Jestem bestiariuszem. A właściwie jego uwspółcześnioną namiastką. Tych co bardziej pruderyjnych pragnę uspokoić, że to żadna tam dewiacja i nie przyszło mi brąć udziału z rozwiązłej orgii. Niestety. Bestiariusz to po prostu taki rzymski gladiator walczący na arenie z bestiami. Brali się owi bestiariusze za bary z niedźwiedziami, lwami, lampartami i wszelaką dziczyzną. Niekiedy ukręcili łeb wyrośniętemu byczkowi. Jak ktoś przebrnął przez ` Quo Vadis ` to niech sobie z pamięci wygrzebie stosowny obrazek Ursusa. No i włąśnie ostatniej nocy przyszło mi stanąć w szranki z bestią. Może nie z wygłodzonym lwem o zmierzwionej fryzurze ale też z kotem. Wdrapał się do kuchni przez otwarte okno i już z zmiejsca wzbudził popłoch domowników. Głównie mojej hiszpańskiej flatmejtki co to o bladym świcie zapragnęła zwilżyć wargi herbatą. Będąc już tu i owdzie nawilżoną dostrzegła kocura. Ja, niewieścim wrzaskiem, oderwany od rozkosznych uścisków poduszki, ruszyłem z odscieczą. No i wnet stałem się aktorem w teatrze działań wojennych. Hiszpanka w rozchłestanym szlafroczku uzbrojona w, nabyty niegdyś przeze mnie w funciaku, spryskiwacz do wanny, ogniem ciągłym aczkolwiek niecelnym starała się razić intruza. Ten, zająwszy pozycje strategiczą na szczycie lodówki , strosząc kłaki na grzbiecie i zajadle sycząc, pruł powietrze wściekłym atakiem pazurów. Jako, że nie miałem czasu na nieodzowne rozpoznanie terenu i za oręż służyły mi tylko kraciaste bokserki, zacząłem zastanawiać się nad stosownym modus operandi. Postawiłem na dyplomację perswazyjną. Czyli sięgnąłem po mopa. No i w tym momencie nasuwa się nienachalnie motyw starożytnego gladiatora – bestiariusza. Na arenie kuchennego parkietu zastygliśmy w bezruchu. Ja – w kraciastych pantalonach zaciskając palce na drewnopodobnym kiju rozczochranego mopa i on – lokalny dachowiec , uszlachetniony narastającą furią w zmrużonych oczach. Gotowy do skoku z krawędzi lodówki, miarowo uderzający naprężonym ogonem w puste do polowy pudelko z jajkami free range. Słyszałem tylko chrapliwy szmer własnego oddechu i czułem mdławy odorek bleacha sączący się z futrzanej głowni mojej broni. Wzniosła scenka rodzajowa. Nie ma co. Czysta batalistyka. Taki Velazquez, niechybnie rozstawiłbysztalugi i sięgnął po pędzle. A może i nie. Bo oto sparaliżowana dotąd Hiszpanka, znienacka uwalnia z palców spryskiwacz do wanny i kapitulancko opuszcza ramiona. Niedbale narzucony szlafrok obsuwa się z ramion i obnaża arsenał do tej pory w potyczce nieużyty, za to o sile rażenia dalece większej niż mój niewysuszony mop i kocie pazury. Zerkam w tamta stronę i czuje nagłą suchość w krtani. Kot przestaje młócic ogonem i natychmiast zaśłania sobie slepia. Gladiator i bestia jednogłośnie tracą wole walki wobec porażającej sily nagiej prawdy zdemaskowanej przez spadający szlafrok. To nie była Hiszpanka. To był Hiszpanin !…W ferworze walki nie rozpoznałem po prostu kamuflażu bojowego. Kocur rzucił mi pytające spojrzenie. Bezradnie wzruszyłem ramionami. A potem, sygnalizując gotowośc do negocjacji , opuściłem mopa. Mój niedawny rywal zwinnie zeskoczył z lodówki i czmychnął w stronę uchylonego okna. Będąc już na parapecie odwrócił w nasza stronę łeb i mruknął zdegustowany – Wszędzie te związki partnerskie. Zafalował ogonem i już go nie było…Wrócałem do lóżka niesiony poczuciem triumfu. Zwycięstwo być może połowiczne , było jednak faktem. Odparłem nocną inwazję. Spokój ducha zaburzony był jedynie przez narastające gdzieś w głębi świadomości kwestię… Jakże ja teraz spojrze kotu w oczy idąc rano po nowy spryskiwacz do wanny ??…

~ Klaudiusz Lach

 

Skomentuj