Teściowa niestety niezbyt mu się udała. Chociaż koło osiemdziesiątki, jeszcze była na chodzie. Lubiła się do wszystkiego wtrącać, prywatnego życia po prostu nie mieli. A Marycha ciągle swojedo mamusi i do mamusi!Bo niby starszym pomagać trzeba. A czy jemu kto kiedy tyle pomagał?

Najgorsze było jeżdżenie do przychodni. Jak babcia chora, to do doktora. On oczywiście za szofera robił.

– Koteczku, podwieziemy mamusię na badania? Zgódź się! – Zgadzał się, bo zadzierać z Marychą nie chciał. Ale zachwycony nie był. Emeryturę miała babcia tak samo wysoką jak on, ale na taksówkęnie było jej stać?

Ledwo wsiadała do samochodu, a zwykle wcześnie rano jechali, uśmiechała się i zaczynała od tego samego.

– Dzień dobry!

Jaki dobry? Skąd wiedziała, czy dobry, czy niedobry? Przecież dopiero wsiadła!

Potem po zakupki i do apteki, i tak dzień szedł na zmarnowanie. A wdzięczna tak czy tak nie była. Czasami nawet sobie myślał, że ta jego teściowa niezbyt go lubiła.Raz, jeszcze za komuny, na jej imieninach opowiedział wszystkim historyjkę, że jak mu się żarówka w domu przepalała, szedł do kibelka w pracy i wykręcał jedną, zamiast w sklepie kupować.

– Ty wstyd rodzinie przynosisz! – krzyknęła wtedy. Prosto w twarz! Tak przy wszystkich! I jaki wstyd?! Przecież on właśnie dla rodziny tak się starał. Ale tego babcia zrozumieć nie była w stanie.

Rodzinna była, fakt. Wnuków czasami tyle naspraszała, że chałupę miała pełną. On by z tyloma bachorami godziny nawet nie wytrzymał. Kiedyś przyjechał do niej na cały tydzień Marychy siostrzeniec z RFN-u. Marycha za granicą siostrę miała, ale tej chyba kiepsko się na saksach powodziło, bo rzadko przyjeżdżała do Polski. A mały fajny był. Ciężko miał jak koń pod górę, na obczyznie się wychowywać. Babcia przyszła z nim raz w gości, na kawkę.

– Dla Mareczka tylko owoce proszę, on jest na diecie – powiedziała już w progu.

Na jakiej diecie?! Dziesięcioletnie dziecko na diecie?! Sadełka trochę miał chłopak, fakt, ale to zdrowo przecież. Żal mu się zrobiło chłopaczyny. Baby piły kawę w dużym i gadały, a on Mareczka wziął do kuchni, na stołku posadził, trzy pajdy chleba z szynką – a jak! – i z ogóreczkiem kiszonym naszykował i częstować zaczął.

– Jedz, chłopie, jedz, bo ty przecież Niemca na co dzień bić musisz!! – powtarzał co chwilę. Tak trzeba z dzieckiem postępować. Konkretnie. Już on wiedział najlepiej.

Gotować umiała babcia nieźle, to przyznać musiał. Jak się do niej poszło na obiadek – ale zapraszała niezbyt często – smakołyki takie poszykowała, że palce lizać. Tylko mało! Porcyjki malutkie, jak dla dzidziulek jakichś!Ledwo zaczął jeść, rozsmakował się porządnie, a tu już koniec. Talerz pusty. I dokładek nie było. Dawno temu, zaraz po ślubie, talerz po dokładkę bez słowa wyciągnął, borozumiało się samo przez się, że ciągle głodny był. Marycha go wtedy tak kopnęła pod stołem, że chodzić nie mógł. Nauczył się więc, że po obiadku u teściowej drugi u siebie w domu zjeść musiał, porządny. Taka ich rodzinna tajemnica.

Czasami babcia dzwoniła, kiedy Marychy akurat w domu nie było. Wtedy rozmowy nie za bardzo się kleiły. Babcia swoje, on swoje. I co dalej? Języka wspólnego znaleźć nie mogli. A najgorzej było, jak się z Marychą o coś pożarł. Kiedy brał słuchawkę do ręki i głos babci słyszał, to miał wrażenie, jakby lodowaty wiatr z telefonu na włosy mu powiał. Brrr! Aż strach pomyśleć!

Dzisiaj znowu alarm wielki od samego rana, z lekarzami oczywiście. Tym razem babcia przejadła się czymś i Marycha latała w kółko, że Jezus Maria, a może by tak mamusię do szpitala?!A może to, a może tamto. On wiedział, że odczekać trzeba. Siedział z kawką przy telewizji, nie wtrącał się, ale myślał sobie tak: Spokojnie… Będzie co ma być. A tak w ogóle, to złego diabli nie biorą. Stara prawda. I miał rację? Miał. Po południu wszystko się po kościach rozeszło, babcia pospała i już zdrowa!

Ale wieczorem Marycha uparła się, żeby do babci pojechać, sprawdzić, czy czego jej nie trzeba. Co było robić. Ubrał się i głodny, bez kolacji, do samochodu – i wio! do teściowej. Ledwo weszli, a ta jak nie zacznie…

– Kochany, a nie zechciałbyś mi tutaj żaróweczki wymienić, bo stara się przepaliła?A wiesz, jeszcze toster ostatnio jakoś nie kontaktuje, może byś do niego zajrzał, kochany? Marysiu, i ja tak się zastanawiam, czy nie trzeba by pomyśleć o pomalowaniu ścian w mojej sypialni. Ja bym wam dała pieniążki na farbę..

O, o! Chwila, chwila… Jeszcze dwie godziny temu babcia umierała, a teraz go i kocha, i wielkie plany na przyszłość snuje. Patrzcie tylko! On by na jej miejscu lepiej nie.. A zresztą!

Żaróweczkę owszem, wymienił, to żadna filozofia. Toster do siebie zabrał, żeby w domu pogrzebać, pokombinować. Pod pachą go zaniósł do samochodu i odjechali. A malowanie postanowił przeczekać – może zapomną, może wszystko się jakoś po kościach rozejdzie. Gdzie on, emeryt, po drabinach skakać i poświęcać się miał. I to dla kogo!

Ledwo do domu weszli, telefon.

– Marysiu, ja tutaj tak sobie siedzę i myślę, że z tym malowaniem to jest bardzo dobry pomysł. Można by przy okazji ściany w stołowym odświeżyć. Co WY na to?

Widział już po minie Marychy, że coś się święci. Póki co, jednak postanowił twardo stać przy swoim, że on do takich rzeczy zdrowia ani czasu nie ma. Tak na wszelki wypadek.

– Marycha, kolację rób, bo głodny jestem! – warknął ostrzegawczo. Babę trzeba czasami do porządku przywołać, żeby wiedziała, gdzie jej miejsce.

Kiedy właśnie pierwszy kęs kanapeczki do ust wkładał, z pasztetową – przepyszną! – i już myślał z zadowoleniem, jak to jednak Marycha opiekować się nim umiała, znowu zadzwonił telefon. A czego u licha..?! Zerwał się z tapczanu, słuchawkę porwał.

– Halo?! – zawołał wściekły.

– O, kochany, dobrze, że to ty, bo ja tu tak myślę, że może już jutro byśmy z tym malowaniem mogli zacząć? Wtedy na święta wszystko byłoby ładnie zrobione. Co ty na to? – Babcia najwyraźniej nie chciała dać za wygraną.

Co on na to?! Byśmy mogli zacząć? Czyli plan był taki – on z pędzlem przez tydzień na drabinie zapylał będzie, a teściowa z fotela swojego oglądać jego morderczą pracę i poprawiać, że tu jeszcze troszeczkę, a tam bardziej dokładnie – zamierzała?

Spojrzał na Marychę, gotów piorun ognisty w jej kierunku posłać, ale ona akurat z pełną buzią w jakiś program w telewizji bardzo, bardzo zapatrzona była. Zajrzał zatem do słuchawki, ale wiedział, że w tych dziurkach licho jakieś siedzi i nijak mu nie odpuści.

Westchnał głęboko. Ramionami wzruszył. Poczuł, z bólem wielkim, że na tydzień jakiś przestał być panem swojego życia…

~ Zuzanna Muszyńska

 

 

 

Skomentuj