Niedziela. Wreszcie sobie wypoczną. Pogoda piękna, nic tylko na działeczkę jechać.

Ale Marycha jak zwykle swoje – do kościółka, a potem na cmentarz! Co było robić.

Po śniadaniu wyszykował sobie markowe ciuchy, te co to je u baby na targu kupili. Tanio i elegancko. Niebieska koszula z krótkim, beżowe spodnie i czarne lakierki. Jak na bal. A Marycha jak się odstrzeliła. Laczuszki takie wsuwane, na obcasiku, sukienka obcisła, że aż miło popatrzeć, i torebka piękna, włoska, którą też na targu kupili.

Wsiedli do swojego lambordżini i powolutku, nie śpiesząc się, bo parafia dwie ulice dalej była, ruszyli. Nie ma to jak pod kościół furą własną zajechać.

Z Jezusem właściwie wiele do pogadania nie miał. Do kościoła chodził, bo wypadało. Wszyscy sąsiedzi chodzili. A do spowiedzi pójdzie, kiedy będzie stary. Jeden raz, na koniec, i spokój.

Zawsze mu się spać chciało, kiedy tak w ławce siedział i księdza słuchał. Właściwie nie słuchał, bo też nic ciekawego nigdy nie mówili. On się zresztą do polityki nie mieszał. A śpiewać raczej nie umiał. Dawno temu zdarzyło się, że na środek sali wyszedł i Sto latszwagrowi na imieninach zaśpiewał, ale mu wtedy do kieliszka dolali i posadzili z powrotem.

Na koniec mszy, kiedy ksiądz przekażcie sobie znak pokoju, czy jak to tam szło, nakazywał, on zawsze parę razy zakaszlał, tak na niby. Obcym się kłaniał nie będzie. Spoufalać się nie lubił. Potem tylko na Marychę musiał mrugnąć, bo ona zapatrzona w niego jak w obrazek jakiś święty w tym momencie była.

Na cmentarz nie poszedł, bo nie lubił marnotrawstwa. I tak wszystkie kwiaty i znicze ukradną. Poza tym – czy zmarli widzieli, co im baby na grobach ustawiały? Poczekał na Marychę w samochodzie, radyjka sobie posłuchał.

W domu przebrali się szybko w stare dresy, ale takie przewiewne, bo cieplutko było, i dawaj za miasto! Daleko nie mieli. Kiedy zajechali, z radością popatrzył na swoje piękne ranczo. Wszystko jak należy. Porządek, zielono, domeczek jak się patrzy. A najlepsze, że to wszystko za darmo. Nie tam miliony na chałupę wydawać.

Nawet trawniczek pięknie przez niego skoszony – a jak! Kiedyś zrobił sobie kosiarkę ze starego odkurzacza i ładnych parę lat na niej pociągnął. Ale raz – jakieś dwa lata temu – on sobie kosił, aż tu nagle… jak coś nie pierdyknie! Dym poleciał – i koniec. Chciał naprawić, kombinował już nawet, jak, ale nie zdążył, bo mu dzieciaki nową na imieniny kupiły. Zmarnowane pieniądze. Ale fakt, że lepiej kosiła.

Marycha od razu w grządki pognała i zaczęła pielić.

– A co ty myślisz, że to samo od nowa nie urośnie? – zarechotał do niej z leżaka, gdzie już sobie z kawką usiadł.

Zaraz po nich przyjechali Jarek z Madzią i Niunią. Wesoło się od razu zrobiło. Niunia zaczęła latać za motylkami i kwiatki wąchać, jak w reklamach – dziecko takie śliczne. A on sobie siedział i patrzył.

Potem tylko Magda go zdenerwowała, i to bardzo. Książkę z torby wyjęła, małą sobie na kolanach posadziła i czytać jej zaczęła! Dziecku – książkę! Dzieciństwo Niuni chciała odebrać! Po co w takim razie szkoły?! No po co?! Dosyć się jeszcze dziecko w tych szkołach namęczy! Drugą Marychę chcieli z niej zrobić czy jak?!

Sąsiadów na działce mieli takich sobie, właściwie grali mu dosyć mocno na nerwach. Nauczyciele, psiakrew. Inteligencja jedna. W tym ogródku swoim tyle się narobili, że świat nie widział. Patrzeć na to nie mógł. Tu kwiatek taki, tam taki. Tu krzaczek, tam krzaczek. Tu owocki, tam warzywka. Altanki jakieś. Jeziorko nawet mieli. I to z fontanną!

On trawę posiał, gdzie tylko się dało. Żywopłot za to porządny na samym początku posadził, żeby prywatność mieć, jak goście przyjadą, i tak dalej. Marycha jednak koniecznie grządek chciała, bo wszystko niby lepsze z własnego ogródka. To jej kawałek ziemi w kącie pod płotem wyznaczył. Niech ma. A on co, rolnik jakiś? Ogródki wypoczynkowe, jak się samo przez się rozumiało, po to były, żeby w nich wypoczywać.

Malewiczowa to nawet miła babka, z Marychą sobie często przez płot plotkowały. A to ważne, żeby baby zajęcie jakieś miały, spokój wtedy większy na świecie. Ale Malewicz to cham taki, że o gorszego trudno. Wtrącał się do wszystkiego, przez płot podglądał, doradzać chciał, nauczać. I to jak!Raz, jak on z kubłem do płotu podszedł, żeby śmieci na specjalną kupę wyrzucić, tak jak zawsze, to Malewicz zaraz się przyczepił.

– Panie sąsiedzie, a może by tak posegregować te odpadki? Tam przy bramie kontenery poustawiali – na szkło, na plastik, a tu by pan jeszcze mógł kompostownik zbudować, na zielone odpady. Ja chętnie pomogę – krzyknął ze swojego tarasu.

Patrzcie go! Agent Tomek się znalazł! Nie dosyć, że podgląda, to jeszcze w prywatne życie innych się wtrąca. No ale cóż. Sąsiadów się nie wybiera.

Jakoś tak głowa go dzisiaj od leżenia na leżaku bolała. Słoneczko grzało całkiem mocno. Mimo że w cieniu leżał, czapeczkę z daszkiem na oczy nasunął, coś mu było nie tak. Cisza niby przyjemna, Madzia z Jarkiem i Niunią na plac zabaw poszli.

Cisza, cisza.. Jaka cisza?! Przecież to ta fontanna u Malewicza tak mu po mózgu daje!Tryska, i tryska! Cholera jasna!

Jak nie wstał z leżaka, nie podszedł do płotu!

– Ty chamie jeden, wyłączysz ty to badziewie?! Bo jak nie, to…! – wrzasnął.

A tu Magda z Niunią właśnie do furtki podeszła.

– Tata przestanie, dziecko słucha! – I znowu oczywiście wszystko na niego.

Jeśćby lepiej dali, bo głodny już był. Śniadanie zjedli raczej małe. Ale baby teraz swoje sałatki będą robić, i to godzinami. On tego świństwa nie jadł. Karkóweczkę sobie na grila lubił wrzucić, pajdą chleba dogryźć. Piwka tylko napiłby się z Jarkiem, ale wiadomo. Teraz wszyscy pili soczki. Też zdrowo. Trudno.

Tak ładnie, rodzinnie, obiadek sobie zjedli, popilil kawką. Magda nawet ciasto przywiozła. A Jarek cały czas opowiadał o swojej pracy. Że stres, że nadgodzin dużo, ale zarobki dobre.

– Mówię tacie, tyle roboty teraz mamy, jak tak dalej pójdzie, to sobie niedługo na lepsze mieszkanie damy radę oszczędzić. I może na drugie dziecko się zdecydujemy!

Powolutku, powolutku. On jeszcze Niunią nie zdążył się nacieszyć. A nadgodziny to syf. Nigdy nie dałby się w takie coś wrobić. Ale chłopak młody jeszcze, życia musi się dopiero nauczyć.

Przysnął sobie po obiadku i zrobiło się popołudnie. W niedzielę w telewizji fajne programy, czas wracać. Wstał na chwilę z leżaka, tak dla ruchu. Domek obszedł, nawet dwa razy, posprawdzał wszystko. Cholera, tam w rogu pod płotem mieli chyba kreta. Kupki piachu wszędzie, tu jedna, tam jedna. Trzeba do drogerii po truciznę jechać i zabić małe chamstwo. Zwierzęta dość miejsca w lesie dla siebie mają. A nie – przychodzić tutaj, wśród ludzi się kręcić. Dobra. Trzeba się tym zająć.

No to mieli już plan na następny tydzień.

~ Zuzanna Muszyńska

 

 

 

 

Skomentuj