Źródło: Wikipedia

Wiosna 1967 roku w Polsce była dżdżysta. Na całym pomorzu siąpiło, a brudna breja z na wpół roztopionego śniegu i błota ścieliła się szaro-białym potokiem wzdłuż szosy, którą pruła całym gazem, należąca do wojewódzkiego komitetu partii, czarna limuzyna marki Wołga.

– Macie świetnie referencje towarzyszko – powiedział ubrany w granatowy garnitur w prążki i długim garbatym nosem łysiejący mężczyzna po czterdziestce. Siedząca obok młoda kobieta zaczerwieniła się i spuściła wzrok na swoje szczelnie zaciśnięte pod długą granatową spódnicą kolana.

– Dziękuje towarzyszu sekretarzu.

– Jesteście bardzo młoda towarzyszko. Partia wysyła was na odpowiedzialny odcinek. Nie będzie wam łatwo.

Mężczyzna otworzył spiętą skórzanym paskiem teczkę na dokumenty, wyjął z niej plik spisanych przez kalkę fioletowym tuszem dokumentów i zaczął czytać.

– Wieś Biduchowo w powiecie Lębork, województwo Szczecińskie. Środowisko typowo rolnicze. Ziemia piaszczysta, nieurodzajna. Teren mocno pofałdowany. Mieszkańcy to element chłopski, nie wykształcony, napływowy. Nie będzie wam łatwo towarzyszko, ale ręczył za was sam sekretarz od edukacji i kultury z KC.

– Poważnie sam towarzysz Mieczysław fatygował się by mnie wam rekomendować? – powiedziała z wyrazem satysfakcji na twarzy młoda działaczka. Czerwony pąs zalał jej niewinna buzię. Wspomnienie warszawskiego epizodu zawstydzało i dodawało animuszu. „Nie musiał” – pomyślała.

– Ano widzicie. Ważni towarzysze z Warszawy uznali, że dacie rade. Ja byłem przeciwny, bo to i teren nie łatwy i wy jesteście mało doświadczona, ale KC udzieliło wam kredytu zaufania. Nie zmarnujcie tego towarzyszko.

– Możecie mi zaufać towarzyszu sekretarzu.

– Ja wam nie ufam. Z resztą nie muszę, ale KC w was uwierzyło. Mnie nie zawiedziecie. Jednak jeśli wam się tu nie uda to wam tego nie wybaczą. Człowiek może się pomylić, ale partia nie. Będziecie skończona i tu i wszędzie. Miejcie to na względzie. Taką szansę ma się raz w życiu. Stanowisko nauczycieli w szkole powszechnej to nie przelewki. Znam takich co całe życie do tego dochodzili. Zaklinam was na Lenina. Nie zawiedźcie zaufania. Proszę.

– Pamiętajcie towarzyszu, że mimo braku doświadczenia mam solidne wykształcenie. Legitymuje się świadectwem maturalnym liceum zawodowego. Mogłam nawet zdawać na uniwersytet pedagogiczny, jednak partia na razie miała dla mnie inne zadanie. Zaufajcie towarzyszu. Nie lękajcie się. Nie zawiodę. Mam świadomość klasową. Jestem członkiem „ZMSu”. Dam radę. – powiedziała z zapałem godnym lepszej sprawy młoda nauczycielka.

Sekretarz partii jeszcze raz zmierzył ją swoim świdrującym spojrzeniem i pokiwał głową.

– No dobra towarzyszko. Rzucamy was na głęboką wodę. Niech was bóg ma w swojej opiece. Jak będziecie miała problem to dzwońcie do mnie do komitetu. Postaram się pomóc w miarę swoich możliwości.

– No co wy towarzyszu? Boga nie ma.

– Ano nie ma. Tak mi się tylko powiedziało. Ja jeszcze przedwojenny jestem. Ciężko mi przywyknąć do tej nowej sytuacji. Z mojej strony zrobię co w mojej mocy by wam misje ułatwić. Teraz wszystko w waszych rękach.

– Ku chwale ojczyzny towarzyszu sekretarzu wojewódzki. Dam radę.

Pelagia od razu ukochała swoje nowe miejsce na ziemi. Rzuciła się w wir pracy. W parafialnych archiwum kościoła farnego poznała historię Biduchowej. Z wsią związana jest legenda, która głosi, że nazwa osady pochodzi z języka Wikingów i oznacza w mowie bałtyckich piratów „Miejsce bogatych ludzi”.

Największą dumą mieszkańców miejscowości jest wybudowany w gotyckim stylu kościół farny, który został wzniesiony już w 1358 roku. Od 1666 do 1777 roku, z powodu złego stanu wieży nie używano dzwonów kościelnych. Na szczęście wspólnymi siłami mieszkańców i władzy zbudowano nowa wieżę, która niestety spaliła się od uderzenia pioruna w 1888 roku. Wieżę kościoła odbudowano w 1906 roku.

W czasie drugiej wojny światowej, kościół został zniszczony w osiemdziesięciu procentach. Praktycznie przetrwała tylko wieża. Po wyzwoleniu z tysiącletniej okupacji niemieckiej Biduchowo wróciło do macierzy. Nowi, polscy osadnicy w pierwszej kolejności odbudowali biduchowską farę i od tamtego czasu świątynia jest konsekrowana pod wezwaniem Dziewicy Maryi.

W latach sześćdziesiątych nastąpił gwałtowny rozwój miejscowości i kolektywizacja. We wsi powołano państwowe gospodarstwo rolne, zwane w skrócie pegeerem. Dzięki tej pożytecznej inicjatywie władz, miejscowi znaleźli w pegeerze zatrudnienie przy hodowli trzody chlewnej i bydła. Mleko biduchowskich krów cieszyło się ogromną renomą w całym powiecie, było bogate w składniki odżywcze i smaczne. Większość produkcji biduchowskiej mleczarni szło na eksport. Dzięki korzystnemu położeniu geograficznemu eksport  nabiału był bardzo lukratywny i przynosił miejscowym wiele powodów do dumy. Biduchowskie serki szczególnie doceniali mieszkańcy odległej zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów od Biduchowa Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Życie we wsi toczyło się powoli. Miejscowi żyli po swojemu. Bardzo długo jedyną rozrywką we wsi była znajdująca się koło kościoła gospoda „Przystań”, ale odkąd w tutejszej szkole powszechnej zgodziła się na posadę pochodząca z miasta nauczycielka, Pelagia Kupała, życie osady bardzo się zmieniło. Towarzyszka Kupała miała talie osy, wielkie piersi i tlenione włosy. Z drugiej strony kościoła, w budynku starej poczty, urządzono klubo-kawiarnię, która prowadziła towarzyszka Pelagia. Dzięki tej pożytecznej inicjatywie władz, nauczycielce udało się odciągnąć wielu Biduchowian „od kieliszka i kufelka”. Nikt już nie chodził do gospody. W zamian młoda towarzyszka z miasta oferowała miejscowym atrakcyjne wieczorki świetlicowe, odczyty i pogadanki. Nawet proboszczowi miła była taka zmiana. Gospoda „Przystań” odpłynęła, za to obroty w sklepie spółdzielni rolniczej wzrosły i chłopi zamiast siedzieć w knajpie, więcej czasu spędzali z rodzinami pijąc w domu.

Młoda nauczycielka z miasta, obok proboszcza, towarzysza dyrektora Pegeeru i sołtysa, szybko stała się częścią miejscowej elity. Towarzyszka Pelagia nabrała wiatru w żagle i już w kwietniu udało się społeczniczce zorganizować dla mieszkańców wycieczkę do Warszawy. Biduchowianie po raz pierwszy mieli okazję odwiedzić stolicę swojej socjalistycznej ojczyzny. Kulminacyjnym punktem pobytu w mieście miała być dla mieszkańców wsi wizyta w znajdującym się w Pałacu Kultury i Nauki teatrze. Towarzyszce Pelagii udało się załatwić trzynaście wejściówek na inscenizację sztuki Jana Kochanowskiego, pod tytułem „Odprawa Posłów Greckich”.

Towarzysz dyrektor pegeeru wyselekcjonował najlepszych z najlepszych przodowników pracy w gospodarstwie i zorganizował środek transportu na wyjazd. Sołtys zgodził się zostać kierownikiem wycieczki, a wielebny proboszcz wszystko pobłogosławił słowami: „Jedzcie z Bogiem”. Szczęśliwa trzynastka miał wyruszyć z Biduchowa 13 kwietnia, o godzinie 3 rano spod kościoła Dziewicy Marii. Do stolicy było daleko, droga kiepska, autobus stary, a przed wizytą w teatrze nauczycielka chciała przodownikom pracy z Pegeeru pokazać wystawę sztuki współczesnej w warszawskiej galerii: „Zachęta”.

Uczestnicy wyjazdu zjawili się pod kościołem punktualne. Sołtys, pełniący obowiązki kierownika wycieczki, sprawdził obecność. Wszyscy wybrańcy przybyli na miejsce. Dwunastu chłopa i nauczycielka. Brakowało tylko autobusu. Siąpiło, jak to wiosną, i było zimnawo. Czekanie się przeciagało, więc kierownik wycieczki zaproponował uczestnikom wyjazdu po szklance żytniej wódki ze skrzynki przygotowanej „na drogę”. Wszyscy chętnie się napili, bo alkohol pochodził z funduszu reprezentacyjnego gminy, więc było za darmo. Tylko towarzyszka nauczycielka nie piła. Była zdenerwowana i bała się, że wyjazd nie dojdzie do skutku z przyczyn niezależnych od organizatora, a bardzo jej zależało by miejscowi towarzysze trochę się w stolicy odchamili.

Na szczęście, skrzynkę wódki później, zza zakrętu wyjechał niebieski autobus marki Jelcz, zwany pieszczotliwie ogórkiem. Dochodziła szósta rano. Deszcz przestał siąpić, a towarzyszka Pelagia odetchnęła z ulgą. Rozgrzani skrzynką żyta wycieczkowicze zajęli miejsca w ogórku.

Wszystko dobrze zaczęło się układać. Jelcz odjechał w kierunku stolicy. Niestety po drodze ogórek złapał flaka i trzeba było naprawić koło. Czas płynął nieubłaganie. Na dodatek, jak już naprawiono kiszkę, to okazało się, że skończyła się druga skrzynka żyta i kierownik wycieczki zarządził poszukiwanie monopolowego. Udało się po godzinie nabyć skrzynkę jarzębiaka, ale to niestety wódka kolorowa, więc towarzysze pasażerowie z ogórka nie byli zadowoleni. Jednak zdecydowano o kontynuacji wyjazdu, mimo że, towarzysz zootechnik zwymiotował do kapelusza sołtysa, a mechanizator obsikał się w trakcie przystanku, kiedy oddawano przy drodze mocz.

Wszystkie te obiektywne trudności spowodowały spore opóźnienie. Jelcz doturlał się do stolicy przed samą dwudziestą. Towarzyszka Pelagia zadecydowała o rezygnacji z „Zachęty” i pojechano prosto pod monumentalny Pałac Kultury i Nauki. Nikt z towarzyszy się nie spodziewał takich tłumów pod pałacem. Ludzie kłębili się jak muchy na krecie, a autobus z Biduchowa nigdzie nie mógł znaleźć miejsca do zaparkowania.

Teatr był na ósmą. Autobus krążył wokół pałacu dobre pół godziny i nic. Pelagia prawie wpadła w histerię, bo dochodziła już dwudziesta, a nigdzie w Warszawie nie było skrawka wolnego miejsca, by wcisnąć tam ogórka. Udało się dopiero znaleźć trochę miejsca w Emilii Plater. Biduchowianie trochę speszeni wielkim miastem, oddali się pod opiekę bywałej w świecie towarzyszki Pelagii. Nawet sołtys, pełniący obowiązki kierownika wycieczki, przestał się szarogęsić i podporządkował się  nauczycielce, która poprowadziła cały kolektyw z ulicy Emilii Plater w stronę pałacu.

Wszędzie pełno było milicji i spragnionych kultury obywateli. Towarzyszka Pelagia, mimo że miała wykształcenie średnie, zdała nawet egzamin dojrzałości z języka polskiego, nie zdawała sobie sprawy z popularności pisarza Kochanowskiego. Jakiś obywatel z nażelowaną fryzurą, spodniach rurkach, butach na słoninie i marynarce w kratkę z łatami na łokciach, zaproponował sołtysowi zakup biletów po spekulacyjnej cenie, która stanowiła ekwiwalent równowartość dziesięciu półlitrówek jarzębiaka.

– Władek nie gadaj z nim, to konik – powiedziała towarzyszka Pelagia. Bikiniarz z biletami zaklął szpetnie, splunął nauczycielce pod nogi i wycofał się w tłum.

– Konik? – wymamrotał zaskoczony sołtys i przetarł oczy ze zdziwienia.

– Chyba komik, za taką kasę można wykupić pół sklepu spółdzielczego w Biduchowie – wychichrał rozbawiony dyrektor pegeeru.

– Co się dziwisz Józuś, to stolica. Ludzie tu maja inny szyk – odpowiedział z zachwytem w głosie sołtys.

– Towarzysze nie ma czasu do stracenia. Teatr nie będzie na nasz czekał – wycedziła przez zęby poirytowana nauczycielka i pociągnęła sołtysa za rękaw w stronę stojącego na wejściu bramkarza.

Przerażeni przodownicy trzymali się kupą kierownictwa wycieczki. Pelagia rozwinęła przed wpuszczającym widzów, ubranym w granatowy mundur i czapkę z daszkiem strażnikiem pałacowym, papierową gąsienicę z połączonych ze sobą 13 biletów wstępu. Ręce nerwowo jej się trzęsły. Spojrzała na zegarek. Było już 13 po ósmej.

– Co mi tu dajecie towarzyszko? – zapytał poirytowanym głosem wielki jak szafa i upocony jak świnia strażnik pałacowy. Poza znaczeniem werbalnym wypowiedzi, od strażnika można było wyczuć z otworu gębowego intensywny zapach kotletów mielonych z czosnkiem. Sołtysowi zaburczało w brzuchu.

– Bilety do teatru – odpowiedziała drżącym głosem wiejska nauczycielka, w szarej kremplinowej sukience z wielkim białym kołnierzem zamiast dekoltu.

– To musicie z drugiej strony. Od tyłu. Tu wpuszczamy na tych z biletami na szarpidrutów. No tych Rollingów?

– Rolling Stonesów? – wydukała zaskoczona Pelagia.

– Może i tak, że Stonesów. Szarpidruty jakieś. Tak wyją, że nic nie można zrozumieć, ani słowa po polsku. To już drugi koncert dzisiaj. Co ja mówię. Koncert to daje Krzysztof Krawczyk. To są jakieś dzikie wycia.

Pelagia znała muzykę Rolling Stonesów jeszcze z czasów w technikum pedagogicznym w Kutnie, gdzie zdobyła nauczycielskie kwalifikacje zawodowe. Pamięta ten zagraniczny zespół big bitowy z listy przebojów Radia Luxemburg, które młodzież z bursy słuchała w ukryciu. Dekadenckie rytmy nie pasujące do socjalistycznej młodzieży, ale muzyka była w zasadzie git. Zawsze marzyła, by usłyszeć ich na żywo. Niestety nie miała biletów. Nie stać ją było na kupienie wejściówek od konika, a przede wszystkim była w trakcie odchamiania przodowników z pegeeru w Biduchowie. Nie było szansy na Rolling Stonesów.

Zrezygnowana Pelagia przecisnęła się przez tłum, okrążając olbrzymi budynek Pałacu Kultury, torując drogę przodownikom z pegeeru. Do drzwi teatru dotarli o wpół do dziewiątej. Nauczycielka byłą przekonana, że wszystko stracone. Nie zobaczy ani Stonesów ani nawet „Odprawy posłów greckich”, ale starszy pan w mundurze strażnika pałacowego, który pilnował wejścia do teatru bardzo się ucieszył na widok biduchowskiej trzynastki przed drzwiami teatru.

– Zapraszamy, zapraszamy – mówił zbyt uprzejmie, prawie płaszcząc się przed przodownikami, strażnik pałacowy.

Sołtys wepchał się przed towarzyszkę Pelagię i tradycyjnym uściśnięciem dłoni powitał strażnika. Mundurowy policzył wchodzących, po czym zakręcił korba czarnego telefonu wiszącego na ścianie przy wyjściu i zameldował do słuchawki:

– Towarzyszu inspicjencie. Towarzysze widzowie z pegeeru już są. Jest ich trzynastu. Możemy grać. Wpuszczać na widownię? Strażnik radośnie machał głową do słuchawki.

Przodownicy spoglądali z zachwytem na wykonane z socjalistycznym przepychem wnętrze foier pałacowego teatru. Wszędzie pełno żarówek. Prawie wszystkie się paliły. Było jasno, jak w dzień. Zadzwonił dzwonek. Przodownicy zajęli miejsca na widowni.

Cały pierwszy rząd był wypełniony widzami z Biduchowa. Pelagia usiadła z boku, koło wyjścia. Poza przodownikami z pegeeru na widowni nie było nikogo. Towarzyszka poczuła się rozczarowana faktem, że udało jej się załatwić wejściówki na spektakl, na który i tak nikt inny nie chciał przyjść.

Światło płynnie przestało się palić i na sali zapanował mrok. W ciszy rozbrzmiewały pokaszliwania widzów. Nagle ktoś z drugiej strony pierwszego rzędu głośno beknął i przodownicy wybuchnęli rechotliwym śmiechem. Dyrektor pegeeru uciszył przodowników, krótkim, wyartykułowanym, przepitym tenorem, rozkazem „cisza”. Widownia momentalnie zamilkła.

Nauczycielka poczuła, że się cała czerwieni ze wstydu. Na szczęście było ciemno i nikt tego nie zauważył. Reflektor z sufitu zapalił się i rozjaśnił scenę, na którą wyszedł dumnym krokiem, ubrany w białą tunikę i skórzane sandały ten aktor z telewizji – Gustaw Holoubek.

Zza ściany słychać było stłumiony, ale głośny i wyraźny odgłos śpiewu Nicka Jaggera: „I don’t have no satisfaction”.

Holoubek także zrobił się czerwony. Widać było na jego twarzy tłumione emocje. Cały aż kipiał ze złości. Wyciągnął w powitalnym geście rękę w stronę publiczności i zadeklamował: „Skąd przybywacie szlachetni posłowie”. Wtedy z miejsca wstał towarzysz dyrektor i odpowiedział najuprzejmiej jak potrafił: „Z pegeeru Biduchowo”. Sala znowu zatrzęsła się od rechotu przodowników. Sołtys uspokoił dyrektora mówiąc: „Daj spokój Władek”.

Towarzyszka nauczycielka nie wytrzymała napięcia i wybiegła zapłakana z sali teatralnej na korytarz, zatrzaskując za sobą z impetem drzwi. Roztrzęsionymi rękoma próbowała zapalić papierosa. Do foier wszedł strażak z wiadrem wody i kazał młodej towarzyszce opuścić pomieszczenie, bo w teatrze nie wolno palić. Nauczycielka chciała wyjść z budynku na zewnątrz, ale pomyliła drzwi i weszła do oświetlonego tylko jedną, podwieszona na kablu bez klosza, słabą żarówką, korytarza.

W tle słychać było muzykę Rolling Stonesów. Kobieta zaciągnęła się dymem z papierosa i wypuściła go z płuc, tworząc wokół siebie mistyczną mgiełkę, rozświetloną słabą żarówką. Przez ciało przebiegł jej dreszcz. Poczuła pewien rodzaj niepokoju. Nie potrafiła tego nazwać, ale wiedziała, że coś jest nie tak. W ciemności czaił się zły.

Obejrzała się za siebie. Nikogo tam nie było, ale gdy znowu spojrzała przed siebie z mroku, wyłoniła się blada twarz o wielkich, charakterystycznych ustach.

– Kim jesteś? – wymamrotała niepewnym głosem dziewczyna. Dłonie miała wilgotne i rozedrgane. W ustach poczuła cierpki smak. W pomieszczeniu zapachniało siarką.

– Mam wiele imion – odpowiedziała diaboliczna postać, z wyraźnym angielskim akcentem. Nauczycielka chciała uciekać, ale poczuła się jak sparaliżowana, przykuta do ziemi złym spojrzeniem nieznajomego.

– O boże – wyszeptała. Na te słowa blada twarz z wielkimi ustami zareagowała grymasem, wyrażającym obrzydzenie i odrzekł bardzo niskim głosem:

– Pozwól mi się przedstawić. Jestem bogactwem i gustem. Byłem w pobliżu długie lata Ukradłem duszę i wiarę wielu ludzi… Wybrzmiało echem w pustym korytarzu.

– Ja jestem niewierząca, należę do partii – wyszeptała bez przekonania dziewczyna. Z całej siły starała się nie wierzyć w to co widzi, jej niewiara była słaba. Czuła zapach i obecność czystego zła obok siebie. Słyszała demoniczny śmiech.

– Mam nadzieje, że odgadniesz moje imię – powiedziała zły.

– Czort wie kto kim jesteście towarzyszu. Po akcencie wnioskuje, że nie jesteście nasz. Zaraz. Wy jesteście Mick Jagger? Ten piosenkarz z Rolling Stones. – wyszeptała drżącym głosem towarzyszka Pelagia.

Znowu rozbrzmiał się ten diaboliczny śmiech szatana. Twarz demona powoli stawała się coraz bardziej nierzeczywista, zdawała się rozpływać w mroku, tylko jego ślepia – jak dwa żarzące się w ciemności węgle hipnotyzowały dziewczynę.

Pelagia przecierała z niedowierzaniem oczy, ale za każdym razem, gdy to robiła widziała coraz wyraźniej twarz diabła. Jej ciało skręcały konwulsje, w gardle czuła suchość, i łupało ją potwornie w głowę. Poczuła zimny dotyk demona na piersi. Jej ciało pokryła gęsia skórka, a sutek zesztywniał jak rażony prądem. Od dotyku ból głowy minął jak ręką odjął. Poczuła chłód między rozgrzanymi udami. Dłoń Szatana przesuwała się w stronę jej ślimaczka. Cała drżała, kiedy palec diabła rozchylił delikatnie jej wilgotne, wciąż jeszcze dziewicze wargi. Nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa.

Chciała krzyczeć: „Nie godziłam się na figle migle. Przestańcie towarzyszu. Nie jesteście szatanem. Jeśli boga nie ma to i wy – diabeł istnieć nie możecie. Nie wolno wam”. Jednak nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa, a jej ciało zdawało się buntować woli i bezwstydnie otwarło się na lubieżnego demona, niczym klubo-kawiarnia na proletariuszy w sobotni wieczór. Wyartykułowała tylko, krótkie: „O!” kiedy nabrzmiały gryf brytyjskiego rockmena uczynił z niej kobietę.

Już nic nigdy nie było w życiu Pelagii takie same. W oczach Micka Jaggera zobaczyła boga. Jako komunistka nie potrafiła powstrzymać niepohamowanego przypływu wiary. Wszechmogący pobłogosławił tą krótką chwilę i od krótkiego spotkania z liderem Rolling Stonesów Pelagia wyrzekła się komunizmu.

Dziewięć miesięcy później, na adres wytwórni płytowej Virgin Records wysłała list z fotografią noworodka płci żeńskiej i krótki list do Micka Jaggera, który przetłumaczył nauczyciel języka angielskiego.

„Dear Mick,

Love is strong and you’re so sweet
You make me hard you make me weak
Love is strong and you’re so sweet
And some day, your babe you got to meet

Her name is Mariolka

Best Regards

Pelagia”

Kobieta nigdy nie otrzymała odpowiedzi na list. Kilka miesięcy później, Pelagia związała się z inżynierem, który przyjechał do Biduchowa stawiać cegielnię. Razem wychowali dziecko Rock’N Rolla – Mariolkę. Pelagia nigdy nie opowiedziała córce tej historii.

W 1994 roku Mick Jagger nagrał jeden ze swoich największych przebojów zatytułowany: „Love is strong”.

Autor: Piotr Surmaczyński

Jeden komentarz

  1. justyna sobczak napisał

    Świetne Piotrusiu czyta się lekko i za ciekawieniem .Czekam na twoje nowe teksty całuję twoja Jusia.

Skomentuj