Fot. Łukasz Szełemej [PR Szczecin]

Jesteście narodem wspaniałym. Powiedział mi niedawno znajomy Anglik. Steve, miejscowy straganiarz. Znajomy, bo przecież to w jego lokalnym kramiku zaopatruję się co tydzień w swój nieodzowny deputat owoców. Spojrzałem z zaskoczeniem na tyle wyraźnym, że potwierdził stanowczo. Tak tak , wspaniałym!

Pakując pękatą kiść soczystych winogron do papierowej torby pozdrowił jowialnie jakąś babuleńkę w fikuśnym kapelusiku. Stała klientka – wyjaśnił mi z grymasem rozrzewnienia na brodatej twarzy. Miałem odejść, ale ciekawość przykuła mnie do owocowego kramiku. Widząc to Steve uśmiechnął się pod swoim mięsistym nosem i sięgnął po papierosa. Wypuszczając z błogością siwawe kłęby zaczął opowieść.

– Kocham to miasto, ale nie jestem stąd. Urodziłem się na północy. W osadzie małej i czarnej od węglowego pyłu. Po szkole biegałem za piłką z innymi urwisami, a w niedziele z ojcem, mamą i braćmi szliśmy do miejscowego kościółka. Matka co rano pakowała nam w kieszenie drugie śniadanie i całowała na pożegnanie. Wieczorem, nasz ojciec wracał umorusany z kopalni i wspólnie siadaliśmy do kolacji. Widziałem czasem jak ojciec czule głaskał mamę po głowie. Dłonie miał czarne od węglowego osadu wżartego pod skórę, ale i tak pięknie wtedy wyglądali.

Pewnego dnia ojciec nie wrócił, a od strony kopalni zawyły syreny. Wypadek, wyszeptała do nas matka i ja do dziś pamiętam jej spuchnięte od płaczu oczy. Następnego dnia nie było ani szkoły ani piłki. Całe miasteczko stawiło się przed bramą kopalni. Wszyscy płakali. Nawet ja. I jakoś nie było mi wcale wstyd. Odczytano listę górników zasypanych wybuchem gazu w najgłębszym szybie. Nie było dla nich ratunku. Jednym z nich był mój ojciec.

Nastały potem trzy najstraszniejsze dni mojego życia. A po nich czwarty. Najpiękniejszy. Ojciec żyje! Ocalony! Dopadliśmy do jego szpitalnego łóżka, a on patrzył na nas i tylko płakał. Dopiero wiele dni później opowiedział nam, co wydarzyło się tego tragicznego dnia i czemu zawdzięcza ocalenie.

Eksplozja odcięła ich na głęboko osadzonym korytarzu, toteż wszelkie próby ucieczki były niemożliwe. Krzyczeli, czekali, modlili się. Ekipy ratownicze podjęły próbę przebicia się od zewnątrz, ale po wielu godzinach zrezygnowały. Rumowisko skał okazało się nie do sforsowania. Przerwano akcje i wszyscy utracili nadzieję.

Wszyscy. Z wyjątkiem czterech ochotników, którzy z kilofami w rękach wrócili ku nieprzebytej skale. To byli Polacy. Przez kolejne dni i noce, w czarnym pyle i brudnej mazi, przegryzali się przez kamienną bryłę. Na kolanach, dławieni gęstym dymem wykuwali drogę do życia dla odciętych towarzyszy. I wykuli. Czwartego dnia mój ojciec zobaczył wąską smużkę światła. Przeżył dzięki żelaznemu uporowi i odwadze kilku obcych ludzi, których nazwisk nie potrafiłby nawet wymówić.

Ci ludzie odwiedzili potem ojca w naszym domu. Mówili z twardym, obcym akcentem, a naszej mamie podarowali bukiet kwiatów. Powiedzieli, że pochodzą ze stolicy Polski, z Warszawy. I, że tego miasta już nie ma. Nie mogłem wtedy tego zrozumieć. Jak to nie ma już miasta? Od tamtego dnia ojciec zawsze już nawiał, że Polacy to naród wspaniały a ja teraz mówie to tobie…

Stary straganiarz skończył opowieść i sięgnął po dorodne jabłko. Spłynęła na nie pojedyncza łza otarta zaraz szybkim, wstydliwym jakby ruchem.

Jutro zapewne znowu zawitam na znajomym straganie, i już z daleka dojdzie mnie rubaszny głos starszego pana zachwalającego świeżość swoich owoców. Kto wie, może opowiem mu coś więcej o mieście, którego nie było i o pewnym wspaniałym narodzie, który je przywrócił do życia. Do zobaczenia wkrótce Steve…

Autor: Klaudiusz Lach

 

Skomentuj