Straven House

Mówię wam, dziwne miejsce ten Straven House. Stara willa na południowy-wschód od centrum miasta. Zupełnie jak z filmu. Leciał u nas kiedyś taki komediowy serial. Podobny dom tylko obsada nieco inna. Starzy ludzie, opiekunowie i pielęgniarki. Wszystko jakieś zawieszone w czasie. Przynajmniej takie miałem wrażenie, jak zobaczyłem to pierwszy raz. Wcześniej nigdy nie byłem w takim starym angielskim domu.

Od kilku zaledwie dni pracuję tu jako sprzątacz, ale zdążyłem się już trochę napatrzeć i nasłuchać. Zaraz pierwszego dnia, kiedy po wstępnym instruktażu miałem dla orientacji rozejrzeć się po wszystkim, żeby wiedzieć mniej więcej co i jak, zupełnie niechcący stałem się świadkiem krótkiej rozmowy, która potem przez jakiś czas nie dawała mi spokoju. Jestem tu nowy i wszystko mocniej do mnie trafia. Drzwi pokoju były na wpół uchylone. Paolo, opiekun, emigrant z Filipin, jak się później dowiedziałem, zajmował się jedną z rezydentek w obecności jej syna, który był akurat w odwiedzinach.

– Kim jestem? – zapytał Paolo starą kobietę, która siedziała na łóżku oparta o podłożone pod jej wiotkie plecy grubo złożone poduszki.

– Nie wiem. – odpowiedziała.

– A on, kim jest? – zapytał ponownie, z żartobliwym uśmiechem na twarzy, wskazując na syna, który nie do końca wiedział, o co mu chodzi.

– Nie wiem. – odpowiedziała jak przekomarzająca się z kimś mała dziewczynka, jakby zarażona nagle jego głupkowatą wesołością.

– Może to mój przyjaciel? – dodała po chwili tym samym tonem.

Świetny żart, co nie? Zmieszany tą sytuacją syn, mógłby dać mu po prostu w mordę, miałby do tego pełne prawo, ale może był angielskim gentelmanem, a może rozumiał, że Paolo pracuje tu już od kilku lat i ma ochotę czasami odreagować. Ale dlaczego w taki sposób? Nawet kiedy brałem pod uwagę wszystko, razem z rutyną i znieczuleniem na skutki starości, nawet wtedy myślałem, że niektórzy po prostu nie powinni tu pracować. Podobno ten Paolo był dobrym opiekunem i rezydenci go lubili, tylko czasami miał takie wejścia. Któregoś dnia tak nadawał na gejów – a oni tu pilnują takich spraw jak cholera, na informatorze z urzędu było napisane, że możesz przyjść i nie ważne, że jesteś gejem, lesbijką, afro, niepełnosprawnym, itd., mówię serio – no więc tak nadawał na gejów, że by ich powywoził i co tylko, że menadżerka wezwała go na dywanik, a potem gnojek robił dochodzenie, kto na niego doniósł i patrzył się na mnie, że niby jestem tu nowy, może myślał, że jestem gejem. Ale mi to wisi, mogę być i gejem. Tak w ogóle, to  ja jako sprzątacz jestem tu w pewnym sensie poza.

Najważniejsze dzieje się między rezydentami, ich opiekunami, pielęgniarkami i pojawiającą się tu co jakiś czas rodziną, która najczęściej okazuje swoją troskę, w dość dziwaczny, ale jakże ludzki sposób, narzekając przesadnie na obsługę domu lub też wytykając zupełnie nieistotne rzeczy. A zresztą, wszyscy zachowują się tu dziwnie, bo jak się mają zachowywać. Tu nie sprawdzają się proste chwyty. Tu, w Straven masz  do czynienia ze starością. I to nie tą z reklam firm ubezpieczeniowych, na których babcie i dziadkowie to ucharakteryzowani pięćdziesięciolatkowie, z których każdy wygląda lepiej niż niejeden młodzieniec z mojego pokolenia. Kiedy się na nich patrzy, aż chce się być starym. Ale takie są prawa reklamy, pozwala jej się łgać w żywe oczy. Tak się czasami zastanawiam, gdyby tak odpowiednio przygotować naszych rezydentów, gdyby wyciąć co bardziej ostre sceny, może nawet Sraven mógłby stać się taką reklamą starości. Co ja mówię mógłby, jest. Przecież nie tak dawno oglądałem kolorowe prospekty naszego wspaniałego domu. I niech to szlag, nawet Frank wyglądał na nich jakby dopiero co położył się na poobiednią drzemkę. Niestety nikt nie dopisał pod zdjęciem, że ta drzemka zajęła mu pięć ostatnich lat „życia”, i że pewnie podrzemie jeszcze nieco dłużej.

Jest tu kilku takich jak Frank – jest ciało, ale nie ma człowieka. Nie ma ojca, dziadka, dojrzałego mądrego faceta, kierownika szkoły… – podobno kimś takim był kiedyś Frank, ale nagle gdzieś się ulotnił. Gdzie się podział? Gdzie zniknął ten sympatyczny staruszek, który jeszcze nie tak niedawno z werwą podrywał to bezwładnie leżące teraz cielsko. Brak odpowiedzi, jak na wszystkie ważniejsze pytania. I to chyba ze strachu przed tym milczeniem, przed tym brakiem odpowiedzi, niektórzy, tak jak Paolo, wolą sięgać po głupawe żarty. Wolą bolesne uczucia – nieważne, swoje czy cudze – od milczącej, obojetnej pustki.

Trzynasty pokój

Ale między absolutną pustką, a naszym namacalnym światem, istniała jeszcze inna przestrzeń, która co jakiś czas dawała o sobie znać.

Po raz pierwszy odezwała się, i to dosłownie, gdy Frank zawołał mnie, żebym posprzątał u niego w pokoju. Zawołał właśnie po mnie, choć byłem tu dopiero od tygodnia i dałbym głowę, że nie mógł mnie znać, zresztą ja sam widziałem go tylko raz i to wtedy, gdy spał. Nie wiedziałem jeszcze, że na ogół „śpi” i czasami tylko wykonuje jakieś bezwładne gesty tłukąc nieświadomie to, co podejdzie mu pod ręce.

„I to akurat jak tędy przechodziłem?” pomyślałem zdziwiony, jednak wyraźnie usłyszałem swoje imię, więc nieśmiało uchyliłem drzwi i zajrzałem do jego pokoju. Rzeczywiście, na pościeli widoczna była duża mokra plama, a na podłodze leżał potłuczony porcelanowy wazonik z rozsypanym bukietem kwiatów.

Odnotowawszy stan w jakim, po raz nie wiadomo który z rzędu, znalazł się nieszczęsny Frank, zawołałem po pomoc zgodnie z uprzednio udzielonymi mi instrukcjami. Po chwili zza rogu korytarza pojawiła się postać Lorraine, która energicznym krokiem, kołysząc zamaszyście rozległymi biodrami, zbliżała się do drzwi, w których niecierpliwie oczekiwałem na pomoc.

– Co się stało? – zapytała szybko i nie słuchając mojej odpowiedzi zabrała się za porządki. Coś chyba jednak do niej dotarło, bo gdy powiedziałem, że zostałem zawołany, uśmiechnęła się i badawczo spojrzała na mnie.

– Frank nie mówi…, więc nie mógł cię zawołać. Następnym razem nie zaglądaj do pokoi rezydentów, od tego są pielęgniarki i opiekunowie, tym razem może dobrze się stało, ale więcej tego nie rób.

– Ale ja wyraźnie słyszałem… – próbowałem tłumaczyć, lecz nie musiałem zbytnio się trudzić, bo nagle Frank osobiście udzielił, tak potrzebnego mi teraz wsparcia.

– Zanieś to do trzynastego pokoju. – powiedział nie bez wysiłku, starczym nosowym głosem, wskazując na leżące wciąż na podłodze szczątki wazonika.

Lorraine osłupiała. Widziałem jak na jej twarzy malowało się zdumienie, które przypomniało mi wyraz twarzy jednego z Trzech Króli, którą zobaczyłem niedawno na średniowiecznym malowidle w jednym z tutejszych kościołów. Gdybym ja miał być którąś z postaci bożonarodzeniowej szopki, to byłbym zapewne osiołkiem lub innym cielęciem, bo zmieszany całą tą sytuacją stałem jak cielę, z nieco głupawym, lecz zadowolony wyrazem twarzy, bo nagle zostałem cudownie oczyszczony z ciążących na mnie zarzutów.

Jednak o wiele ważniejsze od moich uczuć, od osłupienia Lorraine i od faktu, że Frank w ogóle przemówił, było to co powiedział. W Straven, ani w żadnym innym domu, nie było trzynastego pokoju. Lorraine zapewne pominęła ten fakt i nie doceniła jego znaczenia, zaliczając go do skutków starczej demencji jaką Frank kilka lat temu został dotknięty. Ja jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Frank nie mówił całkiem od rzeczy i że w jego zmętniałych oczach na moment pojawił się blask dawno nieobecnej świadomości.

Trzynasty pokój? Gdzieś to już było? Zastanawiałem się idąc korytarzem do głównego holu, w którym zostawiłem swój wielozadaniowy wózek, w jaki wyposażeni byli wszyscy sprzątacze. Aha, wiem w Harrym Potterze był jakiś trzynasty peron, czy coś takiego. Zdaje się, że Anglicy są bardziej przesądni niż my. Ale ja nie mam błyskawicy na czole, nie noszę okularów, nie jestem brunetem i dawno, dawno temu przestałem być nastolatkiem. A zresztą, czemu by nie? Emigracja zarobkowa to brzmi fatalnie i zrobiłbym wiele, by jakoś wywinąć się tej przykrej kategorii, mógłbym nawet pobawić się w Harego i wszcząć jakieś tajemnicze dochodzenie. No tak, jeszcze przed chwilą ganiłem Paola za jego cyniczne żarty, a teraz sam robię ze Straven szkołę w Hogvarcie. No, ale byłyby niezłe jaja, główna menadżerka Jeany na miotle, tak na marginesie to do niej pasuje, ma babka charakterek i nawet trochę się jej boję. Niezła głupawka, chyba i mnie to powoli dopada, najpierw teksty o starości, a teraz takie bzdury. Wystarczy na dzisiaj.

Dom przy Manor Square

Wystarczy, bo moje półetatu właśnie się kończy i muszę wracać do siebie. „Do siebie”, ale to brzmi, w tym domu jestem chyba dalej od siebie, niż byłem kiedykolwiek, no może trochę przesadzam, bywało gorzej, ale czuję się tu naprawdę źle. Szlak by to trafił, że akurat tak mnie zakwaterowali. Zgodziłem się, bo było tanio, a teraz chętnie bym nie dojadał byle tu nie mieszkać. Już tyle razy sobie obiecywałem, żadnych współlokatorów, żadnych akademików, żadnych internatów, żadnych wspólnych mieszkań. Ale przyjechałem tu zarobić, więc cena miała dla mnie znaczenie. A teraz mówię jeszcze raz, nie dojadał bym, wziąłbym gitarę i grał coś na ulicy, już tu takich widziałem. No ale nic, muszę wytrzymać jeszcze dwa miesiące, na tyle jest umowa, a potem pa, pa! Gdyby nie pewna sprawa, to nie wytrzymałbym tu ani dnia dłużej, ale o tym nie powiem, to moja tajemnica. Powiem o czymś innym.

Kiedyś mój kumpel, jeszcze w Polsce, zaprowadził mnie na taki wykład. Dla mnie to zawsze była wielka ściema, takie tam gadanie o jakiejś reinkarnacji – dla mnie to sekty i nic więcej. Tylko problemy z tego potem są. Ale to wtedy, to było naprawdę Coś. Niedużo z tego zrozumiałem, bo trzeba było być w tym trochę oblatanym – tak jak mój kumpel, ten to zawsze bujał w obłokach – ale ta cała Mistrzyni zrobiła na mnie takie wrażenie, że mało nie spadłem z krzesła. Nawet poprawię i napiszę ją z dużej, bo zasłużyła sobie. Przez moment to czułem jakbym tylko ja tam był i jakby tylko do mnie mówiła, a była cała sala różnych świrów. Mówiła wtedy o tym, że odradzamy się od niewiadomo jak dawna, w kółko to samo, raz lepiej raz gorzej, smutek i radość, szczęście i cierpienie, i tak w kółko, i że teraz mamy dobrze, bo jesteśmy ludźmi, mamy świadomość i możemy wybierać – mówię w skrócie, żeby się nie wymądrzać, ale ogólnie chodziło o to, że ciągle robimy to samo, te same nawyki, jak ktoś nas wkurza to mu przywalamy, jak ktoś jest miły to my też, jak coś się nam podoba, to chcemy to mieć i dostajemy na głowę, jak tego nie mamy, a teraz mamy szansę i możemy to zmienić. Ale to na mnie podziałało, mówię, jakbym doznał szoku. Żadne tam narkotyki, trawa, kwasy, nic z tych rzeczy. To płynęło gdzieś prosto z serca – pewnie powiecie teraz, że jestem nieźle nawiedzony, ale tak to czułem. Nie wiem dlaczego, przecież wszyscy ciągle to gadają, jakoś dotąd to do mnie nie docierało. Ale wtedy mnie zatkało. Kurzy gnat, jak mawia mój wujas, niby nie mówiła nic szczególnego, a we mnie jakby ktoś wpisywał te słowa, jak w kamień. I dlatego właśnie, i dlatego właśnie… nie zabiłem tego gościa.

Mówię wam, nie zabiłem go, chociaż bardzo chciałem to zrobić. Chciałem go skrzywdzić. Za to co o mnie powiedział. Od początku mnie nie lubił. Bezinteresownie. Chyba nie spodobało mu się, że mam tu zamieszkać. Ale jeszcze wcześniej wydarzyła się inna sprawa z taką dziewczyną, co też tu mieszkała, i tu cholera muszę przyznać – za ostro pojechałem. Wiecie, ja nie znoszę papierochów, a ona non-stop paliła. Wszędzie. W kuchni, w łazience, w korytarzu, w przedkorytarzu, na schodach – no wszędzie, tylko nie w swoim pokoju. Mówiłem jej, że jak tak lubi ten syf, to niech pali u siebie, a ona że nie, bo jej wszystko prześmierdnie. Nosz kurwa mać! – sorry, ale sobie zaklnę – co to za wytłumaczenie! Dobra, powiedziałem, O.K., mieszkamy tu razem, musimy wytrzymać, dwa miesiące jeszcze, bo na tyle była umowa, a potem każdy pójdzie w swoją stronę. Ale ona zaczęła mi palić przy jedzeniu. Ja szykuję śniadanie, a ona wyciąga jakieś najtańsze angielskie papierochy, siada z takim jakimś podnieceniem – wiecie, jak to palacze – odrzuca włosy, wkłada papierocha między dwa palce i zaczyna się zachowywać jakby nagle awansowała o dwie klasy społeczne. Więc ja, nieźle już wkurzony, proszę ją:

– Nie pal, chociaż jak jem!

A ona do mnie:

– Bo co!?

Czujecie to? – „bo co”… Jak się wkurwiłem, jak się nie wydarłem, a ona, nieźle chyba zaprawiona w takich akcjach, dalej nic. Tak byłem zdenerwowany, że aż cały chodziłem, ręce mi się trzęsły jak tej Nancy Hockney z dwunastki. Ale co miałem zrobić, wziąłem jajecznicę i poszedłem zjeść do pokoju.

W domu zrobiło się ciężko. Ja się zaciąłem. Ani słowa. Tylko takie mordercze spojrzenie. Zauważyłem, że jakoś powieki mi się wtedy opuszczają i oczka mi się robią takie mniejsze. Jak spojrzę w lustro, to sam się boję. Jestem taki raczej mały, taki bardziej drobny, ale jadowity i nie jeden duży zwierz już się na mnie sparzył. I umiem działać z zaskoczenia, jak wąż, ale nie, nie tym razem. Nie przyjechałem tu z nikim zadzierać tylko pracować i odłożyć trochę siana i lepiej, żeby odbyło się to możliwie spokojnie. Niestety, to nie był koniec. Był jeszcze ten naburmuszony gość.

Oni ze sobą trzymali. Ja byłem nowy i psułem im ten ich popieprzony spokój. Ale to nie prawda, tu od początku nie było spokoju. Ta laska mi mówiła, zanim jeszcze się z nią pożarłem, że wcześniej była tu jedna dziewczyna, Kaśka, i musiała wyjechać, że niby wraca na studia – ale to przez tego gościa. Oni byli tu sami, potem dopiero przyjechała ta palaczka. I ten facio się do Kaśki przystawiał, ale nie tak wiecie z kulturą, tylko jakoś dziwacznie. Dobra, nie wiem jak tam było, nie będę gadał. W każdym bądź razie dziewczyna musiała wyjechać, bo się gościa bała. Nawet ta Gośka, co paliła, też mówiła, że się go boi, że jej coś tam proponował, ale ona nie chciała. Nie moja sprawa, mówię, co mi tam do tego, ale jak się zaczęło robić gęsto to poskładałem wszystko do kupy i pokumałem co to za jeden. A jeszcze bardziej pokumałem jak mi przyładował. Nie żeby mnie uderzył, nic z tych rzeczy, gorzej, przyczepił się do mnie o jakiś tam szczegół. No, może to i dziwnie wyglądało, ale zaraz wam powiem, o co poszło.

Otóż nie wiedzieliśmy, który kubeł jest nasz – trzy osoby, to śmieci się trochę zbierało. Więc oni wrzucali gdzie popadło, stało tam kilka kubłów i było gdzie wrzucać. No ale to jest przecież straszna siara, nie można tak robić. Przecież wiedzą, że tu mieszkają Polacy i będzie wstyd na cały Yorkshire. Mówię wam, ludzie są ludźmi, Polacy nie Polacy, ale my za dużo mieliśmy tej partyzantki, od trzystu lat prawie sama partyzantka, ale rozbiory się skończyły, wojna się skończyła, komuna się skończyła, więc nie podrzucaj, kurna mać, śmieci bliźniemu swemu, nawet jeśli jest Anglikiem i nie wie, kto skonstruował  Enigmę! Tak więc co ja robię? Idę kulturalnie do marketu i kupuję duże worki, żeby do nich ładować śmieci i potem ładnie koło kubłów ustawiać – widziałem, że tak tu robią. Śmieci się zbierały, to je do wora i koło kubłów, ale raz było ich za mało. Żeby nie tracić worka – nie powiem trochę mnie kosztowały te worki – wstawiłem go do składziku, żeby sobie poczekał, aż go doładuję i wyniosę. Nie długo tam stał, może dwa dni, ale pech chciał, że właśnie przyszła Wigilia i zaczęli robić porządki, no i znaleźli te śmieci. Nie od razu z tym do mnie przyszli, poczekali aż zejdę na dół, pewnie się nakręcali, a w gościu wkurwienie rosło i rosło i sięgnęło tych pokładów, które w psychologii analitycznej zwą podświadomością zbiorową (wiem to od jednego psychologa). Na to by wyglądało, bo koleś był tak wkuty, jakby nie ze mną walczył, a z samym Szatanem. Tak swoją drogą, to musiał mieć mnie za niezłego świra, bo kto to widział, żeby śmieci wkładać do składziku. A niech mu będzie, czasem nawet lubię uchodzić za dziwaka. Ale mógł przecież się ładnie zapytać, co, jak i dlaczego, ale nie, nie mógł, bo to był odwet za moją akcję. Tak więc przypierdolił się do mnie i powiedział mi na koniec, że jestem „nieźle popieprzony”. Niby nic, ale byście musieli go wtedy widzieć, ta wściekłość, ten zduszony gniew – typ bierno-agresywny (to też wiem od tego psychologa). I wszystko byłoby do zniesienia, gdyby w tym swoim gniewie nie przypomniał mi pewnego gościa. Ten sam ton, te same cedzone przez zęby słowa. Wbił mi nóż w stare, nie do końca zagojone rany. To była jakaś tłumiona przez wieki wściekłość, która wylewała się jak lawa przez te jego nerwowo zaciśnięte szczęki. I ten tekst „jesteś nieźle popieprzony”. Tyle razy słyszałem to w różnych odmianach, mówione na różne sposoby. Ale gdyby zebrało się nawet stu takich jak ja, to nie byliby w stanie – gdyby to wziąć na logikę oczywiście – wywołać takiego wkurwienia. Teraz to wiem, bo mi to ten psycholog powiedział, ale dawniej myślałem, że to wszystko ja, że to ja jestem powodem takiej kosmicznej wściekłości. I teraz to wróciło. Jeśli ktoś to kiedyś czuł, to wie o co chodzi, a jak nie to nie – nie będę tłumaczył.

Teraz dla odmiany stanę się refleksyjny, bo mi to wróciło i wolę się uspokoić i dokonać „świadomej sublimacji” (mówię wam jak ten mój psycholog pieprzył, zanim nie nauczył się jak trzeba ze mną rozmawiać – no, ale ja przy okazji też się trochę nauczyłem).

Po jakimś czasie doszedłem, że ta dziewczyna, co paliła i była taka niby ostra, miała straszne problemy w domu, jej stary pił – nie miała życia. Jej siostrę wzięła babcia, bo była ładniejsza, a ona musiała zostać w tym gnoju – czujecie to, co za ból. Ten koleś też musiał być nieźle zraniony, czuło się to od niego na kilometr, i myślę, że przez starego. I jak mówił, mi że jestem popieprzony, to nie na mnie się wyżywał tylko na swoim starym.

Czasami, jeszcze w Poznaniu widziałem takie grupy młodych kolesi, kibiców, czy innych tam gości, widziałem te twarze przymulone piwem, zaślepione jakimiś kretyńskimi hasłami w stylu „Lech pany”, i wtedy myślałem sobie, że wszyscy oni będą kiedyś, o ile już nie są, ojcami. Ojcami z całą ta odpowiedzialnością, z całym tym cholernie trudnym zadaniem wychowywania. I że mieli ojców, i że ten przekaz idzie z ojca na syna. Mówię wam, na dzieci powinny być pozwolenia, jak na broń, bo to jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż broń.

Ale ja tym razem postanowiłem nie ranić. Zapadło we mnie głęboko, to co mówiła ta babka, że teraz, właśnie teraz można coś zrobić. I ja postanowiłem coś zrobić, czyli nic nie robić i się nie mścić. Wkurwienie jeszcze bardziej we mnie rosło, bo nie mogło znaleźć ujścia i wtedy zacząłem sobie przypominać, że trzeba obserwować to co się dzieje. Najlepiej usiąść i obserwować. Ale weź tu usiądź, usiądź jak cię nosi, jak wściekłość uderza ci do głowy, najchętniej byś krzyczał, klął, bił, ciął, torturował, i co próbujesz się uspokoić to myśli wracają same i znów robisz się dziki – każdy to chyba kiedyś miał. Ale są tacy co łatwiej wpadają w gniew i ja chyba do takich się zaliczam, niby jestem spokojny gość, ale jak się wkurzę, to cały chodzę.

Ale w końcu się zmęczyłem i usiadłem. Wściekłość dalej we mnie buzowała, a ja powolutku zacząłem jej się przyglądać. Czułem jak wali mi serce, czułem to napięcie mięśni, czułem drżenie całego ciała, wszedłem w to – inaczej, bez akcji – i wiecie, że było mi dobrze. Czułem to wściekłe pulsujące we mnie życie i było mi dobrze. Doszło nawet do tego, że zacząłem gościowi dziękować za taką okazję, niestety nie długo.

Ale starczy, jak na mnie to było dużo, nie wymagajmy od siebie za wiele. Potem przyszła noc i wszystko wróciło. Ty starasz się spać, ale licho nie śpi i podsyła ci takie rzeczy, że lepiej nie wspominać. Ale przeżyłem i to. Nazajutrz postanowiłem sobie jedno, za wszelką cenę go unikać, jak na razie, odpukać, jakoś mi się to udaje.

Potem, po czasie, okazało się, że ta dziewczyna, była w porządku. Wkurzyłem ją tą swoją akcją i tyle. Tak w ogóle to powiem wam, że wszyscy jesteśmy w porządku, i nawet jeśli tego nie okazujemy, to wewnątrz, bardzo głęboko jesteśmy po prostu dobrzy – tak właśnie, dobrzy, mili troskliwi itd. – powiecie, że znów gadam jak nawiedzony, ale tak jest – a przynajmniej bardzo chcemy tacy być. Nawet ten koleś, co mi tak dopiekł i co mnie od początku bezinteresownie nie lubił. Kiedyś widziałem przez przypadek, jak ogląda kartki z życzeniami, takie namalowane przez dzieciaka, chyba od jakiejś siostrzenicy je dostał, zresztą nieważne. Mówię wam, tam głęboko, w samym środku, wszyscy jesteśmy w porządku, wszyscy jesteśmy dobrzy, tylko na ogół o tym nie wiemy.

Wszystkie zwierzęta duże i małe

A teraz powiem wam coś fajnego, bo jakoś tak zrobiło się przykro, a tego nie lubię. Jechałem tu i nie wiedziałem, gdzie trafię, co to będzie za Anglia. I trafiłem, rzec by można, zajebiście. Yorkshire, nic wam to nie mówi, a mówi wam coś ten tytuł na górze? Jak jesteście młodsi ode mnie, to możecie nie wiedzieć, ale leciał taki film u nas. I moja babcia go bardzo lubiła. Oglądała go dwa razy, bo chyba dwa razy leciał. O młodym weterynarzu, sam już za bardzo nie pamiętam, o co tam szło, chyba o zwykłe życie w Yorkshire w czasie wojny. Pamiętam tylko te domy i to, że starszego weterynarza grał chyba Anthony Hopkins i ten krajobraz, który mam teraz jak wychodzę z domu. To było na podstawie książki Jamesa Herriota, który jest tu znany jak cholera. Do Askrigg, gdzie były kręcone sceny, waliły potem tłumy turystów, żeby zobaczyć miejsca z filmu. Pewnie moja babcia też chciałaby to zobaczyć, pojadę tam za nią.

Kto by pomyślał? Lubię takie zbiegi okoliczności, czuje się wtedy, że jest jakaś magia na tym zafajdanym świecie.

Mieszkam w Otley, małym, bardzo przyjemnym miasteczku. Do tego Askrigg będę miał pewnie jakąś godzinę autobusem. Nie mówię w kilometrach, bo tu obowiązują mile, uncje, jardy, stopy, funty i inne wynalazki, w których nie mogę się połapać. Przez cały dzień szukałem jakiegoś „adaptora” do gniazdka, żeby podłączyć komputer, bo tu nawet gniazdka mają inne. Wyspiarze. Ale są mili, niektórzy nawet bardzo i jak się nie ma kompleksów i trochę kuma angielski to można się tu dobrze czuć. Oni w ogóle są inni, łatwiej przychodzi im się uśmiechnąć, czuć, że nie mają na plecach tego paskudnego ciężaru, co my. Biedna Polska – jak mówił Ojciec Rydzyk zastanawiając się nad kupnem śmigłowca, wiedzieliście to? – ale bez żartów, wiecie o co mi chodzi, o tych kilku debili, którzy chcieli zmieniać bieg historii i Polska leżała im akurat na drodze. Przeorali ją wzdłuż i wszerz, gadam jak jakiś gostek z LPR-u, ale tak było, i jest mi przykro – jest mi bardzo przykro. Co ci Anglicy mogą wiedzieć o życiu w Polsce? Co oni tu mieli? Kiedyś Rzymian, potem Wikingów – poczytałem trochę, to wiem – Francuzów, Hiszpanów, trochę bombardowań, no i teraz ten Londyn – no, nazbierało się – ale co to jest w porównaniu z nami. Dobra, nie będę się licytował, cierpienie jest zawsze cierpieniem niezależnie, czy dotyczy milionów, czy jednego człowieka, ale my jesteśmy od tego wszystkiego trochę, jak by to powiedzieć, przytępieni. Tu jest inaczej.

Dajmy na to takie coś. Idę sobie ulicą, było to dzień po tym zwarciu z kolesiem z mieszkania, więc czułem się nie za dobrze. Pierwszy dzień świąt, wszystko pozamykane oprócz pubów, a tu słyszę jakieś walenie w bęben. Więc idę tam, mówię, zobaczę co się dzieje. Wychodzę zza rogu, a tu jakieś tańce. Ludzie poprzebierani, walą w bęben, grają na takiej małej angielskiej harmonii, inni się gapią, piją piwo i jest zabawa. To był jakiś tutejszy zespół ludowy, ale odstawili taki tanieć, że mnie zatkało. Mówię wam, cuda wianki. Twarze umalowane, na głowie kapelusze z piórami i z czym tam jeszcze, jeden miał nawet na rondzie małego Harleya. Poprzyczepiane jakieś kolorowe wstążki, jak szamani albo Indianie, ale z Anglii. Dali czadu, walili się kijami, i tańczyli z taką jakąś dziką złością, że aż mi się lepiej zrobiło. A potem wyszły kobity i zaczęły przynudzać, ale też fajnie. Babeczki po czterdziestce, pięćdziesiątce, ale nic się nie krępowały, jakieś podskoki, obroty i była zabawa. Potem wyczaiłem, że to puby ich chyba wynajmują, żeby przyciągnąć klientów, bo jak skończyli w jednym, to poszli zaraz do drugiego. I mówię wam, mogliby tak chodzić trzy dni, bo tych pubów jest tu mnóstwo. Miasto jest chyba mniejsze od mojej Trzcianki, a tak się tu wszystko kręci, że aż głowa boli. Gdyby tak w mojej Trzciance było, ale mówię, my jesteśmy chyba od tej naszej historii trochę przytępieni i boimy się jeden drugiego, żeby sobie czegoś nie pomyślał, nie doniósł gdzieś. Sam taki jestem, to wiem. A poza tym, niema o czym gadać – kasa. Mają więcej pieniędzy, to się kręci, mają więcej pieniędzy, to się bawią.

Poprawiło mi to humor, nie powiem, ale nie na długo. W tym domu nie dało się wytrzymać. Potem się nawet uspokoiło, ale atmosfera dalej była ciężka i czułem się tam jak obcy. Wiecie wszystko dookoła obce, obcy język, twarze jakieś inne, wracasz do domu i chcesz się jakoś zrelaksować, a tu znów patrzą na ciebie jak na obcego. Miałem już dosyć, ale trzymała mnie ta umowa, a na podwójne płacenie za ten i za jakiś inny pokój nie było mnie stać.

Dół

Od tego wszystkiego dostałem niezłego doła. W dodatku pogoda zrobiła się strasznie niżowa, stalowe brudne niebo, krótkie ciemne dni, angielska mokra zima. W ogóle to powiem wam, że jestem wrażliwy na zmiany pogody, mam z tym problem. Podobno pięćdziesiąt procent Polaków to ma – meteoropatia zasrana. Niby nic ci nie jest, a zdychasz. Czasami już mi się zdawało, że grypa, wszystko jak należy, gorączka, mięśnie bolą, głowa boli, słabość – grypa jak nic – a tu na drugi dzień, jak ręką odjął. Zacząłem sprawdzać prognozy pogody i zauważyłem pewne prawidłowości. Najbardziej mnie brało jak się ścierały dwa fronty, wiecie z Azji i jakiś oceaniczny. Czułem to w środku, jak one tam na wysokościach się ścierają. Polska nie dość, że leży miedzy Rosją a Niemcami, to jeszcze na granicy dwóch stref klimatycznych (tak mi się zdaje) – historycznie, geograficznie i klimatycznie przerąbane. Ale nie narzekajmy są gorsze przypadki, a poza tym można już stąd wyjechać i jak się komuś nie podoba, to może spróbować szczęścia gdzie indziej, tak jak ja.

Ale najgorzej mam na wiosnę, normalnie zdycham, wszystko kwitnie, śpiewa, budzi się do życia, a ja zdycham i żadne tam magnezy z witaminą B6 mi nie pomagają. Mam już tego dosyć i od dawna zamierzałem coś z tym zrobić, ale nigdy nie miałem kasy.

A czemu by, kurcze, nie dzisiaj. Czuję się źle, wyglądam źle, więc przynajmniej nie powiedzą, że ściemniam. Już jakiś czas temu wpadł mi w oko pewien taki gabinet, zaraz za rynkiem, jak się idzie na autobus. Gabinet medycyny chińskiej – nieźle co!?, ale i takie rzeczy tu mają, dziura – z całym szacunkiem i sympatią – ma mniej niż 16 tys., a jest tu prawie wszystko. Spróbuję, a co mi szkodzi. Jak będzie za drogo to odpuszczę. Zresztą jest napisane, że konsultacja za darmo. Do tzw. medycyny akademickiej już się nie zwracam, bo oni tylko rozkładają ręce i mówią, że trzeba z tym żyć. A ja już nie chcę.

Ubieram kurtkę, naciągam kaptur, bo leje, wieje i co tylko – prawdziwa angielska zima – i wychodzę. Po drodze mijam oczywiście Anglików, ja już do tego przywykłem, ale wam powiem jak tu się sprawy mają. Idzie dajmy na to kobita, po trzydziestce, parasolka w rączce, bo pada, o.k., ale co dalej? Bluzeczka, na bluzeczce kurteczka, rozpięta oczywiście, żadnego szalika, dekolt, że aż świeci, spodnie trzy-czwarte tzw. rybaczki i – teraz słuchajcie dopiero – gołe nogi i na bosaka, no nie, nie do końca, bo w laczkach. Czujecie to, temperatura blisko zera, deszcz wiatr i co tylko, a ona w laczkach. I nie ona jedna. Za chwilę patrzę, a do niej podchodzi koleżanka, z nią było lepiej, bo przynajmniej nie była w laczkach tylko w tenisówkach. Trochę rozmawiają. I co robią? Powiem wam – idą do pubu, a na co? Oczywiście na z i m n e  p i w o !!!

Nieźle, co!? Są odporni na pogodę Angole, nawet ci starzy. Ja też bym tak chciał, ale to chyba sprawa genów, czy czego tam, nie wiem. Dobra, bo prawie bym minął gabinet. Światło się świeci, na ladzie sto tysięcy medykamentów, a za ladą siedzi sobie taka drobna Chinka i się do mnie od progu śmieje. Więc ja też. Dyskretnie się rozglądam, na ścianie jeden, za to wielki dyplom, więc mówię, nie jest źle – przynajmniej na pierwsze wrażenie. Podchodzę, patrzę jej w oczy i… się zestresowałem. Zawsze tak mam u lekarza, a co dopiero u chińskiego lekarza i to w dodatku kobiety. Ona widzi co się dzieje, więc grzecznie pyta, co mnie sprowadza. I teraz muszę wam wyjaśnić dla ścisłości, że jak piszę, że coś powiedziałem, albo usłyszałem, to nie jest to takie proste. Z tym moim angielskim jest wcale nieźle, ale nie tak do końca. Za każdym razem o tym nie będę pisał, bo to nie ma sensu, teraz mówię i niech to starczy. Tak więc, zatkało mnie, czułem się źle, stres i te pełne współczucia skośne, czarne oczy, wszystko to razem mnie zatkało. Ale ona spokojnie, uśmiecha się i mówi, żebym wyciągnął język. W pierwszym momencie myślałem, że to przenośnia, i chce żebym wreszcie coś powiedział, ale nie. Więc robię co mówi i wystawiam łopatę, a ona tymi swoimi ślipkami ciach, mi po języku, i już wie o co chodzi. Więc ja próbuję coś mówić, a ona, pokazuje, że cicho i że wszystko wie. Dobra, mówię, zaufam jej, przynajmniej za diagnozę nic nie bierze (jeden taki w Polsce, to nawet wzroku znad biurka nie podniósł, a już kasował stówę). Ale wyciąga leki, fajne takie, różne, z chińskimi literami i pisze co i jak, żebym się nie pomylił. Potem pyk, pyk na kasie i na ekraniku pojawia się okrągłe 50F. No nie, myślę sobie, to za dużo, ale z tego wszystkiego jakoś nie umiem odmówić i jakby zahipnotyzowany jej uśmiechem sięgam po kartę, bo gotówki takiej oczywiście przy sobie nie miałem, i płacę. Biorę siateczkę pełną kolorowych pudełeczek, uśmiecham się i wychodzę.

Mijam Anglików. Wstyd mi, że jestem tak ciepło ubrany, wstyd mi, że dałem się tak zrobić, wstyd mi, ze zapomniałem języka w gębie i w ogóle wstyd mi, że żyję. Wracam do domu, kładę siateczkę na stole i przez dobre półgodziny siedzę tak z pustym i tępym spojrzeniem, i dobrze, że nikt mnie nie widzi, bo pewnie sam by tak usiadł i potem jeszcze ktoś i jeszcze, i wszyscy byśmy tak siedzieli i się gapili i … – Boże, co ja pieprzę?! Jak nic, mam dzisiaj doła i dobrze, że nikt mnie teraz nie widzi.

No dobra, ale mam przecież te leki, zapłaciłem tyle forsy to będę brał, zaszkodzić mi pewnie nie zaszkodzą. No i wziąłem. Ale z tego zamroczenia pomyliłem tabletki i wziąłem te na rano. Uwierzcie mi, siedziałem jeszcze tylko jakieś pięć minut, a potem wstałem i już nie mogłem usiąść. Nosiło mnie prawie jak wtedy, jak się ściąłem z tym gościem. Cała noc do dupy, o spaniu nie mogłem nawet marzyć i do roboty poszedłbym w okropnym stanie, gdybym nie wpadł na pomysł, żeby wziąć te na wieczór. Wyrównało się. Ale chyba nie do końca, bo wszyscy się na mnie dziwnie patrzyli, a szefowa zapytała nawet, czy nie chcę kilka dni urlopu. A ja taki jakiś byłem tym wszystkim rozanielony i zamroczony jednocześnie, że powiedziałem, że nie trzeba i że ze mną wszystko all right. Ale ona po chwili przyszła i powiedziała, że daje mi trzy dni urlopu i jutro nie wolno mi przychodzić do pracy. Jakoś do mnie dotarło.

Zastosowałem się do poleceń. Kochana szefowa, chyba zaliczę ją do grona moich dobroczyńców, kolejna osoba, której zawdzięczam zdrowie i życie, co do Chinki to się na razie nie wypowiadam, bo to się okaże. Ale leki biorę. Przekonałem się, że mają kopa, teraz będę brał według zaleceń, bo drugi raz wolę już się nie pomylić.

Jeany wiedziała, co robi. Przez dwa dni nie mogłem wstać z łóżka, tyle co raz byłem po zakupy, bo mi się żarcie skończyło. Nie byłem przygotowany na taki obrót spraw. Szukam rachunku od Chinki i na szczęście jest, mam go, znajduję numer telefonu i dzwonię. Pii, pii i jest, odbiera. Byłem na nią nieźle wkurzony, a ona tym swoim słodkim głosikiem – Wu Lee – czy jakoś tak – przedstawiła się – gabinet medycyny chińskiej, słucham… Mówię jej co jest, że leżę, że jestem na zwolnieniu itd., a ona że o.k., że tak ma być, i że wiedziała. To czemuś mi, kurna, nie powiedziała!? – pytam grzecznie, a ona do mnie, żebym się nie martwił, i mnie uspokaja. I tak jakoś to robi, że na mnie działa. Mówi, że po trzech dniach mi minie, muszę się najpierw oczyścić, a potem mam brać tak jak mi zapisała leki na wzmocnienie. Mówię – dobra jest, co ma być niech się stanie (pamiętacie? Beatlesi: „Let it be”) – dziękuję jej grzecznie i odkładam słuchawkę. To ci Chinka, o wszystkim wiedziała! Może miała rację, bo jak bym ja wiedział, to bym tego świństwa nie tknął – nikt się nie kwapi do takiego oczyszczania, nawet jeśli ma mu polepszyć.

Musiało być we mnie dużo tego syfu, bo – mówię wam – cierpiałem, i to nie tylko fizycznie. Takie rzeczy mi się przypominały, że kilka razy dziennie musiałem brać prysznic (tak już mam, że po przejściach muszę wziąć prysznic i to mi pomaga, jeden magik pisał, że to oczyszcza „aurę”, niech mu będzie). Wszystko, z dzieciństwa, ze szkoły, z roboty, wszystko, i to same najgorsze rzeczy, o których zawsze chciałem zapomnieć. Mało tego, przypominały mi się rzeczy, które mi się nigdy nie przytrafiły. Tak jeszcze nie miałem i gdybym nie wiedział, że „tak ma być”, to bym pomyślał, że zwariowałem i sam bym zadzwonił, żeby mnie zabrali, albo bym poszedł do egzorcysty, bo mi się zdawało, że trafiłem w sam środek piekła. Ale to nie było to prawdziwe piekło, to było moje prywatne, moje osobiste piekiełko, to była wesoła gromada moich demonów, które tak mnie polubiły, że pochowały się w różnych zakamarkach mojej duszy, zadomowiły się, i za żadne skarby nie chciały mnie opuścić. Jeśli myślicie teraz sobie, że gadam od rzeczy, to grubo się mylicie. Może się teraz całkiem dobrze czujecie, myślicie sobie, że jesteście tacy o.k., zrównoważeni i w ogóle. Mówię wam, nie znacie dnia i godziny, kiedy na was przyjdzie sądny dzień. Nie żebym was straszył, ale mówię wam, każdy ma swoją „Chinkę”, która gdzieś tam na niego czeka. Prędzej czy później, jak cię nie dopadną teraz, to tym bardziej za grobem cię znajdą – nikt się nie wymiga, choćby nie wiem jaki był sprytny. Młody, stary, silny, słaby, nikt się nie wywinie. I nazywaj to jak chcesz, karmą, Sądem Bożym – ale pamiętaj, że „…wszystkie twoje czyny będą policzone…”, jak mówił jeden gość, i jak na moje oko, to ani o krzynę się nie pomylił.

No dobra, mijały dni, a ja czułem się co raz lepiej. Po prostu zacząłem czuć się dobrze. Nie żebym od razu góry przenosił, ale po prostu dobrze. Spokojny, zrelaksowany, jakby nieco lżejszy i – zaryzykuję to słowo – jakby nieco „mądrzejszy”. Tak, tak, coś w tym było. Nigdy bym nie pomyślał, że stan ciała tak może wpływać na stan ducha, że jak ci tam wszystko w bebechach dobrze działa, to i na duszy czujesz się lepiej, wiadomo, że tak jest, ale nie wiedziałem, że aż tak. „W zdrowym ciele zdrowe ciele” mawiał mój wuefista, ale mu nie wierzyłem, bo po każdej mądrej maksymie zaraz zapalał papierocha i syf niósł się po całej sali.

Poszedłem jej potem podziękować, a ona, jak gdyby nic się nie stało, dalej uśmiechała się uprzejmie i nabijała na kasie kolejne funty, bo jak tylko coś mi się potem przyczepiło, to zaraz do niej leciałem i płaciłem. Jak wiem, że coś działa, to płacę. Dałem jej zarobić, ale ona dała mi o wiele więcej. Zresztą wiadomo, że co jak co, ale na zdrowiu oszczędzać nie należy, bo inaczej można skończyć jak ten jeden Polak, mój znajomy, co przywiózł do kraju pełno siana, ale zaraz potem się przekręcił. Mówiłem mu idź, zobaczysz, a on, że nie, że jest twardy, że nie przyjechał tu się leczyć tylko zarabiać. Myślał biedak, że jak sobie w kraju kupi samochód, mieszkanie i DVD, to mu się wszystko zrekompensuje, ale się pomylił.

Trzysta funtów

W domu ciągle nie było za wesoło, ale jakoś mnie już to tak nie brało. Miałem w sobie teraz taki wewnętrzny spokój i to co się działo na zewnątrz aż tak bardzo na mnie nie działało. Różni mądrzy mówią, że jak się zmienisz w środku to i twoje życie na zewnątrz się zmieni i jak w środku jesteś poukładany to różne sprawy w życiu tez ci się będą układać. Nie wiem czy tak jest, czy nie, ale u mnie jakby się to sprawdziło.

A było tak. Zapowiadała się spokojna noc. Obydwoje mieli night duty, czyli po naszemu nocki i wreszcie mogłem zostać sam w domu i się spokojnie wyspać. Niczego innego nie potrzebowałem bardziej jak jednej przespanej nocy. I tejże właśnie nocy, tuż nad ranem, przyśnił mi się Frank, że tu mieszka – to znaczy u nas, przy Manor Square 3b. Chata wyglądała zupełnie inaczej, tak jakby Frank był jej właścicielem. To było dawniej i nas tam nie było. Ale była tam jego żona. Coś tam gadali, coś jedli, pili, wiecie takie normalne życie. Ale po pewnym czasie żona Franka, gdzieś wyszła, a ten skubaniec, poważny starszy jegomość, emerytowany dyrektor szkoły, itd., do jej torebki i bach! 10 funtów do kieszeni. Ja, jak to we śnie, jakbym to wszystko obserwował, jakbym był i mnie nie było, no wiecie – a Frank po schodach, wchodzi na samą górę i śrubokrętem odkręca taką deseczkę, co tu ciągle jeszcze jest i nad którą nie raz już się zastanawiałem. Odkręca ją, odkłada na bok, bierze funciaki i wkłada do schowka za ścianką. O ty! – mówię we śnie i nie mówię, wiecie jak. A potem nagle Frank spogląda na mnie, tak jakby wiedział, że tu jestem i porozumiewawczo się uśmiecha. Aż się obudziłem.

Zaraz, zaraz Frank! Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że te funciaki dalej tam są? Nigdy nie wierzyłem w takie sprawy, ale teraz coś mnie tknęło. Lecę do kuchni, biorę nóż, taki co mógłby się nadać (śrubokrętów tu nie było) i dalej na górę. Chata pusta, nikogo nie ma, więc mam swobodę. Wkręty krzyżakowe, nóż do dupy, ale jedna jakby puściła. Druga…- nóż złamany, kur…rzy gnat! – jak mawia mój wujas, lecę po drugi. Ten jakby lepszy, lepiej pasuje. Jedna za drugą, bach, bach i deseczka leży na boku. Sięgam powoli drżącą ręką i niech to Wszyscy Święci (i Aniołowie razem wzięci – to już moja babcia) są, kochane moje, trochę zakurzone, trochę przebarwione, ale są. Z niedowierzania lecę po portfel, porównuję, to samo, jest królowa, moja kochana – niech Bóg ją błogosławi – są nominały, po pięć i dziesięć funtów, wszystko jak trzeba, jakby ktoś je przed chwilą wyjął z maszyny drukarskiej – no, trochę przesadzam – ale mówię wam, dobrze robią Angole swoje papiery, dbają o walutę. Liczę raz, drugi, całe trzysta funtów. Frank na coś ty zbierał tą kasę!? No ale, tego już chyba nikt się nie dowie. Musiało go rozłożyć zanim uzbierał. Tak, ale on ciągle żyje i ta kasa, co by nie powiedzieć, jest jego, a to, co należałoby teraz zrobić, to mu ją po prostu oddać. Wszystko działo się szybko, a moje myśli pędziły jeszcze szybciej.

Ale komu je oddam, żona Franka nie żyje, a zresztą to przecież przed nią je ukrywał, obowiązuje jakaś męska solidarność, co nie. Czyli żona odpada. Dzieci nie mieli. Krewni mają go chyba gdzieś, albo nie ma krewnych, bo nikt go nie odwiedza. Można by dać na dom, ale dla nich to kropla – za miesiąc płaci się tu blisko trzy tysiące – przepadłyby w tej biurokratycznej machinie. Tak że nie ma komu, a mi są tak bardzo potrzebne. A zresztą, przecież by mi się nie przyśnił, nie uśmiechnąłby się do mnie. On chciał mi je dać, mówię wam. Ale z tego wszystkiego wynikałoby, że Frank tu kiedyś mieszkał. Będę musiał to sprawdzić. Może jego duch unosi się gdzieś nad Manor Square i widzi co tu się wyprawia. Jeśli tak, to dzięki Ci Frank z całego serca, uratowałeś mi życie, ty Stary Cwaniaku!

Nowe mieszkanie

Uratował mi życie. Znalazłem sobie tani pokój i płaciłem podwójnie tam i tu. Te trzysta funtów było w sam raz, z pensji nie dałbym rady. Stary, dobry Frank. Kupiłem z tej forsy bukiet zajebistych kwiatów i mu je zaniosłem jak nikt nie widział. Popatrzyłem na niego, a on leżał z tępym wyrazem twarzy i pomyślałem, że to wszystko nieprawda, że to nie możliwe, a jednak. Wiecie, ja dotąd byłem bardziej konkretnym gościem i w żadne tam pozagrobowe sprawy nie wierzyłem, ale po spotkaniu z tą babeczką na wykładzie jakoś tak się zmieniłem, a zresztą, jak masz przed oczami całe trzysta funtów prawdziwych angielskich papierów to uwierzysz we wszystko.

Wyniosłem się jak ich nie było. Chciałbym widzieć ich miny. Mieszkam teraz daleko, to znaczy blisko, ale daleko od tego małego piekiełka, które na jakiś czas dane mi  było odwiedzić i wiecie co? Jestem z siebie dumny i dziękuję wszystkim na Górze i na Dole za taki obrót rzeczy.

Aha, nie wspomniałem jeszcze o jednym. Potem, jak znalazłem te trzysta funtów, poszedłem jeszcze raz na górę i zajrzałem do tego schowka, wiecie, żeby przypadkiem czegoś nie przegapić. Forsy nie było, była tylko jakaś pożółkła koperta, a w środku stare czarno-białe zdjęcie. Na zdjęciu kobieta z dzieckiem, dziewczynką, w takich angielskich strojach jak z filmów, w tle ogród, lato – ładnie, tylko czarno-biało. Na odwrocie data i miejscowość, ale tak napisane, że nie mogłem się doczytać.

Mieszkałem sobie teraz wygodnie, trafiła mi się super okazja, prawie taka jak wtedy mojemu dziadkowi Paluszkowi, co raz – chyba jako pierwszy w kolejce – wygrał kolorowy telewizor w jakimś pieprzonym komunistycznym systemie argentyńskim. Ale wtedy wymyślali. Jak się teraz wspomina, to nie wiesz czy się śmiać, czy płakać. No nic, był Rubin, było kolorowo i mniej miejsca w dużym pokoju – niech mi nikt nie mówi, że Japończycy byli pierwsi z tymi wielkimi ekranami. No dobra, ale nie o tym miałem mówić. Ten gość, u którego wynająłem, to był dopiero popieprzony, ale w pozytywnym sensie. Mówił, że wyjeżdża na trzy miesiące i go nie będzie i żebym zajął się domem. Mieszkanie fajne, tylko syf  jak sto pięćdziesiąt. Trochę mi to było podejrzane, ale załatwiałem przez biuro, więc w razie co, to mam papiery. Mówię biedny może jaki i wyjeżdża jak ja, zarobić, ale potem mi zaskoczyło, że stąd już nie ma gdzie wyjechać, bo tu już jest najlepiej. A wszystko mi zaskoczyło, jak zobaczyłem jego brykę. Widziałem takie w katalogu i widziałem cenę i potem już nic nie widziałem, bo próbowałem przeliczać na nasze i mi się zera pomieszały. Z tym mieszkaniem, to też jakaś podpucha, bo potem poszedłem do biura trochę się dowiedzieć – nadal byłem niepewny i wolałem sprawdzić – to mi powiedzieli, że gość ma duży zabytkowy dom na wsi, ale go oddał na schronisko dla zwierząt… – O kurwa mać! – zakląłem w duchu, bo pierwszy raz jak żyję coś takiego słyszę. Nie powiem słyszało się, czytało w jakiejś gazecie, że gdzieś tam w Ameryce…, ale żeby tu zaraz. Szacunek, bo trzeba mieć bardzo dużo, żeby tak się dzielić, albo może mieć tego całego bogactwa dosyć. Pewnie miał bogatych starych, od dziecka miał wszystkiego za dużo i mu się znudziło. Wszystkim można się znudzić, nawet seksem, bogactwem pewnie też. A potem mi powiedzieli, że wyjeżdża do Tajlandii pomagać w naprawianiu szkód po tej tragedii, co tylu ludzi zginęło i wtedy już się całkowicie uspokoiłem. Ale świr – szacunek i kapelusze z głów! – powiadam, bo jak mu rękę ściskałem na pożegnanie – udawałem, że nic nie wiem – to mi się miękko zrobiło i życzyłem mu wszystkiego najlepszego. W tej kosmicznej drabinie gość był już o jeden szczebel wyżej i pracował dla innych, ja jak na razie zapieprzałem na siebie, co też nie było głupie i też niosło temu światu jakiś niewielki pożytek. Bo jak mówi „Zasada współzależnego powstawania” (czytam ostatnio, wziąłem sobie z kraju trochę książek), „…nic nie istnieje na tym świecie niezależnie, i nie posiada odrębnego bytu, i tak jak ja zależę od świata, tak świat zależy ode mnie. Nie sposób znaleźć się poza światem, nie można wyjąć czegokolwiek i umieścić poza, wszystko jest wzajemnie uwarunkowane, zależy od siebie wzajemnie, i gdyby nie ten pijaczek, co właśnie leży na ławce i sika pod siebie, to pewien mądry gość nie sformułowałby tej zasady, gdyby zabrakło przeszłości nie byłoby przyszłości i na odwrót, gdyby nie było brzydoty, nie byłoby piękna…” itd. Pomyślcie o tym, kiedy zdaje się wam, że jesteście niepotrzebni i świat mógłby się bez was obejść – nie mógłby, i tyle.

No, ale przywaliłem, co! Mówię wam zmieniam się, zacząłem czytać. Dobra, ale wracam, bo czuję się nieswojo z tą gadką. Jak mówię, ja zapieprzam na razie na siebie, kto wie może kiedyś?.., no ale na razie to cieszmy się tym co jest. Jest robota, jest dach nad głową, ciepło, brzuch pełen – na żarciu nie oszczędzałem – i czego ci więcej trzeba? Kiedyś powiedziałbym, że kobiety, ale teraz mówię wam zmieniłem się i ześwirowałem trochę jakby w kierunku tego gościa. No nie, nie że jestem gejem, nie o to mi chodzi, chodzi mi, jakby to powiedzieć, o postawę, o stosunek do tego wszystkiego, o tak zwany całokształt. Nieważne – kto rozumie, to rozumie, a kto nie to nie, nie będę tłumaczył.

Ale babeczki mi brakowało. Wiecie, samotny, młody jeszcze facet bez kobitki to jest niebezpieczne. Dużo złego na tym świecie brało się z tego, że facet nie miał kobitki. Może i dużo dobrego, ale to już tzw. hagiografie, czyli historie świętych, a to mnie jak na razie nie dotyczy. Ale nawet ci święci to zawsze mieli związek z płcią przeciwną, u nas kobiety miały Jezusa, faceci Maryję, gdzie indziej też było podobnie, czysty duchowy związek, ale na Wschodzie byli nawet święci, co praktykowali święty seks tzw. tantrę pożądania. Niektórzy zaraz mnie wyzwą, że mieszam takie sprawy z seksem, ale nie rozumieją o co mi chodzi i jak już ktoś ma klapy na mózgu, to nic na to nie poradzę. Nie będę tłumaczył, jak ktoś chce to niech sobie poczyta. Ja tak zrobiłem i nic mi się nie stało, chociaż na początku trochę byłem niepewny. Ale mówię wam, czytanie to niezła sprawa i nawet się wciągnąłem. Zmieniam się i dobrze, bo czułem już, że czegoś mi brakuje i że stoję w miejscu, może wielkiego pożytku z tego czytania nie będzie, ale chociaż umrę trochę „mądrzejszy”.

Ta historia z Frankiem nie dawała mi spokoju. Jak ochłonąłem po wszystkim, to próbowałem dochodzić, jak to możliwe, że Frank dał mi znać o tej forsie? Z każdej strony próbowałem. Zacząłem czytać różnych magików, co to niby znają się na duchach, ale mówię wam w tych sprawach jest taki bałagan, że aż się robi przykro. Każdy mądry, każdy nie wiadomo jakie posiada moce tajemne, a każdy pierdoli – za przeproszeniem – jak poparzony. W końcu znalazłem jednego gościa, co mi się wydał wiarygodny. Od razu go polubiłem, żadnego ściemniania, tylko do rzeczy, skromnie i bez bicia piany. Widać, że facet był doświadczony, z niejednego pieca jadł, i że można było mu zaufać – takie rzeczy się czuje.

I tenże gość mówił, że jak najbardziej jest to możliwe. Że dusza ludzi pogrążonych w śpiączce, czy w innych podobnych stanach, może opuszczać ciało i porusza się w przestrzeni, gdzieś – jakby to powiedzieć – między życiem, a śmiercią, i że jak takiej duszy na czymś mocno zależy, to może komunikować się z żywymi albo w sposób materialny, przesuwanie obrazków, różne odgłosy itd., albo w czasie gdy świadomość odbiorcy takiego przekazu, w tym przypadku mnie, jest w stanie obniżonej czujności, czyli na przykład we śnie. No i to by się zgadzało.

Wygląda na to, że Frank urządza sobie niezłe spacery w świecie astralnym i swoją starą chałupę też pewnie co jakiś czas odwiedza. Tylko, że niestety takie dusze się męczą, i takie zawieszenie nie jest wcale przyjemne, a może być nawet bardzo nieprzyjemne. Tym bardziej Frank – dzięki! – sam pewnie nieźle teraz dostajesz po dupie, ale bliźniemu potrafiłeś pomóc. Coraz bardziej lubię tych Anglików, więcej mi pomogli niż rodacy. Ostrzegano mnie, że tak może być, że na emigracji Polak dostaje na łeb i gotów by cię utopić w łyżce wody. Ja tam nie jestem zwolennikiem takich teorii, ale fakty mówią za siebie. Nieważne, wyjechałem z kraju, więc nie będę wchodził w narodową debatę, bo mi się od tego niedobrze robi. Tylko dyskusje i dyskusje – co jak co, ale gadać to my potrafimy.

Ale zacząłem główkować dalej. Forsa forsą, ale może nie o to Frankowi chodziło? Może kluczem do całej tej sprawy nie było te trzysta funtów, tylko to czarno-białe zdjęcie? Jeśli Frank potrzebuje pomocy, a z tego co pisał ten gość tak by wynikało, to zdjęcie może mieć tu jakieś znaczenie. Ale jakie? Data i miejscowość były nieczytelne, przynajmniej dla mnie. Spróbuję dać to jakiemuś Anglikowi, może odczyta. Postanowiłem tak zrobić, bo jak patrzyłem na Franka, to co raz bardziej miałem wrażenie, że się chłop męczy i że nie ma czasu do stracenia. A zresztą, co by nie powiedzieć, to miałem u niego niezły dług i miałem wielką ochotę mu się teraz odwdzięczyć.

Już na drugi dzień sprawy ruszyły nieco do przodu.

Lorraine

Z samego rana, ledwie zdążyłem się przebrać w firmowy uniform, podeszła do mnie Lorraine, uśmiechnęła się i powiedziała, żebym się nie przejmował tym, co mi wtedy powiedziała. Fajnie i w porządku, ale mi się to trochę dziwne wydało. Nie miała za co mnie przepraszać, nie wiedziała przecież, że Frank przemówił, a poza tym nie wydarła się na mnie tylko mi spokojnie powiedziała. No ale udaję, że wszystko gra i mówię, że się nie przejmuję i ładnie z jej strony, a ona mnie jakoś tak łapie za rękę i trzyma chwilę. Niedługo to trwało, ale od razu mi stanął. Natychmiastowa reakcja, ale wiecie, babeczki dawno nie miałem, to byłem wrażliwy. Wszystko się działo pod spodniami, ale koszulę miałem za paskiem i luźne bokserki, więc ona, cwana bestia, od razu to zauważyła. Spaliłem raka, a ona już wiedziała co i jak, i że potrzebujący jestem. Więc mi mówi, żebym poszedł za nią. Wiecie, ja tu jestem najniższy rangą, wszystkich muszę się słuchać. A ona na dół i do takiego pomieszczenia gdzie jest świeża pościel na zmianę. Dobrze, że mam taki zwyczaj, żeby z rana brać prysznic (w zimie trochę bez sensu, ale ogólnie jak widać się przydaje). Więc ona do tego magazynu, ja za nią, co mijamy lustro to się poprawiam – wiele zależy od estetyki, włosy, dezodorant, sami wiecie. Wchodzimy. Ja stoję i czekam aż ona zamknie drzwi. Drzwi zamknięte. Światło w sam raz, nie za jasne, atmosfera pościelowa, nawet trochę za bardzo. I nagle taśma zwalnia, ruchy stają się powłóczyste, lekkie i dostojne, i oto w obecności czterdziestu kompletów świeżej pościeli i światła 40 watowej żarówki odbywa się odwieczny godowy taniec, od milionów lat powtarzany z tym samym, choć innym za każdym razem, misterium – misterium złączenia dwóch przeciwstawnych, choć nierozdzielnych w swej istocie połówek, dwóch… – sorry, bo z tych emocji włączył mi się jakiś film przyrodniczy.

Tak więc Lorraine podchodzi do mnie powolutku – co kroczek, to guziczek – jest coraz bliżej, a razem z nią to, co wyłania się spod fartucha. Jeszcze przykryte koszulką, jeszcze w staniczku, ale już widoczne i większe z każdą chwilą, a w końcu tak wielkie, że przesłania mi cały świat…

Chyba jeszcze nigdy tak mi nie stanął – aż go nie mogłem poznać. Ze spodni zrobił mi się czteroosobowy namiot z tropikiem, z tropikiem, bom się tak spocił, jakby ktoś nagle podkręcił kaloryfery (mówię wam, bierzcie rano prysznic). Patrzę, a ona chce wejść do namiotu, rozpina zamek i bez żenady łapie mnie za maszt. Mówię wam, gdybym był pięć lat młodszy, to by było po sprawie. Ale nie, wytrzymałem – jest na to sposób, ale trzeba mieć trochę doświadczenia, robi się tak: szybko przenosisz uwagę do góry, do głowy i zgrzytasz zębami, na ogół pomaga – ale nie czas na porady – bo nagle sprawy nabrały tępa i „rozwarły się wrota sekretnej świątyni” (jakby kto nie wiedział, to Kamasutra). Moment był doniosły i historyczny, bo właśnie miałem wnieść – niebagatelny, uwierzcie mi – wkład w rozwój stosunków polsko-brytyjskich, i to na płaszczyźnie o wiele głębszej niż dyplomatyczna. Syn polskiej ziemi jakże otwarcie witany na Wyspach. Wyobraźcie sobie tylko, co by się stało gdybym za wcześnie wypalił, nie miałbym po co wracać i nie miałbym po co tu zostać – wygnaniec skazany na wieczną tułaczkę.

Ale stanąłem na wysokości zadania. Jak ona pięknie wzdychała, kilku słówek w ogóle nie było w słowniku, nikogo też nie pytałem, bo nie wypada. Wiecie, taki międzynarodowy miłosny język, nie koniecznie trzeba wszystko rozumieć.

Nie musiałem uważać – tak mi powiedziała – a ja jej zaufałem. Rozluźniłem się i było mi bardzo, bardzo dobrze. Na koniec delikatnie pocałowała mnie w czółko i poszła bez słowa.

Możecie myśleć sobie, że gadam bzdury, ale było w tym coś więcej, niż zwykły seks – mówię to już bez żartów. Ciągle jak się tu budziłem to wydawało mi się, że jestem w Polsce i że te głosy na ulicy są po polsku, dopiero następnego dnia rano, tuż po przebudzeniu, nie musiałem sobie przypominać gdzie jestem i kim jestem, dopiero teraz na prawdę byłem w Anglii, i czułem, że oto od dzisiaj, już bez żadnych wątpliwości, stoję obiema nogami na rozległych, bogatych i, co ważniejsze, jakże przyjaznych mi ziemiach Zjednoczonego Królestwa.

Ale zaraz, zaraz, bo się rozochociłem i zapomniałem o Franku. Ja tu sobie w najlepsze, a on tam chłop błąka się gdzieś w zaświatach. Mówiłem, że sprawy ruszyły do przodu i nie chodziło mi, bynajmniej, o te igraszki. Lubię sobie dogodzić, nie powiem, ale hierarchię wartości swoją mam i wiem, które sprawy są ważniejsze, a które mniej. A skoro mówię już o wartościach, to będę musiał sprawdzić tą Lorraine, czy ona przypadkiem, diablica, nie ma jakiegoś męża nieboraka – kiedyś brałem jak leci, ale te czasy mam już dawno za sobą.

Teraz mogłem nieco wypytać o Franka, bo jak wiadomo, znalazłem się w bardzo bliskich stosunkach z Lorraine, a ona pracowała tu od samego początku, zaraz jak zrobili z tej wilii dom opieki, i niejedno wiedziała.

Otóż sprawy miały się następująco. Frank miał kiedyś żonę, którą kochał, wiecie, tak jak to się rzadko zdarza, ale się zdarza. I mieli córeczkę, którą też bardzo kochał, co się samo przez się rozumie. Ta żona też go kochała. Lorraine jak mi to mówiła, to aż się cała rozmarzyła i co jakiś czas świdrowała na mnie, że niby daje mi coś do zrozumienia. Nie musiała, głupi nie jestem, wiem co tam kobitkom po głowie chodzi – „Przeminęło z wiatrem” i te sprawy – ale nie powiem, ja też bym się tak zakochał – jedna, jedyna i do końca życia. Nie tylko kobiety to bierze, ale to się rzadko zdarza i w tej kosmicznej loterii nie każdemu dane jest to wylosować. Ale Frankowi się udało – niestety do czasu. Żona razem z córką zginęły w wypadku i, co tu dużo mówić, szczęście zamieniło się w dramat. Córka zginęła od razu, matka nie, wyciągnęli ją z płonącego samochodu jeszcze żywą, podobno ściskała w ramionach martwe dziecko i nie chciała puścić, gdyby nie to może by ją odratowali. Umarła w szpitalu od poparzeń. Nie trzeba mówić, że Frank przeżył dramat. Stracił chęci do życia i zmienił się nie do poznania. Nawet potem, jak już doszedł do siebie, nigdy nie był taki jak dawniej. Ożenił się po raz drugi bardziej z samotności niż z miłości. Podobno ta druga żona to była bardzo fajna babka, Lorraine ją dobrze znała. Jak ona umarła, to chłop się całkiem załamał i zostało z niego to co zostało. Ot i cała historia, smutna i tragiczna, samo życie.

Wiedziałem już co to za zdjęcie . Pokazałem je Lorraine. O forsie oczywiście nie wspomniałem ani słowa. Pomogła mi odczytać datę i miejscowość – Burley-in-Wharfedale, 1956.

Trzynasty pokój po raz drugi

Wyobraźcie sobie, Frank był w stroju strażaka i grał na trąbie w strażackiej orkiestrze. Tak właśnie przyśnił mi się po raz drugi. Orkiestra szła główna ulicą, z przodu takie panienki w miniówach i białych kozaczkach, ludzie na chodnikach – wyglądało to na jakieś święto. Ale nagle Frank się urywa z pochodu i gdzieś goni, patrzę a on leci do pożaru – no i jest ten samochód, a w środku jego żona z martwym dzieckiem. Jak to zobaczyłem, to mało co bym się obudził, ale Frank jakby chwycił mnie za łeb i z powrotem wciągnął do tego snu. Nie wiem jak on to zrobił, ale zrobił i śniłem dalej.

Patrzę, a samochód zamienia się w pokój, taki jak u nas w Straven. Wszystko jest – meble, łóżko, tylko że wszystko płonie, a w środku na fotelu siedzi jego żona i obejmuje martwe dziecko, i nagle patrzę, a na drzwiach do pokoju numer trzynasty i nazwisko Mary Weir. Teraz to się obudziłem na dobre. Aleś mi Frank zgotował widowisko, dzięki. Gdyby nie Chinka, to bym przez tydzień nie zasnął. Dała mi coś takiego, że w ogóle nie śniłem – skąd wiedziała, o co mi chodzi? Mówię wam, atmosfera zrobiła się tajemnicza, a mi się odechciało bajek z Harrym Potterem, chociaż jeszcze nie tak dawno za nimi tęskniłem.

Koniec, mówię, żadnych duchów, zaświatów, biorę się za robotę, najlepiej to znajdę sobie jeszcze jedną, dorywczą i na tym się skupię, bo jak tak dalej pójdzie to sfiksuję i skończę w jakimś angielskim psychiatryku. Sumienie mnie męczyło, że tam gdzieś Frank i jego żona, ale za wszelką cenę odsuwałem te myśli od siebie, tłumacząc sobie, że to tylko wytwory mojej nadwerężonej wyobraźni.

Ale Frank nie odpuścił. Skoro nie chciałem śnić jego snów, to on postanowił odwiedzić mnie osobiście.

Odwiedziny

Widzieliście kiedyś ducha? Niech to szlag! Ja widziałem. Nie będę wam szczegółowo opisywał, ale ten uparty Frank, pojawił mi się na korytarzu, nad schodami, jak szedłem się wylać w nocy. Nie życzę tego nikomu. Jak go zobaczyłem, to aż mi się skóra na dupie zmarszczyła. Od razu zlałem się w spodnie od piżamy i przez następne dwa dni miałem problem z trzymaniem moczu. To było za dużo jak na mnie. Znów musiałem wziąć urlop i, mówię, jak tak dalej pójdzie, to mnie z roboty wywalą i będę musiał wracać goły i wesoły, i lekko szurnięty.

Ale nie było tak źle, bo wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Dobrze jest wiedzieć o co chodzi, bo wtedy twój tzw. racjonalny umysł może się uspokoić, jak nie wiesz co jest grane, to zaraz wpadasz w panikę. Ja wiedziałem – muszę działać, nie mam innego wyjścia, inaczej Frank i moje sumienie nie dadzą mi spokoju.

No tak, ale co robić. Najpierw muszę pogłówkować. Znów sięgnąłem do tego magika od duchów. I wyglądało na to – jakby to po ludzku powiedzieć, bez tej tajemniczej gadki – no więc, wyglądało na to, że żona Franka po prostu utknęła. Nie tak znowu „po prostu”, ona utknęła dość poważnie, gorzej – ona utknęła bardzo, bardzo poważnie. Umarła, ale została w tej – jakby to powiedzieć? – przestrzeni, gdzie wizje poprzedniego życia są jeszcze bardzo wyraźne i dusza myśli, że ciągle jeszcze żyje. Ale z nią było nawet gorzej, bo ona ciągle kurczowo trzymała się ciała swojej córki, której na szczęście już tam z nią nie było, bo poszła swoją drogą. Skomplikowane to wszystko i niezgrabnie mi idą te opisy, ale się na tym nie znam, a zresztą nie o styl tu chodzi. I powiem wam jeszcze, że ona cierpiała. Ten ogień palił ją naprawdę, nie tak jak człowieka, bo człowiek by się po prostu spalił i byłby koniec, ale ona miała już niematerialne ciało i mogło ją tak palić bez końca. Jej przywiązanie do córki było silniejsze nawet od tego bólu. I z tego wszystkiego Frank też nie mógł umrzeć, bo bardzo chciał ją uratować, więc ciągle jeszcze utrzymywał jakiś wątły kontakt ze światem żywych w nadziei, że ktoś mu pomoże.

Gdzie są teraz ci wszyscy mądrzy magicy? Dlaczego to akurat ja muszę babrać się w takich dziwactwach. Spokojnie, spokojnie, to nie są żadne dziwactwa, mówię sobie, tylko ludzkie sprawy, „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce” – jak mawiał jeden gość. Mnie to też kiedyś może spotkać, każdego może. Nie martw się Frank ciągle pamiętam o tych trzech stówach i prędzej czy później na pewno coś wymyślę. Tak mówiłem, ale uwierzcie, nie kwapiło mi się do tej roboty, tym bardziej, że kompletnie nie wiedziałem co zrobić. Ten od duchów nie podawał żadnych metod, gorzej – pisał, że lepiej się amatorsko za takie rzeczy nie zabierać, bo można sobie niezłej biedy napytać, a ja uznałem to za bardzo rozsądne i posłuchałem jego rady.

Którejś kolejnej nocy Frank znowu mnie odwiedził, ale z kolegami, zresztą nie wiem, czy to byli koledzy, bo byli bardzo niewyraźni, a im byli mniej wyraźni, ty więcej robili hałasu. Wszystko w chałupie stało na swoim miejscu, ale hałas był jak podczas nalotu.  Na szczęście tak jakoś elegancko to robili, że sąsiedzi nic nie słyszeli, tylko mówili, że psy im w nocy strasznie szczekały i nie mogli spać, a jednej starszej sąsiadce zginął kot i dotąd się nie pojawił. Ja udawałem, że nic nie wiem i że nie mam psa, więc u mnie wszystko o.k. i powiem wam, że nawet nie zrobiło to już na mnie takiego wrażenia – chyba zacząłem się przyzwyczajać.

Matka Lorraine

W międzyczasie sprawy z Lorraine zaszły tak daleko, że postanowiła przedstawić mnie swojej matce. Z tego wszystkiego nie sprawdziłem jej, ale okazało się, że nie ma męża i jest wolna. Wcale mi się nie spieszyło z tą audiencją. Nie wiem co ta Lorraine sobie ubzdurała, ale zrobiłem, co chciała, bo musiałem odreagować i każdy sposób wydawał mi się dobry. Co mi tam szkodzi, łba mi nie urwie, najwyżej się nie spodobam i tyle, może przynajmniej zjem coś porządnego, bo ostatnio leciałem na samych mrożonkach i gotowcach z marketu. I mówię wam – dobrze, że poszedłem. Lorraine była fajną zwyczajną dziewczyną, starsza ode mnie, koło czterdziestki, więc jak mnie przedstawiła swojej matce, to nie mogłem uwierzyć, że te dwie kobiety są ze sobą w jakikolwiek sposób spokrewnione. Może tylko fizyczne podobieństwo, a tak, to dwie zupełnie inne osoby. Jej matka była dziwna. Miała już chyba z osiemdziesiątkę, ale była zupełnie na chodzie. Prawie nic nie mówiła. Cały czas miała taki trudny do określenia, tajemniczy wyraz twarzy. Ale było mi przy niej dobrze, czułem się zupełnie swobodnie, jakbym ją znał od stu lat, albo inaczej, jakby to ona mnie znała. Miałem wrażenie, że mógłbym jej wszystko powiedzieć, a ona by się niczym nie zdziwiła.

Czasami człowiek, coś zobaczy i zdaje mu się, że to jest takie albo inne, jest całkowicie o tym przekonany, a potem okazuje się, że nie, że jest inaczej. Ale z nią tak nie było, matka Lorraine była wyjątkowa i wcale mi się nie zdawało. Ona była po prostu – jakby to powiedzieć – mądra. Właśnie mądra. Niektórzy ludzie są mądrzy. Tak już mają. Są jakby do tego przeznaczeni. Tak jak u Indian – ktoś się rodził, pojawiały się różne znaki, i było wiadomo, że będzie mądry. A czy ktokolwiek w ogóle wie o co mi chodzi? O jakiej ja tu mówię mądrości? Zaraz pewnie myślicie o książkach, szkole, uniwersytetach, jakichś pisarzach, naukowcach…, ale to nie w tą stronę idzie. Takiej mądrości nigdzie się nie nauczysz, ani nigdzie nie wyczytasz, nie wiem skąd się bierze, ale jest. Taka osoba może usiąść koło ciebie, nic nie powiedzieć, a ty czujesz, że coś się wydarzyło i że sprawy już nie są takie jak dawniej. Taki człowiek może być całkiem zwyczajny, nawet może się wydawać, że jest głupi, albo niedorozwinięty, ale jak czasem spojrzy, to tak jakbyś łeb przesadził na drugą stronę nieba. Tylko sztuka jest w tym, żeby tego nie przegapić. A żeby nie przegapić, to i w sobie trzeba mieć choć krzynę tej mądrości.

Od razu wiedziała co mnie trapi i z jakimi to rzeczami mam do czynienia. A mi się zrobiło już całkiem tajemniczo i strach mnie obleciał, więc przysunąłem się bliżej Lorraine, żeby zbliżyć się do spraw bardziej konkretnych. Lorraine pomyślała zaraz, że to taki wyraz uczuć, że się zrobiłem romantyczny, więc kładzie mi rękę na kolanie i obraca się do mnie, żeby mnie pocałować. Ja spaliłem raka i patrzę na jej matkę, a ona się uśmiecha tak łagodnie, że mi wszystko od razu przeszło i poczułem się lepiej.

Potem wszystko wróciło do normy. Matka Lorraine nagle stała się rozmowna i całkiem inna, i dopiero teraz było widać, że to matka i córka. Pomyślałem sobie, że wszystko to mi się zdawało, i że to od tych duchów i wystarczy, że ktoś jest małomówny, a ja już nie wiadomo co sobie myślę. Nie myliłem się jednak i wcale mi się nie zdawało. Ale to wyszło dopiero później.

Amulet

Poszedłem któregoś dnia do biblioteki, podchodzę do tablicy z ogłoszeniami – lubię być na bieżąco – a tam takie coś: „Umieranie, śmierć i odrodzenie” – wykład otwarty wygłosi lama jakiś tam (nazwisko za trudne i nie zapamiętałem). Miało to być w Leeds (duże miasto, powiedzmy jak Poznań, godzinę autobusem). No to, kurna, coś dla mnie. Muszę tylko sprawdzić grafik w robocie, w razie co, to może się zamienić na dyżury, i jadę. Tamta babeczka, o której mówiłem, też była z tych „lamów”, więc wiele się nie zastanawiałem. Może czegoś się dowiem w sprawie Franka i jego żony, w końcu właśnie z umieraniem mieli problemy.

Pojechałem. Pytam się o ulicę, znajduję. Jestem wcześniej, jak należy, zajmuję miejsce, nie za daleko, nie za blisko i siadam. Po chwili patrzę, idzie – mały taki, drobny i się śmieje, ale jak się śmieje! Śmieje się jakby ciągle był z czegoś zadowolony. Z czego chłopie ty się tak cieszysz? – zapytuję w duchu i oczu od tego uśmiechu nie mogę oderwać. Chwila moment i sam się śmieję i nie wiem z czego. Patrzę po ludziach – mówię wam, same świry – wszyscy się śmieją i chyba też nie wiedzą z czego. Ale nie ważne – mówię – ważne, że jest wesoło. Ten to dopiero potrafi – wszedł, nic nie powiedział i się zrobiło wesoło. Ale patrzę siada, na takim podwyższeniu, honorowo, myślę, pewnie nie byle kto tylko jakaś szyszka. Usiadł, siedzi i się śmieje. I tak chyba z dziesięć minut. Siedzi lustruje wszystkich tymi swoimi małymi oczkami i się śmieje. Co to jest? Może by ktoś coś powiedział, ale patrzę wszyscy zadowoleni, widać tak ma być. No, ale w końcu zaczął. Przestał się śmiać i przez godzinę mówił zwięźle i do rzeczy. A!, wcześniej jeszcze coś zaśpiewał, jakby modlitwę. Na koniec też zaśpiewał.

Właściwie to wszystko już wiedziałem, bo większość pokrywała się z tym, co pisał ten od duchów – dobrze go wyczułem, że nie ściemnia. Ale powiem wam, co było na koniec. Chciałem podejść i się zapytać, ale się wstydziłem. I stałem tak cały niepewny, a on to jakoś przyuważył i mnie woła i znów się śmieje. Obejrzałem się, czy aby nie chodzi mu o kogoś innego, ale nie, więc idę. Podchodzę i czuję, że mi się coś w percepcji zmienia. I jak już byłem koło niego, to poczułem, że jest mi dobrze i że jestem jakiś taki pusty i pełen jednocześnie, jakby bardziej przestrzenny, trudno to opisać, ale jakbym tak miał na co dzień, to też bym się śmiał. I znowu – czy ja mam kurna coś na czole napisane – bez pytania, jakby wiedział, wyjmuje taki wisiorek na sznurku, coś tam szepce pod nosem, dmucha na niego i mi daje, i mówi jeszcze żebym to nosił. Nie wiedziałem co powiedzieć, to grzecznie podziękowałem – w pierwszym odruchu chciałem nawet zapłacić, ale się zreflektowałem (jakoś mi tu kasa nie pasowała) i – mówię wam, jaki obciach! – z nerwów poczęstowałem go chipsami. Ale nic, wziął, podziękował i wyglądał na bardzo zadowolonego, jak zwykle zresztą. Wróciłem do domu i też byłem zadowolony.

Muszę wam powiedzieć, że patrzę tak na siebie i trochę nie nadążam. Wszystko za szybko się dzieje. Nigdy bym nie uwierzył, ze sprawy ze mną tak się potoczą, ale to chyba dobrze, jeszcze nie wiem. A zresztą, przypomnijcie sobie jak byliście dzieciakami, albo nastolatkami, zupełnie inni ludzie – nic nie stoi w miejscu, tylko czasami jakby wszystko jeszcze bardziej nabiera tempa.

Noszę ten amulet. Miałem z nim nawet ciekawe zdarzenie. Kiedyś w robocie się pochyliłem i mi wyleciał zza koszuli. Zauważyły to dwie Hinduski (tu się chyba zebrali przedstawiciele wszystkich ras i narodów, mówię wam: „Przez lądy i Oceany”), i się mnie pytają co to jest, to ja im tłumaczę, że taki amulet, a one wyjmują krzyżyki, jota w jotę takie jak nosiła moja babcia, i mówią, że one też mają taką ochronę. Okazało się, że to katoliczki. Ale się porobiło. Ja, syn polskiej ziemi z tybetańskim amuletem na szyi, a one z krzyżykami – świat się zmienia i to chyba dobrze, pomyślałem, nie mnie to oceniać, każdy może wybrać.

Z jednej strony religijni fanatycy wysadzają metra, żeby szybciej pójść do nieba, z drugiej takie coś – świat jest nie pojęty i nieźle przy tym popieprzony.

Jakoś mnie ta przygoda z amuletem nastawiła refleksyjnie. Czuję, że maczał w tym palce ten lama. Coraz bardziej chciałem pomóc Frankowi i jego żonie, nie wiedziałem tylko jak. Lama mówił o cierpieniu narodzin i cierpieniu śmierci, o przechodzeniu z jednego życia do drugiego. Jedni w to wierzą, inni nie, mi jest do tego blisko. Nieważne zresztą, biedna Mery utknęła gdzieś tam, pomiędzy życiem, a śmiercią i jej cierpienie docierało do mnie coraz bardziej. „Kroczymy po krawędzi piekła, podziwiając kwiaty” pisał jeden poeta i utkwiło mi to, bo trafił w samo sedno – cały nasz zafajdany świat, raj i piekło tuż obok siebie, czasami aż nie wiadomo, co jest co.

Kawałek ciała Mary

Burley-in-Wharfedale, to blisko, zaraz następna miejscowość. Tam też pracuję, mam tam osiem godzin w weekendy. W domu w Burley też „nie ma” trzynastego pokoju. Aż strach pomyśleć, kto odbywa tam swój czyściec. Ja mam na głowie Franka i Mary, to mi na razie wystarczy. Ale pytam się, po raz kolejny, co ja mam robić?

Nie czekałem długo i odpowiedź się znalazła. Byłem z Lorraine u jej matki, a ta od razu jak tylko przyszedłem daje mi jakąś książkę i pokazuje, gdzie jest założone. Nie była duża, więc włożyłem ją do kieszeni od kurtki. Odbyłem wizytę, siedząc cały czas jak na szpilkach i gdy tylko odprowadziłem Lorraine, zaraz popędziłem do domu. Dziwiła mi się czemu nie chcę jej jak zwykle odwiedzić, że jej już nie kocham i takie tam, a ja na to, ze mam swoje męskie sprawy, co – o dziwo – zadziałało, bo pocałowała mnie i powiedziała, że lubi jak mam swoje męskie sprawy, tylko żeby to nie były przypadkiem „damskie” sprawy, bo pożałuję. Zapewniłem ją, że nie i pognałem z książką do domu. Lorraine w ogóle się o nią nie zapytała, co mnie zdziwiło, ale widać znała swoja matkę i niejedno pewnie już widziała, zresztą nie wiem, nie ważne. Teraz musiałem koniecznie sprawdzić, co ona mi tam zaznaczyła.

To była książka „Dawne obrzędy w dolinie rzeki Wharfe”, a zaznaczony rozdział dotyczył pochówku i obrzędów za zmarłych. Co ona sobie myśli!? Może jeszcze mam odprawiać jakieś pogańskie rytuały!? Tego by brakowało. No, ale czytam bo mnie zaciekawiło. Było to nawet dosyć szczegółowe, bo jakiś rzymski kronikarz wszystko spisał i dzięki temu przetrwało. Dawniej wierzyli tu w wędrówkę dusz, podobnie jak mówili ci lamowie. I mówię wam, przykładali się do sprawy. Taka dusza nie była pozostawiona samej sobie, jak to się teraz na ogół dzieje. Odpowiedni ekwipunek na różne sytuacje i w ogóle pełen serwis. A jak coś się działo, to jakiś lokalny magik robił co trzeba, żeby pomóc. Nie chcę nic mówić, ale wyglądało na to, że teraz to ja będę robił za takiego magika. Nie chciałem tego dopuścić do siebie, ale nie było wyjścia, prędzej czy później, musiałem coś zrobić. I wyglądało na to, że to miał być ten sposób, którego potrzebowałem. Ale to nie było takie proste. Dlaczego? Zaraz wam powiem.

Nieważne było to, że musiałem znaleźć stary autentyczny dolmen, czyli kamienny krąg, nieważne było to, że musiałem zrobić sobie odpowiedni strój, nieważne było to, że miał to być odpowiedni dzień – nów księżyca o zmroku… To wszystko było na prawdę mało ważne, ważne było to, że potrzebny mi był – o zgrozo! – kawałek ciała Mery. Całkowicie szalony, całkowicie popieprzony i całkowicie … – nie powiem jaki jeszcze – pomysł! Kawałek ciała! Kawałek ciała! Czyli czego? Kawałek zwłok?! No chyba ich wszystkich – za przeproszeniem – równo po…ło!

Miało to owszem jakiś sens, ale przecież żeby to zrobić – to zrobić, czyli zdobyć ten kawałek ciała (nawet myśleć o tym nie mogę) – to ja przecież będę musiał…, to ja przecież będę musiał…, ROZKOPAĆ JEJ GRÓB !!!

– AAAAAAAAAAA !!!!!!!!! – samoistnie wydobył się ze mnie krzyk przerażenia, obrzydzenia i rozpaczy jednocześnie.

Sprawy poszły już za daleko, nie mogłem się wycofać, mogłem jedynie próbować znaleźć jakiś inny sposób. Ale jaki? Musiałem to jeszcze raz na spokojnie przemyśleć. I gdy tak przemyśliwałem, przyśnił mi się Frank. Zaraz wam powiem jak mi się przyśnił.

Ja i on jesteśmy harcerzami,… czy skautami, nie miało to znaczenia. Znaczenie miało to, że mieliśmy po dziesięć lat, pstro w głowie i na tyłkach krótkie spodenki. Frank był moim najlepszym kumplem. Byliśmy na obozie nad jeziorem, w okolicy jakiegoś starego opactwa (coś jak „Pan samochodzik” i „Wakacje z duchami” razem wzięte). I drużynowy, kompletny świr, przydzielił nam zadanie – mieliśmy zdobyć sprawność „nieustraszonego”. Żeby to zdobyć, mieliśmy pójść o dwunastej na cmentarz, rozkopać jeden grób i przynieść szajbusowi – oczywiście co? – kawałek zwłok, a najlepiej, jak powiedział nam w tajemnicy, czaszkę. Już chciałem mu powiedzieć, żeby się odpier… i tak dalej, ale patrzę, Frank cały zadowolony klepie mnie po plecach i mówi, że będzie niezła zabawa. Tak mnie zatkało, że zaniemówiłem w tym śnie. Potem nagle cyk i następna scena.

Jesteśmy na cmentarzu. Jest burza, pada deszcz, ruiny katedry i stary, bardzo stary cmentarz. Patrzę sam na siebie i się nie poznaję. Zamiast strachu i wątpliwości mam taką radochę i adrenalinę, że aż nie mogę w to uwierzyć. Frank jest jeszcze bardziej zadowolony, aż do momentu jak nagle zamienia się w starego Franka, staje nade mną i mówi jak jakiś belfer: – Musisz zmienić swoje nastawienie chłopcze, musisz przestać bać się wuefu!

– Coś ty Frank, jakiego wuefu!? – zdążyłem jeszcze powiedzieć, po czym się obudziłem.

Od razu przypomniało mi się jak w podstawówie śniły mi się jakieś koszmary o wuefie, w których główną rolę odgrywał zawsze nauczyciel sadysta. Nie wiem o co w tym chodziło, bo wuef lubiłem, jak żaden inny przedmiot. Frank w zaświatach miał dostęp do lepszych źródeł i wiedział pewnie więcej o mnie niż ja sam, nieważne, ważne, że zadziałało. Jakoś inaczej na to wszystko spojrzałem. Postanowiłem potraktować to jak jakieś zadanie, jak zdobywanie sprawności – nastawienie wiele zmienia, ale Frank musiał coś zadziałać, bo zrobiłem to ten jeden raz i wiem, że więcej bym tego nie powtórzył.

Na cmentarz miałem udać się podczas pełni. Miałem się zabezpieczyć przed duchami i zabrać ze sobą – tak podawał przepis – jakieś ochronne amulety, wszystko, co się dało. To jakby miałem już załatwione. Cały czas nosiłem przy sobie podarunek od lamy i szczególnie nic tam nie czułem, okazało się jednak, że teraz miał mi się przydać. Ale postanowiłem też, co pewnie was zdziwi, zabrać ze sobą jakąś część bielizny Lorraine, jako poświadczenie, że należę do świata żywych – rozumiecie o co mi chodzi, Lorraine była tak zwyczajna – w sensie jak najbardziej pozytywnym – i osadzona w tym świecie, że nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek z zaświatów mógł z nią zadzierać (przypomnijcie sobie „Panią Twardowską”). I w końcu wziąłem jej stanik, bo wydawał mi się z wyglądu bardziej szamański niż majtki. Teraz potrzebowałem jakiegoś cięższego sprzętu, czyli łopaty. No tak, ale przecież nie mogłem wziąć ze sobą łopaty, bo jakby mnie ktoś zobaczył w nocy z łopatą na cmentarzu, to nawet nie mógłbym się wyłgać. Rozwiązaniem była saperka – mała, sprytna i przede wszystkim składana łopatka – najlepsza do takich akcji (chyba po wszystkim napiszę poradnik małego ekshumatora). No tak, a co z płytą nagrobną? Spokojnie, płytę miałem z głowy, bo na cmentarzu, gdzie leżała Mary nie było płyt, były tylko same postumenty, co – jak się pewnie ze mną zgodzicie – znacznie ułatwiało sprawę. Z płytą nie dałbym sobie rady i byłoby po ptakach.

Dobra jest – saperka, dalej latarka, jakieś gumowe rękawice i pojemnik na wykopane szczątki. Brzmi to makabrycznie, ale coś wam powiem – tam nie było już Mary (o ile cokolwiek tam było po tylu latach), Mary była gdzie indziej i jej dawne ciało nie było już jej potrzebne, to znaczy było, ale ona o tym nie wiedziała. Może was to przekona, ale nie przekonałoby na pewno policji, gdyby mnie ktoś nakrył, jedyne co mi pozostawało to prosić Franka w duchu o jakąś ochronę, zresztą i tak nie musiałem tego robić, wiedziałem, że mogę na niego liczyć, w końcu był to jego, a nie mój zakichany interes.

Sprawdziłem w kalendarzu pełnię i powoli przygotowywałem się do akcji.

Noc była piękna. Pełnia i nieliczne białe obłoki, które co jakiś czas przysłaniały romantycznie księżyc. W takiej scenerii cmentarz mógłby nawet ujść za miejsce potajemnej schadzki, jak to się pewnie zdarzało, bo kto spodziewałby się kochanków na cmentarzu. Ja też miałem schadzkę, z Mary, tylko nie byłem pewien czy ją tam w ogóle zastanę, a jeśli już, to w jakiej formie.

Poczekałem aż nadejdzie jakaś większa chmura i dawaj. Grób zlokalizowałem już wcześniej, więc znałem kierunek. Dalej było już całkiem jak w horrorach. Co chwilę jakaś zjawa, mówię wam przegląd wszystkich epok, od kamienia łupanego przez Celtów, Rzymian aż do współczesności. Frank ze wszystkimi dawał sobie radę, do czasu aż pojawił się koleś, który był zdecydowanie poza zasięgiem Franka. Nie ten kaliber. On w ogóle nigdy nie był człowiekiem i za bardzo nie było wiadomo, co go tu przygnało, ale nie było czasu robić mu psychoanalizy, pewnie należał do tzw. trudnych pacjentów. Ja zdążyłem już pięć razy zrobić w pory i posikać się jednocześnie, Frank wymiękł i gdzieś zniknął. Pozostawało mi jak najszybciej spieprzać i jakoś z tego wyjść. I wtedy coś mnie tknęło, może już zaczynałem fiksować, bo drżącymi rękami wyjąłem z plecaka biustonosz Lorraine i założyłem sobie na głowę. Święcona woda nie byłaby skuteczniejsza, koleś zwiewał aż się kurzyło, a ja stałem tak jeszcze przez chwilę chudy i blady z biustonoszem na głowie. Nie zdjąłem go do końca akcji. Jakiś czas potem czytałem, że jeden znany jogin, jak atakowały go demony wyobrażał sobie dookoła siebie pełno kobiecych vagin i to skutkowało, a znowu inny odstraszał demony swoim fajfusem. Coś w tym widać było. Nie wiedziałem o tym wcześniej, ale chyba zadziałała intuicja i dobrze, bo bym cało z tego nie wyszedł. Nie będę wam opisywał jak rozkopywałem grób, bo sam tego nie chce wspominać. Dwa razy zwymiotowałem i to mi wystarczy. W każdym bądź razie, jak tylko trafiłem na jakiś kawałek kości, to szybko zrobiłem po sobie porządek i w nogi. Nikogo na szczęście o tej porze nie było na ulicy i niepostrzeżenie, z biustonoszem Lorraine na głowie dotarłem cały i zdrowy do domu.

Nie oddałem go Lorraine. Od tego zdarzenia przedmiot ten emanował dla mnie taką mocą, że wolałem go mieć zawsze gdzieś przy sobie, nie wiedziałem co jeszcze może mnie spotkać, a przecież najważniejsze było dopiero przede mną.

Do nowiu zostało niespełna dwa tygodnie. Przez ten czas miałem mieszkać z kawałkiem Mary Weir pod jednym dachem. W innych okolicznościach przerażałoby mnie to – mieć kawałek nieboszczyka w domu. Ale tu sprawa była dla mnie jasna. Wiedziałem gdzie jest Mary i wiedziałem co się z nią dzieje, więc moja wyobraźnia nie miała zbyt wielkiego pola do popisu. Przez ten czas traktowałem ten kawałek kości jak relikwię. Tyle kosztowało mnie jego zdobycie, a przede wszystkim stanowił przecież najważniejszy element całego tego szalonego przedsięwzięcia.

Frank jak zniknął, tak przez tydzień się nie pojawiał, nawet zacząłem się o niego martwić. Aż pewnego dnia słyszę, że dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę, mówię standardowe – hallo! – a tam nie kto inny, tylko Frank, tak samo jak wtedy, kiedy kazał zanieść potłuczony wazonik do trzynastego pokoju, tym samym starczym nosowym głosem, wypowiada dwa proste słowa:

– All right. – po czym wyłącza się i w słuchawce słychać tylko głuche biiiiiii…

Jak all right to all right, dzięki Frank, że w ogóle dałeś znać. Jak zawsze potrafisz mnie zaskoczyć. W pierwszym momencie wydało mi się to całkiem normalne, dopiero po chwili ocknąłem się:

– Co się ze mną dzieje, czy ja przypadkiem kompletnie nie sfiksowałem!? – powiedziałem sam do siebie czując, jak powoli narasta we mnie przerażenie. Dla postronnego obserwatora nadawałem się, i to w trybie natychmiastowym, do psychiatryka. Sami powiedzcie, kompletnie ześwirowana sprawa. Natychmiast potrzebowałem czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że ciągle jestem przy zdrowych zmysłach. W tej sytuacji biustonosz Lorraine już nie mógł zadziałać, należał już do tego tajemniczego świata, który choć na sekundę chciałem zostawić daleko za sobą. W panice zacząłem zastanawiać się co mogłoby mi pomóc, ale kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Byłem sam w domu, nie mogłem z nikim porozmawiać, nikt nie mógł mnie pocieszyć. Lorraine miała akurat dyżur, a ja bałem się dzwonić do niej z dziwacznym pytaniem: „Czy ona uważa, że jestem przy zdrowych zmysłach?” – czy coś takiego. Pozostawał mi jedynie telewizor, wierny towarzysz wszystkich samotnych tego świata – przynajmniej jego bogatszej i tym samym bardziej samotnej części.

I kiedy tak siedziałem i próbowałem się uspokoić, nagle wszystko mi się pomieszało. Zacząłem tracić poczucie siebie. Wydarzenia też zaczęły tracić swój chronologiczny porządek. Był poniedziałek, a ja czytałem piątkową gazetę z datą o cztery dni późniejszą. Zdjęcia w gazecie nagle stawały się ożywione i oglądałem jakby film z sobą samym w roli głównej.

Siedziałem gdzieś w nocy na wrzosowisku, paliłem ognisko i w dziwacznym stroju odprawiałem jakieś rytuały. Potem inna scena. Pogrzeb Franka i ja wygłaszający jakąś uroczystą mowę. A potem ktoś przeprowadzał ze mną wywiad najpierw dla lokalnej gazety, a potem dla BBC. I moje zdjęcia były wszędzie, na ulicy, w witrynach sklepowych, w pubach, wszyscy mnie pozdrawiali i byłem bardzo sławny i w momencie, gdy przyznawano mi tytuł honorowego mieszkańca miasta, nagle, zlany zimnym potem, obudziłem się.

Znów byłem w swoim pokoju w domu przy Manor Square. Był wczesny ciemny ranek. Leżałem tak jeszcze przez jakiś czas nie mogąc pojąc do końca co się stało. Po chwili usłyszałem odgłos otwieranych drzwi i dobrze znajome głosy moich współlokatorów, którzy wracali z nocnej zmiany. Podziałało to na mnie jak zimny prysznic i natychmiast przywróciło mnie smutnej rzeczywistości.

Wszystko to był tylko sen. Nic z tych rzeczy się na prawdę nie wydarzyło. Nie było trzystu funtów, nie było przeprowadzki, nie było Lorraine i jej tajemniczej matki, nie było zadowolonego lamy, nie było wyprawy na cmentarz, i nawet sny, które mi się śniły były jedynie snami we śnie  – wszystko to działo się tylko w mojej wyobraźni.

Nie wiedziałem czy mam żałować, czy nie – to było takie dziwne. Żałowałem na pewno jednego, tego że nadal jestem w tym mieszkaniu i będę musiał jeszcze jakiś czas tu wytrzymać, choć nie miałem zielonego pojęcia jak mam to zrobić.

Dobra wiadomość

Kiedy znalazłem się w Straven, dowiedziałem się, że właśnie tej nocy, gdy śniłem ten dziwaczny i długi sen, Frank zasnął na dobre i opuścił wreszcie swoje bezwładne, przedwcześnie martwe ciało. Dokąd odszedł? Nie wiem, nie przyśnił mi się już więcej. Potem patrzyłem jak wynoszą jego zwłoki, i w chwilę po tym, jak drzwi Straven zatrzasnęły się za Frankiem Jeany przyniosła mi wiadomość, że od nowego tygodnia przenoszą mnie do innego domu, do Burley Hall, do tej samej miejscowości gdzie było zrobione to czarno-białe zdjęcie ze snu; że dają mi cały etat w kuchni i w związku z tym mogę się przeprowadzić i nie muszę już płacić za tamto mieszkanie.

Jeany wiedziała, że szukam roboty na cały etat i wiedziała, że się ucieszę, ale moja reakcja ją zdziwiła. Cieszyłem się oczywiście z lepszej pracy, cieszyłem się że zmieniam wreszcie mieszkanie, ale uczucia te zeszły na drugi plan i to co czułem, to przede wszystkim zdumienie i dziwną niepewność, dokładnie taką samą jak wtedy, gdy babcia czytała mi bajki na dobranoc, a ja pytałem się potem, czy to się działo naprawdę, a ona bez chwili zastanowienia mówiła, że tak, że wszystko to na pewno kiedyś się zdarzyło i żebym nigdy nie myślał sobie, że bajki to tylko krótkie zmyślone przez kogoś historyjki.

~ Grzegorz Przybyszewski

 

Skomentuj