Jest taki jeden wyjątkowy dzień w życiu, dzień pełen bólu, strachu, emocji, adrenaliny i… szczęścia. Niewyobrażalnego, niepojętego i nieopisanego. Dzień, który zmienia życie w całkiem nową jakość, zmienia sposób patrzenia na świat, odczuwania własnych potrzeb i rozumienia słowa miłość i odpowiedzialność.

To dzień kiedy stajesz się mamą.

Ja ten niezwykły dzień przeżyłam dwadzieścia jeden miesięcy temu i od tamtej chwili czuję, że jest w moim życiu ktoś, kto nie tylko jest częścią mnie, ale jest też człowiekiem, którego czeka jakiś los, jakaś historia, przygoda…
JEJ WŁASNE ŻYCIE.

I prócz tego, że kocham ją bardziej niż mogę sobie tylko to wyobrazić, to czuję także, że to na mnie właśnie spoczywa obowiązek, nadzwyczaj zresztą wspaniały i przyjemny, obowiązek przygotowania jej do życia. Ukształtowania jej osobowości, wpojenia jej mądrych, ważnych i pięknych poglądów i cech, którymi ona później obdaruje świat.
I cholera jasna niech mnie piorun ustrzeli jeśli to nie najważniejsza rola mojego życia.

Mam córkę, mądrą i zdolną dziewczynkę, która jest spełnieniem moich największych marzeń. Piszę więc z perspektywy mamy dziewczynki, kiedyś kobiety…

Piszę o płci nie bez przyczyny, o ile nie jestem zwolenniczką teorii gender w relacjach wychowania, o tyle uważam, iż to jaką rolę życiową przyjmie moja córka pozostanie zawsze jej wyborem. Powtórzę więc kilkanaście razy w ciągu tego jednego wpisu, że dla nas, jako rodziców, bo wiem że małż ma takie samo zdanie jak ja na kwestie wychowania, że dla nas najważniejsze będzie zawsze szczęście Aleksandry.

Tak wiem, wiem że każdy rodzic tak mówi, bo jakże mogłoby być inaczej, prawda?
Ja jednak mam ku temu pewne założenia, co mogę robić, oraz czego robić napewno nie będę, by temu szczęściu dopomóc.

Otóż i po pierwsze pragnę wychować moją małą córkę tak, by zawsze w siebie wierzyła… By wiedziała, jaką wartość w sobie nosi, by zawsze miała poczucie niezależności, siły i determinacji. Spokojnie, nie wychowam jej na małego outsidera, może troszkę na Zosię- samosię…

Sądzę, że najważniejsze to wpoić dziecku poczucie własnej wartości. Zgodnie z tym już teraz tworzę fundamenty, które w przyszłości staną się szkieletem dla jej osobowości i charakteru. Otóż przede wszystkim uczę ją tego, że nie ma znaczenia czy jest śliczna (choć wiadomo, dla mnie jest najpiękniejsza na świecie), czy jest zgrabna, jak wygląda. Każdego dnia chwalę ją setki razy, mówiąc że jest bystrą dziewczynką, zdolną, sprytną…

Że najpierw ma być mądra, później może być śliczna.
Jasne że lubi się stroić, latać w sukienkach, tiulowych spódniczka…w końcu to dziewczynka i chce być jak mama.
Nie chcę jednak budować jej tożsamości na poczucie, że to zewnętrze ma znaczenie. Bo owszem, nawet i ma, ale nie priorytetowo!

Dowód, żeby nie było, że tylko łatwo się mówi?
Moja Olka, mimo iż ma prawie dwa latka nie popyla w kitkach z kilku kłaczków które zaszczyciły jej głowę, nie ma takiej potrzeby, by fikuśną gumeczką męczyć jej głowę, by podrasować jej “słodziuchność”. Jeszcze się namęczy dziewczyna.
Nie biega też w sukienkach, w kokardkach i innych. bo przede wszystkim stawiamy na jej wygodę i komfort. Sukienka tak, na specjalne okazje, a potem i tak szybką zmiana stylówy na taką, która nie utrudnia biegania za innymi dziećmi i majstrowania tych wszystkich psot.

Kolejna rzeczą, która programuję swoją córkę to kwestia wyboru zabawek, zajęć, otoczenia…
Unikamy więc różu, stawiamy na kolory. W ubraniach, w zabawkach, gadżetach, akcesoriach i wszystkim, co ją otacza.
Bawimy się lalą, czasami gotujemy, ale układamy też klocki, bawimy się autami, układamy puzzle z dinozaurami, skręcamy śrubki i inne chłopięce akcesoria. Ola pomaga tacie z takim samym zaangażowaniem jak mamie i już nam rośnie mały majster elektryk.
Nie chcę uczyć jej, że dziewczynce pasuje tylko lala, gary i różowe wdzianko. Daję jej wybór, którego ona teraz nie rozumie, lecz kiedyś on i tak zaprocentuje.

To jest chyba tak, że ja chcę ją przygotować do życia. A nie tylko do życia w rodzinie. Nie rzucajcie gromów, że jak to? Że to nie poprawnie…
Po prostu chcę, by moja córka miała więcej marzeń niż tylko zamązpójście i macierzyństwo. By była szczęśliwa wedle sposobu, w jaki to ona będzie chciała, a nie w jaki przygotuję ją społeczeństwo.

Niech będzie mechanikiem, kosmonautą, inżynierem kwantowym, nie będzie kim chce… Niech będzie mamą, ale niech to nie będzie jej jedyna możliwa droga w życiu.

Dla rozwiania wątpliwości: nie projektuję na córkę swoich niespełnionych ambicji, wręcz przeciwnie. Późne w miarę macierzyństwo (przynajmniej w porównaniu do większości moich znajomych) pozwoliło mi zrobić mnóstwo niesamowitych rzeczy w życiu, osiągnąć pewne sukcesy zawodowe, rozwijać się i uczyć.
I to bynajmniej nie koniec MOJEJ drogi, bo kolejne drzwi wciąż się przede mną otwierają. I chcę jej dać to samo szczęście, niezależność i wolność.

I wartość zbudowaną na tym, co w głowie, nie na twarzy, na paznokciach, w szafie. Mądra ma być. Później piękna.

Uczę też moją małą kruszynkę, że szczęściem jest również miłość, dobroć i troska. Chcę by poznawała i rozumiała emocje innych, by potrafiła i chciała tak sama od siebie dzielić się, pomagać, wesprzeć innych. Teraz, prócz dawania jej żywego przykładu mogę też mówić, opowiadać, pokazywać, jak się dzielić, jak kochać. I wiecie? To procentuje, to daje owoce w postaci jej spontanicznych buziaków, uścisków, przytulasów i uśmiechu.

Procentuje, gdy potrafi bezinteresownie podzielić się zabawką, albo wylać na towarzyszą zabawy mnóstwo dobrych emocji i pozytywnych zachowań. Dzieci nigdy nie są zbyt małe na naukę. Najwięcej zaś uczą się obserwując.

Ponieważ jednak życie przynosi ze sobą nie tylko przyjemności, lecz także obowiązki nasza Olka również uczy się, że każde zachowanie ma jakieś konsekwencje. Nie jesteśmy rodzicami pobłażliwymi, czy ustępliwymi. Odwrotnie. Uczymy jej odpowiedzialności, uczymy cierpliwości i szacunku nie tylko do ludzi, lecz także do przedmiotów. Mówimy wobec niej wspólnym głosem, by to co chcemy jej przekazać było dla niej jasne i klarowne. Nie chcemy, by wyrosła na egoistyczną i samolubną panienkę bez dobrych manier i szacunku dla otoczenia. Myślę jednak, że idziemy w dobrą stronę.

I o ile sama kiedyś nie poprosi, to ja nie będę jej różowić, malować paznokci, odchudzać i Bóg wie co jeszcze… Ale będę jej dalej czytać, stymulować do różnych zadań i utwierdzać w przekonaniu, że jej los jest wyłącznie w jej rękach.

I tak, odmówię jej setnej lalki, ale nie odmówię tysięcznej książki, bo przez to chcę ją zaprogramować nie na sukces, lecz na szczęście. Szczęście płynące z poczucia bycia istotnym, mądrym, a nie tylko ślicznym. Szczęście wynikającego z bycia zdolnym do wszystkiego, nie tylko do ładnego wyglądania i chichotania.

A jak już będzie szczęśliwa, tym według mnie, mądrym sposobem, to sukces przyjdzie sam.
A my nadal będziemy stać za naszą małą dziewczynką i dmuchać jej w skrzydła.
Tak mocno, całą siłą, że doleci gdzie tylko zechce…

I niech nawet będzie to tylko (i aż) bycie żoną i mamą. Bo spośród wszystkich możliwych, oferowanych jej przez życie ról ona SAMA wybierze najlepszą dla siebie.

I będzie to jej decyzja. Niezależna. Świadoma. Wolna. Nie wymuszona konwenansami, kulturą, tradycją…

Dlatego powtórzę Ci to z tatą nasze drogie dziecko jeszcze milion razy:

Bądź kim tylko zechcesz i bądź w tym szczęśliwa.

My zawsze będziemy tuż za Tobą.

Dumni i szczęśliwi Twoim szczęściem.

Autorka: Ewelina J-ska

Skomentuj