Home, sweet home …

 

No i jestem w domu.

Po niełatwym procesie przyswajania angielskiej rzeczywistości wymusiłam ma małżu strajkiem emocjonalnym powrót na kilkachwil do kochanej Ojczyzny.
Taaak się nie mogłam doczekać, że rodzina, że dom… znajomych zobaczę, pogadam, co tam słychać. WOW. Będzie super.
Wsiadłam na pokład samolotu, wylądowałam. Jestem.
Oczywiście nie bez przygód w postaci ścisłej kontroli na odprawie i pogoni za samolotem, na całe szczęście kapitan zobaczył mnie w lusterku wstecznym i zaczekał.

Na naszym śląskim lotnisku też troszkę wesoło było, bo jak już granicznicy wpuścili mnie i Olkę- demolką na polskie terytorium, to poszłyśmy odebrać z moją małą nasz cyrk na kółkach w ilości sztuk 2, czyli walizka i Olkamobile.
Stoimy tak czekamy przy tej taśmie, nagle włącza się czerwona lampka, taśma powolutku rusza. Jadą bagaże.
Nagle patrzę, nagle się oglądam, błądzę wzrokiem dookoła własnej nogi. Szlag! Nie ma Olki. Ja pierdziuuu… Aleksandra stoi przy taśmie i malusią rączką zdolną zaprogramować nawet pralkę tak żeby połączyła się z ruskim satelitą wciska duży czerwony przycisk z napisem „przycisk bezpieczeństwa”, kto był ten wie o jaki knefel idzie, bo jest tak dup…duży, że widać go jeszcze z samolotu. No to kusi malutkie rączki rozbójniczki…mogli tam jeszcze tylko dokleić obrazek helokitty czy prosiaczki Peppy żeby bardziej przyjazny był dzieciom. Wiem, wiem to ja gupia bzibzia jestem bo dziecka nie pilnuję. Aj ty niedobra matka… W każdym razie przycisk wciśnięty, taśma zatrzymana a pani co stoi obok mrozi mnie wzrokiem. No kurdeczka… Ja udałam że nie widziałam, stoję dalej nagle patrzę, nagle się rozglądam a nad taśmą duża tablica na której wyświetla się napis „Tel Awiw”… Hmmm…. Nie mój lot chyba, bo ze mną w samolocie nie leciało stu rabinów, a tu przecież co facet to z loczkiem? Zaś wtopa! Złapałam Olkę i zwiałam odprowadzona wzrokiem zniesmaczonej kobiety, której zwoje mózgowe wciąż analizował sytuację, bo nie mogły przerobić, że można być tak roztrzepanym :-) a no można proszę pani :-)
No ale dobra. Jestem tutaj. Powietrze prawie to samo, z tym że tu jakieś takie gęste… W dodatku mgła jak fix, dzięki Bogu, że mojego lotu nie skierowali do Łodzi, bo małż musiałby mi zasponsorować nocleg w dobrym hotelu pięciogwiazdkowym, bo się królewna autokarem nie będzie męczyć.
Jestem, witam moją wspaniałą mamę. Witam małżowego tatę i jedziemy. Jedziemy do domu. Tego domu, o którym śniłam przez ostatnie cztery miesiące, że tak miło, cudnie, u się…

I tu pojawia się zgrzyt na linii wyobrażenie o powrocie vs. rzeczywistość. Miało być tak cudnie, a tu moja córunia drugi dzień po przylocie przywitała katarem- wodospadem gilów płynących aż do pępka. Rzeka Olusiowego gluta została zasilona dopływem ślinotoku związanego z tym nieszczęsnym ząbkowaniem. Jezusie, że takie to niepomyślane z tymi zębolami u bachorków. Jak nie urok to sraczka. No to mamy stan zakatarzenia, niewyspania i permanentnego marudzenia, czyli najkrótsza droga do zwariowania.

Ale jest git, w końcu tak chciałam posłuchać polskiego głosu z telewizyjnego pudła. Oj chciałam. Dla normalności i podtrzymania tożsamości. No to drugi dzień słuchania polskich głosów i mam już dość tego jazgotu, tak to się drze. Przyciszenie nic nie da, bo rzecz w tym, że tu każde słowo trafia do głowy bez najmniejszej przeszkody i bez żadnego wysiłku, bo je po prostu rozumiem. Więc wlatuje do głowy, wwierca się w mózgu i drąży. W Anglii nawet jak leci tv to i tak się człowiek nie wsłuchuje, bo to kosztuje trochę współpracy z ośrodkiem mózgowym, a na to w prozaicznych codziennych obowiązkach nie ma czasu. Tzn. jest czas na myślenie, ale nie po angielsku.
A najbardziej boli to, jaki przekaz trafia we mnie z mediów. Cholera jak stąd wyjeżdżałam kilka miechów temu to jeszcze nie było tak strasznie. Nie bronię tu żadnej partii, żadnych manifestacji i w ogóle zachowam swoje poglądy polityczne dla siebie, tylko zastanawiam się jak to się stało, że pozwoliliśmy żeby polityka tak głęboko spenetrowała nasze życie? Politycy zawsze się kłócili, zawsze coś tam do siebie mieli, jakieś afery, skandale itd. Norma światowa. Taka nasza natura. Polityka jednak nigdy tak bardzo nie różniła Polaków, jak obecnie. I nawet będąc w UK i czytając, słysząc co mówią, co piszą to jakoś tak smutno, że daliśmy się tak bardzi wmanewrować w polityczne rozgrywki. Aż strach się nie raz odezwać.

Oczywiście, że dom, to moje ukochana miejsce, że nie mogę się doczekać kiedy tu wrócę z biletem w jedną stronę, ale to chyba jest tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Bo tu kurde też pada deszcz, w Biedronce przy kasie dostałam zawału serca na miarę ewenementu medycznego, gdy pani kasjerka podała mi koszt zakupienia kilku produktów mieszczących się w małym czerwonym koszyczku. Ludzie, jak można tak.żyć? Przecież to jest absurd! Tyle kasy za nic?! Rzecz w tym, że nie poprzewracało mi się w dupie, tylko moja domowa ekonomia weszła na inny level w tym całym UKeju. Nie chodzi o to, że teraz bogatą pindą jestem, tylko jak się człowiek przyzwyczai, że za relatywnie małe fundusze zrobi naprawdę ogromne zakupy, które sklepowa ciężarówka przywiezie Ci pod same drzwi, a twoje konto bankowe nawet nie odczuje, że coś ubyło, to w takiej Biedroneczce można się niemile zaskoczyć…
A jeszcze musiałam aptekę odwiedzić, bo przecież gizd chory. To wyobraźcie sobie moja minę, jak za 3 leki oddałam aptekarce z ciężkim sercem portret Władysława Jagiełły. Aż mnie ciarki przeszły, a kieszeń rozerwał otwierający się nóż… Szok!

Z drugiej strony to cieszę się ogromnie, że tu tak… jakby drożej, bo łatwiej dbać o linię, gdy słodycze nie krzyczą do ciebie z półki „weź mnie. weź mnie. och! sprzedam się tanio”.

Tylko wiecie, nie piszę tego żeby teraz narzekać jaka ta nasza Polska droga, niefajna i „be” ogólnie więc nie każcie mi wyp..ier… do tej zasranej englandii… Kocham swoją ojczyznę, kocham swój dom i wszystko, co moje tutaj. Po prostu chyba sama przed sobą muszę w końcu przyznać, że zaczynam sobie tam daleko układać życie na nowo i ono jest całkiem git. Tak jak tutaj. Na własnej skórze doświadczyć tego, o czym mówią, o czym przekonują, że dom jest tam gdzie jest twoja rodzina, a tam gdzie twoja rodzina tam i serce.
Czyli że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, ale tak naprawdę najlepiej tam gdzie nasze serce.

Więc życzę Wam byście szczęśliwi byli, tam gdzie tego szczęścia szukacie!

Autorka: Ewelina J-ska
http://ukierunkowani.blog.pl/2016/01/15/home-sweet-home/

Skomentuj