Mam w domu małą, jednoosobową stonkę, która nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo po co odkryje najmniejszy zakamarek, wlezie weń i zmajstruje to i owo.

Jak nie napełni bębna pralki misiami i kinderkami, to dorzuci do szczelnie osłoniętego kominka opału w postaci jakiejś zabawki, skarpetki ukradzionej z suszarki, tudzież chrupka. Albo wciśnie się pod kanapę, żeby potem utknąć na amen. Ot taka domowa stonka.

Nie wspomnę, co się dzieje, gdy dorwie do łapki zapodzianą dawniej kredkę, a na horyzoncie ani widu, ani słychu dorosłego. Wiecie… też macie dzieci.

Ostatnio lalkę karmiła surowym makaronem, który wydobyła z zabezpieczonej przed wścibskimi paluszkami szafki. Ale wiadomo, choćby nie wiem jak porządnie zabezpieczyć szafki, szuflady i inne to i tak zawsze to mało. A jak się nie da, to moja stoneczka bierze opornika gwałtem i tak jak dziś, wyrywa frontową deskę z szuflady łazienkowej wraz z zabezpieczeniem. A co? Nie da się?

Festiwal trwa. Od godzin wczesnoporannych do póznowieczornych mamy pokaz siły, sprytu, umiejętności, nadludzkiej siły i nadnaturalnej ciekawości, która każe zajrzeć nawet w szczeliny między panelami, bo a nuż znajdzie się tam coś ciekawego? A jak nie, to zawsze można odłupić kawałek paneli?

Ponieważ ostatnimi czasy moja mała stonka nieco przybrała wertykalnie i horyzontalnie, to wzrok sięga tam, gdzie wcześniej nie sięgał, a o rączkach nawet nie wspomnę. A i nózie już zarzucić potrafi, co by się wspiąć wyżej i wyżej i wyżej…
Jak sobie pomyślę, że ja tak czekałam do chwili, kiedy ona zacznie chodzić, że tak będzie fajnie…

No fajnie jest.

Aktualnie Olka podbija nieznane terytoria półek, oparć kanapy i foteli, blatów, stołów i innych umiejscowionych nad poziomem jej główki. Mały alpinista, w dodatki z gatunku hard, bo bez asekuracji i uprzedniego przygotowania. Dobrze, że ma anioła stróża z tysiącletnim doświadczeniem, bo ostatnio jak wygramoliła w kafle podłogowe to się ja-matka otrząsnąć nie umiałam… alpinistka została przekupiona ciasteczkiem i szybko zapomniała o spektakularnym wyczynie kaskaderskim, choć podejrzewam, że ten jej stróż anioł też miał ciężko dojść do siebie. Co on się z nią ma… no nie zazdroszczę.

Guz na szczęście schodzi, anioł nie złożył wypowiedzenia, stonka buszuje wciąż.

Najciekawszy zaś z całego repertuaru stonkowych zwyczajów jest rytuał wieczornego zasypiania. W zależności od nastroju, stopnia wzbudzenia i dziennych wrażeń wygląda ono tak:

– TAŃCZĄCY Z OWSIKAMI – rytuał polegający na nieokiełznanym i niekontrolowanym racjonalnie kręceniu wszelkimi częściami ciała. Wyższe stopnie wtajemniczenia uzyskuje się wciskając kończyny w coraz to bardziej spektakularne miejsca tak, by uniknąć jednocześnie ich skręcenia. Odnajdujemy więc nóżki wplecione w szczebelki i zawinięte w supełek wraz z rączkami, główkę wykręconą o jakieś 180 stopni w stosunku do korpusu stonkowego ciałka.
Niezwykłość tego rytuału polega nie tylko na wymyślności prezentowanych figur, lecz również czasie ich wykonywania, co oznacza że pozycja obrana zostaje zastąpiona nową po około ułamku sekundy. Ten rytuał zasypiania występuje zazwyczaj, gdy osobniczka nasłucha się wcześniej Bibera, którego w towarzystwie matki i ciotki K. szaleńczo odtańczy, wywijając przy tym entuzjastycznie małym kuperkiem. Takie popowe pobudzenie ośrodka ruchowego przenosi się zazwyczaj później do enklawy łóżeczkowej.

– METODA NA SZLOCHA – metoda polegająca na zachowaniu z gatunku “sama nie wiem czego chcę, więc marudzę i nie śpię”. Stonka kręci się po pokoju sypialnianym bez wyraźnego celu, ciągnąc za sobą po podłodze świeżo uprany kocyk i miętoląc półgębkiem zmasakrowanego smoka, który nijak nie spełnia swej pacyfikatorskiej misji.

Nie pomaga tulenie i usypianie kolejno misia, lalki i taty. Obrana metoda na szlocha trwa więc dalej, powodując jednakowoż kolejne utrudnienia w walce o sen, w postaci nochala zawalonego płaczliwym katarem. Wyjąco – zawodzące dziecko przemierza nadal pokojowe kąty, by wreszcie pozwolić się przekupić autopromocyjnym i narcystycznym filmikiem na smartfonie matki, jednym z miliona, w których ona sama, czyli Olka -demolka odgrywa rolę wiodącą. Samouwielbianie małej marudy silniejsze jest niż chęć ględzenia więc osobniczka pokłada się tuż obok ręki trzymającej telefon, by wkrótce zmęczona płaczem i nieco zmuszona konsekwencją matki wreszcie usnąć. Efekt metody na szlocha otrzymuje się zazwyczaj, gdy stonka w szaleńczym pędzie dnia zapomina o popołudnowiej drzemce, a wieczorem jest już tak padnięta, że zasnąć nie może. Ot, taki paradoks.

– O DWÓCH TAKICH: SZLOCHU I HISTERII, CO CI SKRADLI WIECZÓR- rytuał polegający na doprowadzeniu do wrzenia nerwów, krwi i matki rodzicielki. Stonka pobudzona atrakcjami mijającego dnia, bądź aktualnie zamelinowanymi w domu gośćmi nie pozwala się oddać w objęcia Morfeusza, kategorycznie odmawiając opuszczenia wesołego grajdołka. Ponieważ samodzielnie nie oddali się od miejsca uciech, zostaje zabrana siłą i rozpoczyna rytualną histerię przejawiającą się płaczem, szlochem, dławieniem, krztuszeniem, kaszlem, wyciem, wołaniem mamy, wołaniem o pomoc, waleniem w drzwi, waleniem w matkę, waleniem głową w łóżeczko, rzucaniem smoczkiem i tak w porywach do maksymalnie godziny, kiedy to organizm wyczerpany szaloną demonstracją niezadowolenia odmawia posłuszeństwa i wyłącza się na autopilocie. Po wyłączeniu się osobnik jeszcze przez kilka godzin przypomina o swoim niezadowoleniu smętnie i przygnębiająco zanosząc się westchnieniami.

– CZYTANKI TYSIĄCA I JEDNEJ NOCY- rytuał zalecany i preferowany przez wszystkich szamanów i mądre głowy świata. Polega na systematycznym i planowym wykonaniu czynności przygotowawczych, które jednoznacznie prowadzą stonkę do poddania się urokom snu.
Wspólne przeglądanie książeczek, oglądanie obrazków, czytanie i opowiadanie historii pobudza ośrodek mózgowy małolata, by tworzyć w nim podwaliny dla inteligencji, wiedzy i dojrzałości w życiu późniejszym. Metoda ta jest jedną z bardziej sympatycznych dla obojga stron, czyli usypiającego i usypianego, gdyż czas spędzony na wspólnym czytaniu stanowi celebrację ich więzi, porozumienia i dalszych relacji. Dziecię uspokojone i zrelaksowane chętniej oddaje się przytulankom i łatwiej zasypia. Rytuał polecany na każdy dzień bez względu na skalę wrażeń i zdarzeń minionych godzin, gdyż w cudowny sposób studzi emocje, uspokaja i relaksuje.

– TRAFIONY UŚPIONY- rytuał rzadko spotykany, raczej z gatunku legendarnych, o których słyszy się czasami od innych szczęśliwych rodziców, bądź cudownym zrządzeniem losu doświadcza się go pod własnym dachem. To cud polegający na momentalnym zaśnięciu ledwie co położonego do łóżeczka bachorka, który nawet nie przetrwa do wieczornego buziaka, lecz wyłącza się zaraz po przyłożeniu głowy do poduchy.
Takie cuda zazwyczaj odnotowuje się po dniu pełnym świeżego powietrza, w czasie którego małe tornado rozprowadza nagromadzoną energię atomową w ruch i aktywność fizyczną. Szaleństwa na zielonej trafce, bieganina i spora dawka zanieczyszczeń z piaskownicy, dodatkowo wsparte ciepłą kąpielą dezynfekcyjną, powodują że funkcje życiowe stonki szybciej przestawiają się na proces regeneracji i ładowania.
Druga metoda to farmakologia, ale za to są paragrafy.

– GŁUCHY TELEFON – rytuał ciężkiego kalibru, który polega na nieustannym, nieprzerwanym wydawaniu dźwięków przez usypianego. Dźwięki mogą być chaotyczne, mogą być słowami, lub zdaniami, mogą też przybrać formę totemicznych pieśni. Najczęściej powtarzanym słowem podczas tego rytuału usypiania jest słowo MAMA, po którym następuje seria filozoficznych pytań, spostrzeżeń, tudzież ujawniania potrzeb takich jak siku, piciu itd itp. Najtrudniejsze jednak dla usypiającego jest śpiewanie, gdyż nic tak nie doprowadza matki do pierdylnego megaszału, jak usypiany, który zamiast słodko spać doskonale się bawi i śpiewa piosenki, a ciebie zalewa krew bo mogłabyś już uprasować stertę prania, ugotować obiad na miesiąc, lub w końcu umyć włosy, a nie słuchać popisów jednoosobowej operetki. Ten sposób zasypiania raczej nie ma związku z tym jak wyglądał dzień i jest po prostu złośliwością losu, tudzież wdrożonym w życie prawem Murphy’ego, wedle którego jak masz kupę rzeczy do zrobienia to twoje dziecko na bank nie zaśnie szybko i spokojnie.

– BYŁO SOBIE ŻYCIE- rytuał z gatunku odkrywczych, naukowych i sensorycznych, polegający na “badaniu” usypiającego przez usypianego. Dziecię w ciemnościach nocy bada malutkim paluszkami zakamarki twarzy (głównie) usypiającego. A to paluch w oko, a to do nosa, a i do uszka, a to sprawdza stan próchnicy i ostrość zębów wciskając wskazujący w otwór gębowy matki. Odkrycia natury anatomicznej stanowią doskonała zabawę i rozrywkę na skalę rewelacyjnego zacieszu, który dodatkowo doprowadza matkę do stanu nerwicy właściwej.
Co odwazniejsza wyprawa w zawiłości anatomiczne pozwala zasadzić kolano w cycki matki, lub trafić stopą w brzuch.
Swawola i samobójczą wręcz odwaga popycha usypianego do coraz dramatyczniejszych ciosów dzięki czemu czasami muszę włączyć światło żeby zobaczyć, czy mi się krew z nosa nie puściła.

W trakcie usypiania należy pamiętać, że stonka jest osobnikiem, którego przewidziec nijak nie można, co oznacza że rytuały mogą się na siebie nakładać, mogą się dowolnie mieszać oraz trwać nieprzerwanie długo skutecznie doprowadzając cię do kurw… gorączki.

Więc miej się rodzicu na baczności. Nigdy nie wiesz co cię czeka dzisiejszego wieczoru.

Autorka: Ewelina J-ska

dziecko

Jeden komentarz

  1. Stokrotka napisał

    dzieciaczki sa kochane 🙂

Skomentuj