w zamku, który wytwarzając specyficzny brzęk, zwolnił zasuwę.

– Jesteś pewna, że chcesz to zobaczyć? To naprawdę nic szczególnego.

– Nie gadaj głupot, tylko otwieraj.

– Chyba nie powinienem. To może jakoś negatywnie na ciebie wpłynąć. Na nasze relacje. Trochę się nad tym zastanawiam.

– Mam nadzieję, że sobie żarty stroisz, bo jak nie…

– Już dobrze, dobrze. Otwieram. Ach, ta babska ciekawość. Ale jakby coś, to cię ostrzegałem?

Gdy wieko skrzyni zostało uchylone, zawartość wprawiła Olę w osłupienie. Nie przypuszczała, ze aż do tego stopnia zostanie zaskoczona. Połowa kufra wypełniona była książkami o Harrym Potterze, natomiast w drugiej części, oddzielonej drewnianą płytą, znajdowała się pokaźna kolekcja miniaturowych samochodów.

– Są twoje, czy trzymasz je dla potomności?

– Dokładnie 176 modeli. Każdy w skali jeden do sześćdziesięciu czterech, dwu i pół calowe – opowiadał dumnie, choć jeszcze przed chwilą był pewny, iż zostanie wyśmiany. – Chcesz zobaczyć? – Spytał podkręcony.

– Jakby ci to powiedzieć? – Wymówiła przeciągle. – Szczerze kocham Harry’ego Pottera, ale jakoś nie kręcą mnie małe samochodziki. Zdecydowanie wolę duże żółte, sportowe Camaro.

– Ja mam tylko BMW – powiedział, chcąc jej zaimponować, choć doskonale wiedział, że to nie tego typu kobieta.

– Nie lubię BMW. Są twarde i często się psują.

– Dobra. Skończmy tę głupkowatą wymianę zdań o samochodach i pójdźmy coś zjeść do jakiejś miłej, przytulnej restauracji. Co ty na to?

– Nie ma przytulnych i miłych restauracji. Są zatłoczone knajpy, gdzie podają ohydne jedzenie. Wolałabym zjeść w domu. Poza tym ostatnio jakoś tak lepiej się czuję w czterech ścianach.

– Wspominałaś wczoraj, że musisz zobaczyć się z tą dziewczyną z „Galerii”. Jak jej było na imię? Agnieszka? Nieważne. Myślałem po prostu, że to coś pilnego i będziesz mogła przy okazji śniadania załatwić kilka spraw na mieście.

– Zupełnie mi to z głowy wyleciało. Agnieszka od dawna prosiła mnie o spotkanie, a teraz, gdy rozstali się z Maksem, chyba powinnam z nią porozmawiać. Poza tym odkąd zaczęła się wystawa moich obrazów, jeszcze tam nie byłam.

– Zatem na co czekamy? Zrób się na bóstwo, a ja skoczę po samochód do garażu.

– A mogę przedtem pożyczyć od ciebie ostatnią część przygód Pottera? Jeszcze jej nie czytałam. – zdążyła zapytać nim domknął pokrywę.

– Jasne – odpowiedział z wyszukaną radością.

Wyjął książkę i złożył na jej ręce, zachowany w nienaruszonym stanie, egzemplarz.

Nachylając się Ola zwróciła uwagę na jeszcze jeden drobny szczegół. Zagadkowa skrzynia z zewnątrz wydawała się znacznie głębsza. Co najmniej o połowę głębsza.

ROZDZIAŁ 29

Stary, zielony Nissan z bakiem paliwa, zatankowanym do pełna, wyjechał z osiedlowego parkingu, skręcił w prawo i po dwustu metrach zatrzymał się na czerwonym świetle.

Maks po szybkim i mało pożywnym śniadaniu, sprawdził potrzebne dokumenty, zapakował resztę rzeczy do samochodu i ruszył przed siebie. Po drodze miał wstąpić do „Galerii”, by pożegnać się z Agnieszką. Co prawda, nie do końca było oczywiste, czy nosiła się z zamiarem oglądania go jeszcze kiedykolwiek, lecz uznał, iż jest jej to winien.

Z rana zadzwonił także do doktor Doroty Zagórskiej, ale jej osobisty telefon odebrał jakiś zaspany mężczyzna, więc zaskoczony rozłączył się. Stwierdził, że po drodze zatrzyma się w jakiejś przydrożnej jadłodajni i może następnym razem mu się poszczęści.

Wybiła trzynasta. Spiker w radio komentował bieżące wydarzenia, co jakiś czas wtrącając własne, mało napawające optymizmem, wnioski.

„Ciekawe, jak długo taki koleś popracuje” – mruknął Maks, czekając na zmianę sygnalizacji świetlnej i potencjalną możliwość ruszenia w dalszą drogę.

Zmienił stację radiową.

Wsłuchując się w piosenkę „Fix you”, znów zaczął rozmyślać o Oli. Obydwoje wariowali na punkcie Coldplay’a.

„Kiedy robisz co w twojej mocy, ale nie osiągasz celu, Kiedy dostajesz to czego chcesz, ale nie to czego potrzebujesz, Kiedy czujesz się taki zmęczony, lecz nie możesz spać…

Światła zaprowadzą cię do domu… A ja spróbuję cię naprawić…”

Ciekaw był, czy naprawdę jest szczęśliwa i czy jej niczego nie brakuje. Nie znosił tylko tego, że w wyobrażenia o niej zawsze wplątany był Kamil.

Sygnalizacja nadal nie pozwalała mu na kontynuowanie podróży. Czerwień biła po jego oczach i działała irytująco. Sięgnął po komórkę i zadzwonił jeszcze raz do doktor Doroty Zagórskiej.

– Panie Maksymilianie, pan czyta w moich myślach, właśnie miałam do pana telefonować – odezwał się roześmiany głos Zagórskiej.

– W takim razie panią ubiegłem – próbował być wyjątkowo miły. – Wiem, że powinienem to zrobić osobiście, ale czas mnie niestety popędza, więc… chciałbym, choć w tak prowizoryczny sposób przeprosić za wszelkie przykrości, które panią z mojej strony spotkały. Czasami, w ekstremalnych sytuacjach, nie potrafię nad sobą zapanować.

– Przeprosiny przyjęte, choć zupełnie niepotrzebne. Wiele z tego, o czym pan mówił wynikało z troski o Olę i miał pan w niektórych sprawach niebywałą słuszność. Momentami lekarz zapomina, że w tym wszystkim najważniejszy jest człowiek, ludzka, często bezbronna osoba, niezdająca sobie sprawy ze swojego położenia.

– Wszyscy niejednokrotnie zapominamy o istotnych rzeczach.

– Dlatego postanowiłam wpisać Olę do programu leczenia Interferonem.

– Przecież Ola się nie zgodziła. Nie bardzo się na tym znam, jednak wystarczająco, by stwierdzić, że może mieć pani spore kłopoty.

– Jakoś sobie poradzę. Nie z takich opresji w życiu wychodziłam. A co się tyczy Oli. Ona tak naprawdę sama nie wie, co dla niej najlepsze. Może kiedyś w końcu zdecyduje się podjąć kurację?

– Tego nie może być pani pewna.

– Ale jeśli nie wpiszę jej na listę teraz, później może być już za późno. Miałam nadzieję, że pomoże mi pan i jeszcze raz spróbujemy ją razem przekonać. To nie jest głupia dziewczyna, tylko trochę zagubiona.

– Obawiam się, że oboje się spóźniliśmy. Poza tym, właśnie opuszczam miasto, więc sama pani rozumie.

– Wyjeżdża pan? W takiej chwili? Na długo?

– Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, ale raczej trochę czasu upłynie zanim wrócę. Jeżeli w ogóle wrócę.

– To przez Olę i tego Kamila? Pan ją kocha, prawda?

– Właściwie, chyba za późno zdałem sobie z tego sprawę.

– Niech pan tak nie mówi. Nie wolno się poddawać. Nigdy nie jest za późno, by walczyć.

Mimo, że słowa doktor Zagórskiej przesycone były optymizmem, nie umiał podjąć wyzwania. Już zadecydował, a mężczyzna musi być konsekwentny i wierny swoim zasadom, bo inaczej staje się więźniem własnych myśli.

Spojrzał w górę. Sygnalizacja zmieniła światło na zielone.

„Uwielbiam zielony kolor, wszystkie kolory, ale najbardziej zielony” – przypomniał sobie słowa Oli wypowiedziane w szpitalu. Wtedy jeszcze miał nadzieję, że wszystko się jakoś poukłada.

„Głupi. Jak mógł być tak naiwnie głupi?!”

– Niech pani trzyma kciuki za Olę, dobrze? I proszę o nią dbać.

– A pan?

-Co ja?

– Pan nie spróbuje?

– Już próbowałem. Teraz muszę ruszać dalej.

– Niech się pan czasami odezwie, zadzwoni.

Coldplay nie dawał mu spokoju.

„Kiedy robisz co w twojej mocy, ale nie osiągasz celu, Kiedy dostajesz to czego chcesz, ale nie to czego potrzebujesz, Kiedy czujesz się taki zmęczony, lecz nie możesz spać…
Światła zaprowadzą cię do domu… A ja spróbuję cię naprawić…”

Z zamyślenia wyrwał go klakson samochodu stojącego za nim.

– Do zobaczenia – odparł.

– Do zobaczenia, panie Maksymilianie – odpowiedziała z wdziękiem doktor Zagórska.

Zielony Nissan miał przejrzyście ustalony cel wyprawy. Żeby zdążyć przed zmierzchem, musiał się spieszyć.

ROZDZIAŁ 30

Niewyjaśniona do końca sprawa z tajemniczą skrzynią spod sypialnianego łóżka, nie dawała Oli spokoju. Czuła się oszukana. Jej kobiecy instynkt został uśpiony przez SM i choć Maks wraz z Dorotą starali się ją przestrzec, wolała ich nie słuchać, będąc przekonaną o własnej słuszności.

Wpatrywała się w nią, jakby oczekiwała odpowiedzi, która bez niczyjej ingerencji z zewnątrz nie miała szans, by zaistnieć.

Podczas, gdy Ola zajmowała swą głowę zagadkowym kufrem, Kamil upajał się relaksacyjnym masażem w domowym jacuzzi. To był wymarzony moment, by odszukać klucz i sprawdzić, jakie sekrety kryje w sobie podwójne dno skrzyni.

Zerwała się z krzesła i zwracając szczególną uwagę, by nie narobić hałasu, wymknęła się ukradkiem do drugiego pokoju. Ubrania Kamila leżały porozrzucane po całej jego powierzchni.

Jako pierwsze w oczy wpadły jej białe spodnie, które miał na sobie jeszcze niedawno, a które były idealna repliką spodni Toma Cruise’a z filmu „Cocktail”. Przeszukała kieszenie, lecz niczego nie znalazła. Nie była zdziwiona, nawet przypuszczała, że to zadanie nie będzie należało do prostych, nigdy też nie chciała stać się osobą, która stawia krok będąc pewną, co ją czeka.

„ Im większa tajemnica, tym więcej zabezpieczeń i więcej emocji” – pomyślała.

Nie poprzestała jedynie na spodniach. Wkrótce zajęła się marynarką, wiszącą na drzwiach i niebieską koszulą, sprawdziła także szufladę nocnego stolika i przestrzeń pod materacem rozkładanej kanapy. Zero. Jakby jedyny miedziany kawałek metalu, którego właśnie pożądała, wyparował.

„Musiał wziąć go ze sobą do łazienki”.

Dopiero dotarło do niej, że sama powinna była odkryć prawdę. Gdyby nie naruszyła tematu, prawdopodobnie klucz nadal byłby wsunięty w szczelinę pod parapetem.

Ułożyła spodnie i koszulę tak, by wyglądały, jakby nikt ich nie dotykał, poprawiła też kieszenie marynarki, które zostały wywinięte na zewnątrz podczas poszukiwań. Wszystko szło gładko, według planu. Dopiero dopychając szufladę, zupełnie przez przypadek, czy jak wolała twierdzić, przez swoja nieudolność, trąciła wysoką pokojową lampę, stojącą tuż za nocnym stolikiem. Nieumiejętnie próbowała ją pochwycić, by zapobiec katastrofie, lecz zsunęła się na kolana i upadła na prawy bok.

Leżała tak przez chwilę w bezruchu, nasłuchując odgłosów dochodzących z łazienki.

Ile miała czasu, zanim wyjdzie zbombardować ją gradem pytań? Musiał coś słyszeć, przecież lampa, opadając uderzyła w uchylone drzwi, które zatrzasnęły się z hukiem. Może skoncentrował się na bąbelkach jacuzzi?

Poddała się. Podniosła swe obolałe ciało z podłogi i chwyciła za metalową część stojaka pokojowej lampy. Na szczęście jej podstawa pozostawiła po sobie okrąg, wyraźnie odciśnięty na grubym dywanie, więc Ola miała pewność, że znajdzie się na odpowiednim miejscu. Ustawiła ją bardzo starannie, po czym odruchowo przełączyła włącznik dla pewności, czy wszystko jest w porządku. Żarówka natychmiast rozbłysnęła jaskrawo-mlecznym światłem, a na kloszu, w górnej jego części, swój cień rzucił mały miedziany kluczyk.

Prawie podskoczyła z radości. Nie zwracała już uwagi na prawidłowo ułożone spodnie, czy symetrycznie postawioną lampę w odciśniętym miejscu na dywanie. Miała klucz i przeczucie, że „zagadka podwójnego dna skrzyni” jest bardziej tajemnicza niż wydawało się wcześniej.

Powoli i subtelnie zamknęła drzwi pokoju gościnnego i ściskając niewielki klucz w lewej dłoni minęła łazienkę, w której nadal było słychać odgłosy domowego jacuzzi. Przechodząc obok niej poczuła, jak mięśnie ręki mimowolnie zaciskają się wokół kawałka miedzianego metalu. Przyspieszyła i w kilka sekund znalazła się w głównej sypialni. Skrzynia jakby na nią czekała. Sama nie miała pojęcia, skąd w niej, takiej drobnej istocie wzięło się wystarczająco dużo siły, iż pudło niezwłocznie znalazło się przed łóżkiem. Wydało się o wiele lżejsze niż wcześniej.

Niecierpliwie wsunęła klucz do zamka i otworzyła pokrywę. Chwilę potem cała kolekcja „Harry’ego Pottera” znalazła się na podłodze tuż obok. Pod książkami, przy prawej krawędzi, zakończony metalowym pierścieniem ukryty był kawałek sznurka o grubości trzech milimetrów. On sprawił, że rozwiązanie zagadki znalazło się w zasięgu ręki.

Wsuwając pierścień na palec wskazujący, pociągła za sznur. Bez pośpiechu zaczęła kolejno wyjmować całą zawartość ze środka, a przy każdej następnej rzeczy była bardziej zdruzgotana i zaszokowana. Poprzez zdjęcia i swoje osobiste przedmioty, dotarła w końcu do samego dna skrzyni, a tym samym najbardziej prywatnego. Jej ulubione majtki, których szukała przed randką z Kamilem, zostały skradzione z jej domu i wsunięte przez niego w foliowy, hermetyczny worek. Gdy go rozchyliła, zapach płynu do płukania uderzył w jej nozdrza.

– Chory palant? – wyszeptała do siebie, jednak na tyle głośno, by Kamil, obserwujący ją od jakiegoś czasu, słyszał wypowiedziane słowa.

Pochłonięta swym odkryciem, nawet nie czuła jego obecności.

– Kto? Ja? Chory palant? – zapytał, robiąc krok do przodu.

Miał na sobie jedynie krótkie, biało-czerwone plażowe spodenki i gumowe klapki, których głównie używa się pod prysznicem lub na basenie. Przewieszony przez szyję ręcznik, podkreślał naznaczoną ciężkim treningiem, klatkę piersiową.

Nie był zły, nawet się uśmiechał, tyle, że dla Oli jego uśmiech był równie obrzydliwy i przeszywający, jak zawartość podwójnego dna kufra.

– Chyba musisz mi coś wyjaśnić, prawda? – zebrała w sobie resztki odwagi.

Odwrócił się bez słowa i zatrzasnął drzwi, po czym przekręcił klucz w zamku i schował go do lewej kieszeni spodni.

Ola była pewna, że za chwilę będzie nie tylko świadkiem, ale stanie się także głównym elementem czegoś przerażającego.

ROZDZIAŁ 31

W drodze do „Galerii” Maks wymyślał słowa, jakimi powinien rozpocząć rozmowę z Agnieszką. Niewiele mogło się zmienić od ich ostatniego spotkania, zatem nie wmawiał sobie, że wydarzenia potoczą się gładko i bez wysiłku.

Zostawiając samochód przy drodze, pokonał szerokie schody i wszedł do środka majestatycznego budynku. Codziennie o tej porze Agnieszka wychodziła coś zjeść do kawiarni za rogiem, o czym oczywiście doskonale wiedział, więc dawało mu to dodatkowych kilka minut na szczegółowe dopracowanie swej wypowiedzi. Z kartką papieru usiadł na krześle pod ścianą, jak wtedy, gdy po raz pierwszy przyszedł do „Galerii” na umówione spotkanie.

Układając strategiczny plan, skrupulatnie zapełniał kolejne linijki absurdalnymi pytaniami. Wyglądał podobnie, choć pod wpływem Agnieszki styl jego ubioru stanowczo został poddany metamorfozie. Był jej za to wdzięczny, bo pokazała mu, że w niektórych sytuacjach rzeczy, które masz na sobie zmieniają sposób postrzegania cię przez inne osoby. Nadal nosił swoje ulubione, jasno-niebieskie jeansy, ale pozbył się skórzanej, niewygodnej kurtki, mniej dobierał brązu i beżu, a skłaniał się ku zieleni i błękitowi, które rozjaśniały przytłumioną, tradycyjną osobowość.

„Galerię” w dalszym ciągu wypełniały obrazy Aleksandry Gruszki, choć powieszonych zostało także kilka zupełnie nowych, bliżej nieznanego mu autora. Na ścianie, tuż przy drzwiach wejściowych zauważył obraz, którego nigdy wcześniej nie widział. Przedstawiał wizerunek mężczyzny, siedzącego na drewnianym, starodawnym krześle. Portret namalowany przez Olę na dzień przed pierwszą wystawą, wisiał na honorowym miejscu, by przyciągać uwagę zwiedzających. Ucieszył się i wstał, by obejrzeć go z bliska, lecz właśnie na drodze stanęła doskonale mu znana właścicielka „Galerii”.

– Cześć – powiedział z nieudawanym zdumieniem, zgniatając kartkę i wsuwając ją do prawej kieszeni spodni.

– Co ty tu robisz? – spytała i omijając go bokiem, podeszła z białą papierową teczką dokumentów do biurka swojej asystentki.

– Właściwie, to przyszedłem się z Tobą zobaczyć, porozmawiać – wystękał.

– Więc rozmawiajmy.

Dmuchnęło chłodem wypowiadanych przez nią słów.

– A moglibyśmy pójść w bardziej ustronne miejsce?

– Ostatnio, gdy byłam z tobą w bardziej ustronnym miejscu, to… sam wiesz, jak się skończyło.

Wciąż ślęczała nad teczką dokumentów, podsuwając asystentce każdy kolejny z większym zaangażowaniem.

– Jeżeli masz mi coś ważnego do powiedzenia to słucham, bo wiesz doskonale, że jestem zawalona robotą i nie bardzo mam czas.

Nie znosił, gdy traktowano go przedmiotowo, jak kogoś niepotrzebnego. Miał ochotę wyjść trzaskając drzwiami, ale przypomniał sobie, po co tak naprawdę przyszedł. Ola była ważniejsza niż jakaś ambicja urażona przez złośliwą i negatywnie nastawioną do niego kobietę.

– Wyjeżdżam – odezwał się w końcu po krótkiej przerwie, z trudem powstrzymując się od nieznośnych uwag.

Agnieszka oderwała na moment wzrok od papierzysk i przeplatając smutek z rozczarowaniem, spojrzała na niego, po czym niezwłocznie opuściła głowę. To jednak wystarczyło, by Maks zrozumiał, że wszystko było pozorowaną grą, którą formowała odkąd weszła do „Galerii”. Postawionym murem obronnym, przysłaniającym prawdziwe oblicze. Kochała go, a wiadomość o wyjeździe mocno uderzyła w jej emocje.

– Na długo?

– Jeszcze nie wiem. Agnieszka, mogłabyś na jakiś czas zostawić tą teczkę i porozmawiać ze mną normalnie?

– Przecież rozmawiamy.

– Doskonale zdajesz sobie sprawę, że to, co teraz robimy nie można nazwać rozmową. To jakieś odbijanie piłki. Ja coś mówię, ty coś mówisz, ale nie ma między nami żadnego kontaktu.

– A co mam ci powiedzieć?! – skumulowany stres eksplodował.

Asystentka wsunęła dokumenty do papierowej teczki i wykorzystując odpowiedni moment, wymknęła się ukradkiem do magazynu, nie mając najmniejszego zamiaru, w jakikolwiek sposób stać się świadkiem prywatnej wymiany zdań dwójki byłych kochanków.

– Mam się przyznać, że zakochałam się w tobie i jest mi potwornie trudno wyjść poza to cholerne więzienie zwane „miłością”.

– Myślisz, że o tym nie wiem? Ale nie potrafię cofnąć czasu.

– I to właśnie jest w tym wszystkim najbardziej niesprawiedliwe.

– Może, jeżeli spróbujemy oboje…

– Czego chcesz spróbować?! – Znów zaatakowała.

– Może spróbujemy żyć obok siebie bez niepotrzebnych zgrzytów? Fakt, nie udało się, trafiliśmy w zły czas, w nieodpowiednim miejscu. Dziś wyjeżdżam…

– Mówiłeś już – weszła mu z zdanie, choć jej głos stał się, jakby łagodniejszy. – Przyszedłeś się pożegnać? Nie potrzebuję tego – oświadczyła mroźno.

– Pozwolisz mi dokończyć?

Nie odpowiedziała, tylko splotła ręce na wysokości klatki piersiowej.

– Wyjeżdżam i mam do ciebie prośbę.

– Nie wydaje ci się, że z całych sił starasz się dojść na szczyt bezczelności?

– Nawet nie wiesz, o co mi chodzi? Od wczoraj wydarzyło się bardzo wiele.

– Jakiś przykład?

– Ola opuściła szpital na własną odpowiedzialność. Czuje się dobrze, ale nie chce podjąć dalszego leczenia, a na dodatek wprowadziła się do Kamila i mam wrażenie, że on maczał palce w podejmowaniu przez nią decyzji.

– A co ja mam z tym wspólnego? Nie potrafiłeś się szybciej określić, to „kolega” cię wyręczył. W czym mam ci teraz pomóc?

– Agnieszka, nie rozumiesz. Tu wcale nie chodzi o mnie.

– W takim razie, czego chcesz?

– Chciałbym, żebyś czasami odwiedziła Olę i sprawdziła, czy u niej wszystko w porządku.

– Maksie kochany, Ola to duża dziewczynka, poradzi sobie.

– Właśnie tego się obawiam najbardziej. Będzie chciała opanować wszystko sama i albo doprowadzi do kolejnego rzutu choroby, albo nie wytrzyma psychicznie i trafi do szpitala dla obłąkanych.

– Cholera, jak ty ją musisz kochać.

– I co z tego? Miłością nie wyleczę SM.

– Ale możesz pomóc jej z tym żyć.

– Za późno.

– Skąd wiesz? Pytałeś? Rozmawiałeś z nią o tym? Dowiadywałeś się, co do ciebie czuje?

– A po co? Przecież już wybrała.

– Serio nie powiedziałeś o swojej miłości?

– Nie.

– Oj, ty trąbo. Wiedziałam, że nie dasz rady, Nawet, jeżeli masz wszystko gotowe i podstawione na talerzu.

– Nie rozumiem.

– Właściwie, nie dziwię się.

– Nadal nie rozumiem.

– Podejdź tutaj, coś ci pokażę.

Wzięła go za ramię, przeszli kilka kroków i zatrzymali się przed portretem, przedstawiającym postać nagiego mężczyzny siedzącego na starym drewnianym krześle.

– Powiesiłaś go – wyszczerzył zęby. – Zauważyłem wcześniej, ale…

– Przyjrzyj się uważnie, baranie – przerwała mu rozkazująco. – Widzisz coś szczególnego?

– Agnieszka, przecież wiesz, że ja się na sztuce kompletnie nie znam.

– Patrz! – krzyknęła. – Mów, co widzisz! – narzuciła.

– Facet siedzący na krześle…

– Co jeszcze?

– Niebieskie tło, nachodzące na niego…

– W porządku, pomogę ci. Prawy, dolny róg.

– Co?

– Prawy, dolny róg – powtórzyła. – Naprawdę jesteś taki tępy?

– Cholera jasna – wykrztusił wreszcie.

– Teraz rozumiesz?

Odsunął się od obrazu i złapał za czoło.

– Cholera, Agnieszka?

– Dlatego chciała, byś zjawił się na wernisażu. Byś zobaczył.

– Ale to oznacza, że wszystko spieprzyłem.

– Może nie jest tak źle, jakby się mogło wydawać?

– Chrzanić zasady – powiedział do siebie. – Facet bez kobiety i tak nie jest prawdziwym facetem.

– Co takiego?

– Nieważne, innym razem ci wytłumaczę. Teraz muszę lecieć. Jesteś wspaniała.

Pocałował ją w policzek i wybiegł, pozostawiając otwarte drzwi.

Ona jeszcze przez jakiś czas wpatrywała się w słowa wypisane w prawym, dolnym rogu płótna. Potem zamknęła za Maksem wejściowe drzwi „Galerii” i wróciła do przeglądania dokumentów z białej, papierowej teczki.

ROZDZIAŁ 32

Gdy Kamil zbliżył się do Oli, odskoczyła, niczym spłoszone zwierzę.

– Boisz się mnie? – zapytał spokojnie i spróbował dotknąć jej twarzy, lecz po raz kolejny odsunęła się, zasłaniając poduszką dekolt, który wyraźnie i przekonująco przyciągał jego wzrok.

– Zostaw mnie.

– Wszystko zepsułaś, wiesz? Ale jeżeli wystarczająco intensywnie będziemy nad tym pracować… zobaczysz, że nam się uda – mówił z sugestywnym zaangażowaniem i rosnącą nadzieją.

– Co się uda? O czym ty mówisz? Po tym, co znalazłam w skrzyni pod łóżkiem?

– To przecież nic takiego, zwykłe przedmioty.

– Kamil, tam były moje majtki. A tak z ciekawości, skąd się wzięły w twoim posiadaniu? Byłeś u mnie w domu? Szperałeś w moich rzeczach?

Milczeniem wyraził ogół własnych myśli.

– Kiedy? – spytała, gdy cisza zaczynała wciskać ją w niewolę.

– Po co ci to?

– Chcę wiedzieć, chyba tyle mi się za to należy?

– Chcesz wiedzieć, czy byłem w twoim domu, choć nie będziesz wstanie tego zrozumieć? Ale w porządku. Byłem w mieszkaniu, zadowolona? Nie miałem takiego zamiaru, ale tak jakoś wyszło, trudno.

– Wtedy zabrałeś moje majtki, czy może innym razem?

– Byłem tam tylko raz. To po części też twoja wina, bo nie zamykasz drzwi na klucz.

– To skrajny paradoks, wiesz? Od czasu, gdy po raz pierwszy zjawiłeś się w moim domu zaczęłam to robić. Dlaczego je zabrałeś?

– Żeby mieć cię blisko siebie, by czuć twój zapach, kiedy się budzę rano i zasypiam wieczorem.

– Przecież to tylko płyn do płukania. Mogłeś zapytać, a dałabym ci namiary na sklep, w którym go kupiłam. Jesteś nienormalny! Nie zbliżaj się do mnie!

– Nienormalny? Skarbie, poczułem się urażony. Kiedyś czytałem, że człowiek nienormalny to inaczej wyrafinowany psychopata, działający nade wszystko, racjonalnie. Naprawdę sądzisz, że jestem kimś takim?

– A jak inaczej wyjaśnisz to? – wskazała na drewniany kufer i pozostawione przez nią rzeczy na podłodze obok.

– Powiedz mi, czy nie wydaje ci się, że miłość i szaleństwo, są często bardzo ze sobą powiązane?

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że kolekcjonujesz, czy też kolekcjonowałeś, bo już sama nie wiem, w jaki sposób to nazwać, moje prywatne rzeczy, dlatego, że mnie kochasz? Przecież to jakiś absurd, niemoralny nonsens.

– Tak piękne uczucie nazywasz absurdem?

– Ta rozmowa zmierza do nikąd. Zostaw mnie w spokoju. Wychodzę – oznajmiła i podniosła się z łóżka. – Nie mam najmniejszej ochoty… – nie dokończyła. Poczuła, jak silna dłoń Kamila zaciska się wokół jej szyi i powala z powrotem na pościel.

– Kochanie, nie wydaje mi się, żebym pozwolił ci gdziekolwiek pójść bez mojej zgody.

Przytrzymywał ją, aż w jej oczach zobaczył pogłębiającą się ciemność. Nie próbowała walczyć, była za słaba. Brakowało jej powietrza i powoli zaczynała tracić przytomność.

***

W tym samym czasie, na plac przed osiedlowym marketem, niedaleko bloku numer piętnaście, wjechał podstarzały, zielony Nissan. Maks wysiadł trzaskając drzwiami i wbiegł na klatkę schodową swego bloku. Minął parter i pierwsze piętro, będąc przekonanym, że gdzieś w jego mieszkaniu powinien znajdować się kawałek kartki z adresem zamieszkania Kamila. Ostatniego dnia pobytu Olki w szpitalu doktor Dorota Zagórska zdobyła go pod pretekstem informacji, które szpital powinien posiadać w razie nagłego wypadku.

W dziesięć minut przetrząsnął całe mieszkanie, wywrócił całkowicie do góry nogami sypialnię i pokój gościnny, przeszukał ubrania i zajrzał nawet do łazienki, ale nie odnalazł nic poza kilkoma rachunkami ze sklepu spożywczego i bezużytecznymi notatkami na różnokolorowych karteczkach, które często wpinał w drewnianą tablicę obok lodówki. Bezradność rozkazywała mu sądzić, że po raz kolejny przegrywa, a mimo to nadal zastanawiał się, gdzie mógł zawieruszyć się niesamowicie ważny, choć istotnie głupi kawałek papieru. Zbiegł po schodach i przyspieszonym krokiem opuścił czteropiętrowy budynek, przeszedł jeszcze kilka metrów i wsiadając do samochodu odpalił silnik. Oddychał płytko i nerwowo. Zupełny brak wyobrażenia, jak powinien wyglądać następny krok dodatkowo rozbijał jego koncentrację i przytomne myślenie. Wyłączył silnik, uchylając szybę. Dusił się, nie mógł złapać powietrza, a kropelki potu wypełniły całą przestrzeń czoła i potylicy.

– Dobrze się czujesz? – zapytał w pewnym momencie znajomy głos.

– Tak, wszystko w porządku – odpowiedział grzecznie, nie zwracając uwagi na osobę, stojącą obok jego auta.

– Na pewno nic ci nie jest?

– Przecież powiedziałem już, że wszystko gra! Ile razy mam powtarzać?! – tym razem wyładował swoją złość. – Możesz mnie zostawić?!

– Chciałam tylko zapytać.

Podniósł głowę znad kierownicy i poczuł się jak ostatni łajdak. To była ta miła sąsiadka z pierwszego piętra, która często uśmiechała się w jego stronę i pozdrawiała przy każdej nadarzającej się okazji. Jak mógł ją potraktować w tak okropny sposób?

– Poczekaj! – zawołał, wysiadając z samochodu. – Nie chciałem być niemiły.

– Gdybyś nie chciał, nie byłbyś.

– To prawda – przyznał. – Moja przyjaciółka…

– Olka – wyprzedziła go.

– Tak, Olka. Znasz ją?

– Można tak powiedzieć.

– Szukam jej.

– Myślałam, że jesteście parą?

– Nie do końca. To naprawdę długa historia i obiecuję, że kiedyś ci opowiem, ale teraz muszę za wszelką cenę ją odszukać. Mam jej coś ważnego do powiedzenia.

– Mogłabym ci jakoś pomóc?

– Widziałaś może jakiegoś innego faceta w jej towarzystwie? Ma na imię Kamil.

– Myślałam, że to twój znajomy, słyszałam was na klatce któregoś dnia?

– To też długa historia.

– Rozumiem.

– To co z tym facetem?

– Widziałam ich dziś rano, jakieś dwie ulice stąd. Olkę i tego Kamila. Wchodzili do „wieżowca dla bogaczy”. Wiesz, o czym mówię?

– Wiem doskonale. Dzięki, jestem ci ogromnie wdzięczny. Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Cmoknął ją w policzek i uśmiechnął się do siebie, bo przez przypadek, zwykłe zrządzenie losu stała się kolejną kobietą, która mu dziś pomogła, i którą uraczył niewinnie serdecznym pocałunkiem.

– Ale z Olką wszystko dobrze? – Wykrzyknęła zakłopotana, lecz jej głos zagłuszyło łomotanie odpalanego silnika zielonego Nissana.

Zapiszczały opony, pozostawiając na placu przed osiedlowym marketem, dwa równomiernie rozmieszczone czarne pasy spalonej gumy, a jej zapach wraz z wytworzonym dymem poszybował wysoko nad miasto.

***

Ola leżała bez ruchu, błagalnie spoglądając Kamilowi w oczy. Wyryta w nich niepojęta pustka, wypełniała jego wnętrze.

– Puść mnie, proszę – wymówiła ostatnim tchem, gdy jej oczy zaczęła przesłaniać bezkształtna ciemność.

Na moment zluzował uścisk. Pęcherzyki powietrza znów wypełniły jej płuca, zwyciężając ogarniający mrok. Odkaszlnęła kilka razy, przechylając się na lewy bok i zachłannie wciągając powietrze, wtuliła się w chłodną pościel.

– Poniosło mnie, przepraszam – oznajmił, zabierając dłonie z jej krtani.

-Poniosło? Prawie mnie zabiłeś.

– Nie chciałem. Tak się dzieje, gdy stajesz się nieposłuszna. Nie miałem w planach odkrywania przed tobą żadnych tajemnic, więc sama doskonale rozumiesz… – szeptał, a ona musiała znosić zapach jego oddechu na swojej skórze.

Cała się trzęsła. Jej serce łomotało niczym młot pneumatyczny, a szybsze krążenie krwi, intensywnie uderzało w czubek głowy.

– Kamil, ja cię nie kocham. Zrozum. Nigdy nie będziemy razem.

Zamyślił się na ułamek sekundy.

– Jeżeli ja cię nie mogę mieć, to znaczy, że nikt inny nie jest ciebie godny.

– Nie kocham cię – powtórzyła, mając wrażenie, że wypowiadane słowa do niego nie trafiają i niespodziewanie znów poczuła silny ścisk jego dłoni. Tym razem tylko ją przytrzymywał, nie dusił.

– Nie rób mi krzywdy – wyskamłała przez ściśnięte gardło.

Nie koncentrował się na nawoływaniach, płynących z jej ust. Delektował się odbiciem w lustrze, które jakiś tydzień temu zawiesił nad łóżkiem. Widział umięśnionego, wysportowanego mężczyznę, pochylającego się nad łagodnym i bezbronnie ułożonym ciałem pięknej kobiety. Gdy zdał sobie sprawę, że tym mężczyzną jest on sam, ten widok przez chwilę zrodził w nim poczucie winy i obrzydzenia. Niestety, podniecenie w tej grze, zdecydowanie przybrało postać zwycięzcy. Jego penis pulsował równomiernie, a zmieniając swój pierwotny kształt, wypełnił obszerną przestrzeń krótkich, plażowych spodni.

Mając na sobie jedynie cienką koszulę nocną, Ola żałowała, że zaraz po przebudzeniu nie założyła swoich obcisłych jeansów, które z trudem wsuwała na siebie, nie byłoby mowy, żeby się przez nie przedrzeć. Teraz mogła jedynie pluć sobie w twarz, czując twarde prącie na swoim prawym udzie.

Próbowała się bronić, ale był silniejszy i bardziej zwinny. Nie miała najmniejszych szans.

Pochylił się nad jej twarzą i zbliżył usta do pocałunku, ale odchyliła głowę w bok. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, co spowodowało u niego nieplanowaną pasywność męskiego urządzenia.

Nie miał pojęcia, co się dzieje. Nigdy przedtem tego typu rzeczy nie miały miejsca.

Spojrzał w lustro. Ten sam mężczyzna, który jeszcze przed chwilą był spektakularną statuą męskości, stał się wrakiem zatopionego tankowca.

Wstał i popatrzył na Olę. Ona odwzajemniła spojrzenie przez pełne strachu oczy.

– Piękna z ciebie kobieta Aleksandro – powiedział, po trwającej przez chwilę, przygnębiającej ciszy. – Nie miałem najmniejszego zamiaru cię skrzywdzić. Chciałem byś była szczęśliwa.

Ola ze łzami w smutnych oczach pokiwała przecząco głową.

– Niestety i tym razem nam się nie udało.

– Wypuścisz mnie? – spytała, myśląc tylko, aby jak najszybciej uciec z tego pokoju, z tego mieszkania, z tego budynku.

Nie odpowiedział. Podszedł do drzwi i otworzył je na oścież, wychodząc.

Ola w pośpiechu wsunęła jeansy, zapięła stanik i zakryła resztę swej nagości grubym, wełnianym swetrem, a zarzucając torebkę na ramię, przystanęła w przedpokoju.

Kamil siedział w salonowym fotelu ze szklanką whiskey w dłoni. Wpatrywał się namiętnie w niewielki obraz na ścianie, przedstawiający pędzące konie w tumanach kurzu.

Usłyszał ją, gdy zakładała szpilki.

– Profesor Minge nie istnieje – odparł, nie odrywając wzroku od kawałka płótna.

Zdążyła już się tego domyślić. Zbyt dużo niewiadomych krążyło wokół, by taka osoba okazała się autentyczna. Mimo tego czuła się zawiedziona.

Kiedy znalazła się przy wejściu do budynku, uspokoiła się, a serce przestało wyrywać się z piersi. Niemniej zdawała sobie sprawę, że zupełnie bezpieczna może być wyłącznie przy Maksie i postanowiła go czym prędzej odszukać. Złapała za telefon i wybrała jego numer, ale nie odbierał.

Przebiegła na drugą stronę ulicy i energicznym krokiem ruszyła przez aleję drzew w stronę parku. Przed oczami miała końcową scenę z filmu „Bezsenność w Seattle”, w której na dachu Empire State Building Tom Hanks spotyka się z Meg Ryan. Zamyśliła się, a najlepsza scena z uwielbianego przez nią po wszystkie czasy filmu wprowadziła ją na jezdnię, wprost pod nadjeżdżającego zielonego Nissana.

ROZDZIAŁ 33

Nie dostrzegła nadjeżdżającego samochodu, wkraczając na szosę. Dopiero po chwili światła pojazdu zapaliły się w jej oczach. Auto, hamując gwałtownie, prześlizgnęło się w prawo, zahaczyło przednim kołem o krawężnik i z piskiem opon zatrzymało się nie więcej niż pół metra przed Aleksandrą Gruszką.

– Oszalałaś!!! – wrzasnął Maks, wysiadając z zielonego Nissana. – Życie ci niemiłe, kobieto?!

Nie patrząc w jej stronę, kilkakrotnie kopnął w oponę przedniego koła.

– Mógłbyś być trochę bardziej miły dla kobiety, którą o mały włos nie potrąciłeś – stwierdziła żartobliwie.

Właśnie sprawdzał podwozie, czołgając się po zimnym asfalcie, gdy jej taktownie subtelny głos poderwał go z ziemi.

– Olka? – zapytał dla pewności. – Olka! – Zawołał radośnie i niemal natychmiast wpadli sobie w objęcia.

– Szukałem cię, wiesz?

Przykleiła się do niego jeszcze mocniej.

– Muszę ci coś powiedzieć. Uciekłam od Kamila.

– To dobrze, bo to wstrętny facet.

– Wstrętny i odpychający.

– Stało się coś? Skrzywdził cię? Bo jeśli tak, to ja go…

– Nic mi nie zrobił, tylko… – urwała na moment.

– Tylko, co?! Olka, powiedz?!

– Tylko mnie stąd zabierz.

– Dokąd?

– Dokądkolwiek i nigdy, przenigdy nie zostawiaj mnie więcej samej, dobrze? Nawet, jeżeli będę cię o to prosić.

– Masz to jak w banku. Wiesz, mam pewien pomysł – oznajmił.

– Pomysł? Co ty znowu kombinujesz?

– Zaufaj mi. Po prostu mi zaufaj.

***

Godzinę później on prowadził samochód, a ona, okryta jego kraciastą koszulą, spała na przednim fotelu, odchylonym delikatnie do tyłu, dla większego komfortu. Wyglądała jak anioł.

Spokojny sen zaprowadził ją ponownie do świata fantazji, gdzie nie było SM, tylko dom na wsi, chłopczyk z kręconymi włosami, ganiający za psem i mężczyzna myjący auto na podjeździe przed domem. Widziała go wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej i rozpoznając w nim Maksa, uśmiechnęła się nieświadomie przez sen.

Droga z każdym kilometrem stawała się trudniejsza do przebycia, jednak zmęczenie dające się Maksowi we znaki, spowodowane długotrwałym siedzeniem za kółkiem, redukowała bliskość drugiego serca.

Dochodziła dwudziesta druga, gdy dojechali na miejsce. Maks zatrzymał samochód na poboczu polnej drogi i najczulej jak tylko potrafił dotknął ręki Oli. Otworzyła oczy. Wokół panowała ciemność, jedynie blask księżyca i włączone światła pojazdu oświetlały obszar przed nimi.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała, ziewając.

– Poczekaj tu, ja zaraz wrócę.

– Ale gdzie idziesz? Nie lubię zostawać sama, gdy jest ciemno.

– Olka, tylko minutkę – poprosił.

– Minutkę? Już to widzę.

– Obiecuję.

– Dobrze, ale jeżeli za minutkę cię nie będzie, to sama usiądę za kierownicą i pojadę sobie, a ty tutaj zostaniesz pośrodku niczego.

– Nie przesadzaj. Zobaczysz, że ci się spodoba – zapewnił ją, opuszczając auto.

Próbowała dostrzec coś więcej, włączając halogenowe reflektory zamontowane w zderzaku, ale niczego więcej, prócz zarysu sylwetki Maksa, przebiegającego przed pojazdem, nie wypatrzyła.

Nagle z prawej strony samochodu rozbłysnęło światło. Dwie chodnikowe latarnie oświetliły mlecznym światłem obszar wielkości stu metrów kwadratowych.

– Olka! Olka!

Usłyszała jego nawoływanie i uchyliła szybę.

– Olka, możesz już wysiąść.

– Tutaj mi dobrze.

– Nie wygłupiaj się, tylko chodź.

Wysiadając z samochodu wpadła w osłupienie. Przy polnej drodze, przed jej oczami stał dom, taki sam, jak ten z sennych marzeń.

– Co to jest? – zapytała zdumiona.

– To jest dom. Wiesz, taki budynek, gdzie ludzie mieszkają, jedzą, śpią, wychowują dzieci i robią wiele innych rzeczy, o których nie wypada w niektórych sytuacjach mówić – zażartował.

– Widzę głupolu, że to jest dom, tylko, co to za dom?

– Normalny, z cegły budowany.

– Jak Boga kocham zaraz cię strzelę. Co my tutaj robimy? Kogo jest ten dom?

– Mój.

– Twój?

– A w zasadzie nasz, jeśli się zgodzisz ze mną zamieszkać.

– Ale… w jaki sposób?

– Rodzice dawno temu go dla mnie zostawili. Pomyślałem, że to odpowiedni moment, żeby go wykorzystać.

– Nigdy mi nic nie wspominałeś.

– Bo nigdy nie myślałem, że znajdę odpowiednią osobę, z którą będę chciał się nim dzielić.

Jej twarz rozbłysła radością.

– W takim razie, jaka jest twoja odpowiedź?

– Nie wiem, musiałabym się zastanowić.

– Olka, dość tych gier. Widziałem napis na obrazie. To dlatego chciałaś, żebym zjawił się na wernisażu?

„Alles aus Liebe” –„ Wszystko z miłości”.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?

– Bo nie byłam pewna, że czujesz to samo.

– OJ, głupia ty.

Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Ich usta od dawna tęskniły.

– Jutro będzie najlepszy dzień mojego życia.

– Jutro? A nie jest dzisiaj?

– Jeżeli mówię, że będzie jutro to znaczy, że mam rację. I zacznij się do tego przyzwyczajać.

– Olka, przecież jutro jest poniedziałek.

– I co z tego?

– Ty nienawidzisz poniedziałków.

– Gdy ma się dla kogo wstawać, kocha się nawet poniedziałki.

EPILOG

(DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ)

Ola stała przy kuchennym oknie, wychodzącym na przestronny ogród i wpatrywała się w drzewo pokryte czerwonymi liśćmi, stojące pośrodku niego. Ten widok dopełniał każdy poranek odkąd wprowadzili się do pomarańczowego domku przy polnej drodze.

Niespodziewanie poczuła dłonie Maksa, oplatające ją w talii.

– Dzień dobry – powiedział, całując tylną część policzka, po czym zanurzył twarz w jej gęstych, kręconych włosach. Pachniały brzoskwinią i porannym powietrzem. Uwielbiał ich zapach.

– Wyobrażałeś sobie kiedyś, co czuje drzewo w naszym ogrodzie? Musi być mu bardzo smutno i samotnie. Może powinniśmy coś z tym zrobić? – zarzuciła go pytaniami.

– Kupimy stolik i krzesła, i postawimy pod nim. Będziemy wysiadywać godzinami patrząc, jak nasze dziecko biega za piłką, albo bawi się lalkami. Bo będziemy mieć dziecko, prawda?

– Skąd wiesz? Jeszcze nikomu o tym nie mówiłam?

– Szukałem maszynki do golenia, a znalazłem test ciążowy za tubką kremu.

– Zrobiłam dziś rano – przygryzła wargi. – Boję się.

– Damy sobie radę.

– Nie tego się boję. Po porodzie może pojawić się rzut, mogę nie być do końca sprawna.

– Wiem, ale będzie dobrze. Urodzisz pięknego i zdrowego dzidziusia. Nic złego cię nie spotka, obiecuję.

Pomimo, że mógł nie mieć racji, nie wiedząc dlaczego, była spokojna. Może zwyczajnie chciała wierzyć, że będzie dobrze? Może pewnego dnia nie będzie potrzebowała interferonu, żeby normalnie funkcjonować? Nikt jej tego nie gwarantował, ale życie u boku osoby, którą się kocha dodaje więcej odwagi i wiary. Niemożliwe staje się osiągalne.

– Wolałbyś chłopczyka, czy dziewczynkę?

– Nie wiem, a ty?

– Chyba chłopca. Wybrałam już nawet imię.

– Dopiero, co zrobiłaś test, a już masz imię dla naszego dziecka?

– Nie czepiaj się, bo ci nie powiem.

– Akurat. Jak cię znam, nie możesz się doczekać, żeby to z siebie wydusić.

– Myślisz, że tak dobrze mnie znasz?

– Prawie jestem pewien, że mam rację. W takim razie, jakie imię wybrałaś?

– Staś, po twoim dziadku.

– Staś – Stanisław, będzie do niego pasować.

– Wiedziałam, że ci się spodoba.

– Olka?

– Co takiego?

– Możesz mi powiedzieć jeszcze coś?

– Już wszystko ci powiedziałam, nie ma żadnych tajemnic. Wiesz, że ich nie znoszę.

– Tylko, że ja chciałem zapytać o to wielkie pudło w przedpokoju.

– Nie wiem, skąd się wzięło. Znalazłam pod drzwiami dziś rano. Pewnie dostawca zostawił. Zaadresowane jest do ciebie, więc nie otwierałam.

Wyjęła jogurt z lodówki i odgięła aluminiowe wieczko.

– Do mnie? Nie spodziewałem się żadnej przesyłki – zdziwił się i wyszedł po paczkę.

– W takim razie to ładunek wybuchowy – zażartowała, pochłaniając mieszankę owoców ze środka kremowej konsystencji.

Wrócił po minucie, taszcząc trzydziestocalowe, płaskie, kartonowe pudło.

– Intrygujące – podtrzymywała satyryczną atmosferę.

Wyjmując z szuflady kuchenny nóż, rozciął taśmę, przyklejoną wzdłuż jednego z boków.

– Miej na względzie to, że jestem w ciąży. Jeżeli tam jest bomba, to cię zabiję.

– Śmiej się, śmiej.

Włożył rękę do środka, złapał za krawędź drewnianej ramy i wydobył na zewnątrz akwarelowy obraz namalowany niegdyś przez Aleksandrę Gruszkę.

– Cholera, to moje! – wykrzyknęła.

– Wyrażaj się przy dziecku – teraz on stał się ironiczny.

W sekundzie zrobiła się niesamowicie poważna. Obraz przedstawiał rodzinny dom Oli i był jedynym, którego złodziej nie zwrócił.

– Jest też list – dodał Maks, trzymając złożoną na pół kartkę żółtej papeterii.

„Drogi Maksymilianie,

szalenie trudno jest mi wyrazić, co czuję, wiedząc, że opiekujesz się Olką. Od samego początku byłam przekonana, że jesteś najbardziej odpowiednią dla niej osobą, lecz musiałam się upewnić.

Na szczęście kobieca intuicja mnie nie zawiodła i spokojnie mogę wracać tam, gdzie moje miejsce.

Obraz potraktujcie, jako prezent. W waszym domu będzie lepiej się prezentował. Twoja przyjaciółka, oddana sąsiadka z pierwszego piętra i anioł stróż w jednym. Pozdrawiam, Alicja”. 

Skończył czytać i spojrzał na Olę. Oboje wiedzieli, co powinna teraz zrobić. Zadzwonić do Alicji Gruszki – swojej własnej siostry.

MOJE SPOJRZENIE NA SM

Jak napisać z sercem o chorobie bez serca? Chorobie bezwzględnej, atakującej znienacka, która powoduje postępującą niesprawność u aktywnych, zakładających rodziny oraz realizujących się zawodowo młodych ludzi? Chorobie nieprzewidywalnej, a na dodatek, na dzień dzisiejszy wciąż nieuleczalnej?

Stwardnienie rozsiane (sclerosis multiplex, SM) to choroba o do końca nie poznanym podłożu, w przebiegu której, w wyniku procesów zapalnych dochodzi do nieodwracalnych uszkodzeń tkanki nerwowej. W miejscu powstałego ogniska zapalnego tworzą się zgrubienia, blizny, które skutecznie zakłócają przepływ informacji w układzie nerwowym. W zależności od miejsca, w jakim te zakłócenia powstają, ich ilości i rozległości, mamy do czynienia z różnym obrazem choroby.

Najwięcej nowych zachorowań notuje się u osób w wieku od 20 do 40 lat, ale są też przypadki kilkuletnich dzieci oraz osób po 50 roku życia. Częściej, niestety, chorują kobiety. U większości chorych, SM przebiega w postaci powtarzających się rzutów, charakteryzujących się wystąpieniem nowego lub nasileniem już istniejącego objawu, z bardziej lub mniej pełnym ustąpieniem symptomów w okresach między atakami. Jednak u niektórych choroba ma postać postępującą od samego początku, bez okresów poprawy. U wielu przypadkach, prędzej czy później dochodzi do postępującego i nieodwracalnego pogorszenia funkcjonalności.

Objawów jest całe mnóstwo i nie sposób wymienić wszystkich. Najbardziej charakterystycznymi są objawy czuciowe – mrowienia, drętwienia zaburzenia czucia manifestujące się trudnością w pisaniu czy utrzymaniu drobnych przedmiotów, osłabienie kończyn (nawet pod postacią niedowładu), zaburzenia chodzenia (tzw. „kaczy chód”) i równowagi, a także zaburzenia artykulacji mowy (tzw. mowa skandowana) i drżenia, dokuczliwe zespoły bólowe, zarówno mięśniowe , jak i stawowe, zespół Lhermitta charakteryzujący się odczuciem nieprzyjemnych „prądów” przebiegających wzdłuż kręgosłupa i kończyn dolnych po odgięciu głowy w przód, zapalenie pozagałkowe nerwu wzrokowego (upośledza ostrość wzroku, zwłaszcza widzenia centralnego i barw, towarzyszy mu często oczopląs), ograniczenie pola widzenia i widzenie podwójne, czego nasza Ola mogła doświadczyć, oraz zespół przewlekłego zmęczenia (objawia się ogromnym znużeniem wraz z towarzyszącym mu uczuciu ogólnej słabości, zwiększoną sennością, nie zawsze ustępującym po odpoczynku).

Często zgłaszane są również zaburzenia funkcji poznawczych – zaburzenia uwagi, zaburzenia zapamiętywania i uczenia się, zaburzenia pamięci długoterminowej czy spowolnienie myślenia, a także zaburzenia psychiczne (wśród pacjentów chorujących na SM i depresję, ryzyko popełnienia samobójstwa zwiększa się i jest od 2 do 7,5 razy większe niż w populacji ogólnej).

Z uwagi na zaburzenia funkcji układu autonomicznego pacjenci często skarżą się również na zaburzenia pęcherzowo-jelitowe, a także obniżenie libido (co może być również skutkiem zażywanych leków przeciwdepresyjnych).

Wszystkie z wymienionych (i niewymienionych) objawów mogą występować z rożnym nasileniem i częstotliwością. Mogą pojawiać się samodzielnie albo kilka na raz, nagle bądź stopniowo. Tu nie ma zasady. Zauważa się także zwiększone nasilenie objawów w okresie letnim (z uwagi na wyższą temperaturę) oraz po wzmożonym wysiłku (fizycznym, psychicznym), stresie, a także w przebiegu infekcji z wysoką gorączką

Z uwagi na fakt, że do dnia dzisiejszego nie jest znana bezpośrednia przyczyna choroby, brak jest leku, który pozwoliłby na całkowite jej wyleczenie. Trwają oczywiście badania nad coraz nowszymi specyfikami mogącymi wpływać na przebieg choroby, jednak na dzień dzisiejszy nie ma się co łudzić, nie ma leku na SM. Najbardziej dostępne (refundowane) jest leczenie objawowe – środki przeciwbólowe, antydepresanty, sterydoterapia w przypadku stwierdzenia ogniska zapalnego, leczenie immunosupresyjne (mitoxantron). Leczenie immunomodulujące (interferon oraz octan glatirameru), dające szansę na przedłużenie okresu remisji choroby, jest możliwe wyłącznie w ramach programu terapeutycznego, który z uwagi na bardzo restrykcyjne kryteria pozwala na objęcie leczeniem zaledwie 8% chorych w Polsce, a jego skuteczność sięga 30%. Niestety leczenie daje efekty uboczne, które u części chorych nie pozwalają na kontynuowanie terapii, na dodatek u osób, u których działa, jest refundowane maksymalnie przez 3 lata, więc to żadna rewelacja. Można się jeszcze pokusić o udział w badaniu klinicznym (w tej fazie badań znajduje się kilka obiecujących preparatów, głównie przeciwciał monoklonalnych) albo znaleźć sponsora i zafundować sobie stent szyjny, stosowany w leczeniu przewlekłej niedrożności szyjnej, uważanej przez pewne grono naukowców za główną przyczynę SM. Albo po prostu odżywiać się zdrowo, dużo odpoczywać, wzmacniać mięsnie, nie przegrzewać się i mieć nadzieję, że uda się przetrwać „bezboleśnie” kolejny rzut. Albo, że wcale go nie będzie. Czego sobie i wszystkim innym chorym życzę.

Z pozdrowieniami

Martyna Skrzypińska

 

 

Jeden komentarz

  1. Dot London napisał

    Wciaga i przyjemnie się czyta, czekam na ciag dalszy

Skomentuj