Było już dobrze po 8 – mej kiedy mój flatmejt wybiegł z domu.

Wiedziałem, że zaraz wróci, bo o tej porze zawsze powtarza podobny scenariusz. Wybiega, trzaska drzwiami, aby za chwile wrócić z zapasem pizzy na weekend. I przy okazji znowu trzaska.

Tym razem jednak było inaczej.
Wybiegł, trzasnął … i tuż pod moim oknem przeciągle jęknął.
Po czym zaharczał. Usłyszałem też nagły świst. Jakby furkot strzały przeszywającej powietrze. No a potem znowu to harczenie.

Co to niby jest ? Pomyślałem zaaferowany. Niedzielny atak Tatarów?

Ostrożnie uchyliłem firankę i zerknąłem z zaniepokojeniem. Patrzę i widzę mojego sąsiada na trawniku. Leży. A właściwie to nie leży tylko tarza się w dziwacznych konwulsjach! Zawał – ta myśl eksplodowała mi w głowie. Szamocząc się z zamkiem w drzwiach runąłem na zewnątrz rozpaczliwie wertując w pamięci wyuczone kiedyś procedury pierwszej pomocy. Podbiegłem i siląc się na spokój, próbowałem jakoś zanalizować sytuację. Pochylam się nad nim i drżącymi rękami staram się opanować te jego szaleńcze podrygi. Jest przerażlwie blady a czoło pokryte ma perlistym potem. Ale symptomów jakiegoś szczególnego cierpienia na jego twarzy nie rejestruję. Przeciwnie. Cały rozdygotany i tocząc pianę …uśmiecha się do mnie!.. No i ten nieprzewidziany uśmiech doprawdy nokautuje mnie swoją promienną szczerością.

– Co ci jest ?! Wywrzaskuje mu prosto w facjatę całe swoje przerażenie.

Odpowiada mi mętnym bełkotem. Nic nie rozumiem. Na co dzień nie mam z tym kłopotu. No chyba, że zbyt silnie zabarwi zdanie swoim johannesburskim akcentem. Ale teraz kompletnie nie pojmuję co tam do mnie mamrocze podnieconym szeptem. Pochylam się bliżej bo to mogą być przecież jego ostanie słowa. Przykładam niemalże ucho do jego warg i gotowy jestem do przyjęcia wyznania ostatniej woli. Kojącym tonem zachęcam:
– No powiedz mi to …
On nabiera tchu i mówi mi to : Kocham Cię…

No i znowu mam nokaut!! Odskakuje od niego gwałtownie a potem zastygam w bezruchu. Oszalał. To nie zawał i nie niedzielny atak Tatarów. To niedzielny obłęd!
A on rozciągnięty na wydeptanym trawniczku wpatruje się we mnie wzrokiem zamglonym spazmem ubóstwienia i wyciąga ku mnie obie ręce.

No i dopiero wtedy to zobaczyłem. Zaraz pod mostkiem. Dokładnie tam gdzie jego sportowa bluza normalnie przyozdobiona była łyżwą Nike… Duża, świeża i jątrząca rana… W kształcie serca! Olśniło mnie. Toż to Walentynki!!! Flatmejt wyskoczył jedynie po pizze, a przeszyło go pikujące serce.

Otarłem czoło i powoli się rozejrzałem. Nie, nie byliśmy tu sami.
Na pobliskiej ławce jakaś babuleńka obejmowała czule wpatrzonego w nią młodzika. Zaraz, przecież go znam! To ten lokalny dresik co mi skuterem hałasuje wieczorami pod oknem.

Patrzę dalej. Ten korpulentny Hindus z off – license obejmuje listonosza w czerwonym tużurku. Listonosz czule igra palcami po uchu grubaska. Obok zaparkowany granatowy van. Kierowca przez uchylone okno cmoka do spoconej joggerki. Ta wyciąga z uszu słuchawki i macha w jego stronę. Biegnie ku niemu i nawet nie czeka aż otworzy drzwi. Po prostu wpełza do niego przez odsuniętą szybę.
Próbuję przełknąć ślinę, ale to na nic i czuje dławiący skurcz w gardle. A więc zaczęło się. Tutaj, na moim osiedlu. Valentines – Zombie Day !

Z letargu wyrywa mnie łaskotanie po ręce. Ach tak, to flatmejt z trawnikowej niziny domaga się czułości. Pochylam się nad nim akurat w momencie gdy jakiś przedmiot ze świstem przelatuje mi nad głową. Potem drugi i trzeci. Instynktownie przywieram do ziemi i wzrokiem wypatruje skąd ta kanonada. Na próżno. Wtedy słysze kolejne, następujące po sobie salwy a z góry sypią się na mnie skrawki odłupanego tynku tynku. To salwa ze wściekłym impetem grzężnie w ścianie. Patrze tam. I liczę. Jeden, dwa, trzy, cztery…. cała seria serduszek utkwiona w murze. Nie ma zartów. To ja jestem celem.

Pacyfikuje nieustające zaloty współlokatora i bezpardonowo przygniatam go kolanem. Wybacz stary, ale kiedyś jeszcze mi za to podziękujesz. Musze go obezwładnić, bo nie wydostaniemy się inaczej z pola rażenia. A natężenie ostrzału wyraźnie narasta. Właśnie z sykiem pęka opona granatowego vana przeszyta odłamkiem serduszkowego szrapnela. Tym w środku to może nie przeszkadza, ale przecież oni i tak są już straceni.

Zatykam flatmejtowi mamroczące usta i nieudolnie odciągam go w stronę naszych drzwi. Jest ciężki ale udaje mi się, i po chwili z mozołem wpełzamy do mieszkania.

Przez chwilę zalegam na parkiecie i z trudem oddycham. Muszą się zmobilizować. Obejrzeć tą jego sercową ranę szarpaną, a następnie zdiagnozować jego stan. A potem skutecznie opatrzyć. Zanim zdąży mi się oświadczyć.

A Wy też uważajcie wszyscy. Nie wiem jak w Waszej okolicy ale u mnie serduszkowy ostrzał wzmaga się z minuty na minutę. Właśnie zadrżały szyby w oknach, więc chyba zwiększyli kaliber.

Jak wyślą drona to będzie po nas …

~ Klaudiusz Lach

Skomentuj