Oparty wygodnie na miękkiej sofie w lokalnej Precie łapczywie napychałem się tuńczykowym tostem. O tej porze dnia lokal był niemalże pusty więc zdecydowałem, że zostanę dłużej i przejrze zaległą prasę. Wygrzebałem właśnie nadgnieciona płachtę gazety z plecaka kiedy poczułem na twarzy silny podmuch wiatru . Kartki zafurczały a ja spojrzałem na drzwi..Wysoka postać wsunęła się do środka. Mężczyzna. Tak potężny. że musiał pochylić głowe żeby nie zderzyć się z framugą. Przyjrzałem mu się i na początku nie uwierzyłem. Spojrzałem jeszcze raz i aż zacisnałem palce na zatłuszczonej serwetce. Tak, to był on. Wiedżmin. Zwalisty jak góra, białowłosy i przybrany w długi skórzany kaftan. Na chwile wbiłem wzrok w gazetę ale ciekawość była silniejsza od konsternacji więc ostrożnie zerkałem na to zjawisko. Blondas rozglądał się przez moment po sali po czym ruszył w moja stronę. Zamarłem. Kiedy stanął przy moim stoliku ogarnał mnie jakiś niespodziewny mrok. Aha . Zasłonił swoja potężną sylwetką światło żarówek.
– Można ? Rzucił gromko.
– Tak proszę . Wyjąkałem, nie siląc się nawet na nadawanie mojemu głosowi pozorów pewności siebie.
– Bo w tym rogu klima chyba najlepsza a ja się upociłem po drodze. Wyjaśnił rzeczowo sadowiąc się na przeciwległej sofie.
Poczułem bijącą od niego silną woń skóry. Chyba zwierzęcej. Gruby, nabijany ćwiekami kaftan opinający jego barczyste ramiona caly był zakurzony. Włosy, zmierzwione i poprzetykane strzępkami jakichś liści były tak długie, że kiedy oparł się na stole ich końcówki przykryły okruszki z mojego zjedzonego tosta. Zza głowy wystawała mu bogato zdobiona rękojeść miecza.
Olbrzym wychwycił chyba moje spojrzenie bo sięgnął przez ramie i ze zgrzytem wydobył broń z pochwy. Przez chwile spoglądał na miecz a potem niedbale rzucił żelazo na stół.
– Niejednego smoka na niego nadziałem. Powiedział z nieskrywaną dumą. Zaraz jednak zmarkotniał i dodał wzdychając – Ale o smoki coraz trudniej ostatnio.
– A co, odlatują? Zapytałem dyletancko. Wiedżmin drapiąc się po nosie wodził wzrokiem za korpulentną blondynką pochylającą nad regałem z sałatkami.
– Nie odlatują. Mruknał .Chińczycy je wyłapują żeby mięć na podróbki torebek.
– Hm. To pracy nie ma co? Zainteresowalem się z troską.
– Ech, jedna wielka mizeria i bezruch w interesie. Odparł. Lustrując nadal blondynkę przeciągle beknał i zakrzyknął wesoło – A tu człowiek ąż się rwie, żeby spojrzeć w te przekrwione smocze ślepia i urżnąć tych siedem łbów !!
Na te słowa podskoczyłem jak oparzony.
– Jak to przekrwione….i siedem łbów ?? Wyszeptałem. Poczułem, falę gorąca rozpływajaca się po moim ciele. Przecież wiedżminowy rysopis jak ulał pasował do aparycji mojego szefa. Codziennie od rana toczy po nas przekrwionymi oczami i wszędzie wpycha ten swój łeb. Olśniło mnie! Teraz to jasne.Wpycha wszędzie bo pewnie ma ich siedem!
Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Wiedżminem. Ten od razu spoważniał i w sekundzie stracił zainteresowanie dla blondyny. Pochylił się i wbił we mnie stalowy wzrok.
– A ogniem zionie ? Zapytał złowrogo.
– Na pół metra . Wycedziłem przez zacisniete szczęki.
Smoczy pogromca rozchylił z wolna zęby w szelmowskim uśmiechu.
– No to musimy chyba pogadać towarzyszu. Syknął
Odwróciłem się w strone bufetu i czując narastającą ekscytacje, krzyknąłem – Dwie latte !!
Zerknąłem na wyszczerbione ostrze leżącego na stole miecza a potem spojrzałem w kocie oczy Wiedżmina.
– Musimy…..  🙂

~ Klaudiusz Lach

 

Skomentuj